A wynikiem będzie chaos [Michał KŁOSOWSKI]

Chaos

Problem polega na tym, że nawet jeśli wcześniejsze „przewrócenia domina” w regionie były w pewnym sensie przewidywalne, to teraz liczba zmiennych jest tak duża, iż nie sposób zakładać prostych scenariuszy, ale chaos. Zabicie najwyższego przywódcy religijno-politycznego nie musi zmienić struktury władzy w Iranie, a już na pewno nie musi zmienić jej logiki.

Eskalacja, eskalacja, eskalacja

.Kolejne dni amerykańsko-izraelskiej kampanii przeciwko Iranowi przynoszą kolejne eskalacje ze strony zaatakowanego państwa. Po zabiciu ajatollaha Chameneiego oraz jednoznacznym wskazaniu celu całej operacji przez prezydenta Donalda Trumpa, czyli zapowiedzi zmiany reżimu w Teheranie, pozostaje w istocie jedno pytanie: jak długo Bliski Wschód pozostanie areną niestabilności? Ileż to już razy w ciągu ostatniego ćwierćwiecza region zapłonął? A nawet: jak długo jeszcze? Niestety bowiem, biorąc pod uwagę wszystko, co wiemy o regionie, jego historii i mechanizmach władzy, odpowiedź nie napawa optymizmem. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że amerykańsko-izraelska interwencja przyniesie skutki długotrwałe, wielopoziomowe i trudne do odwrócenia a ich wspólnym mianownikiem będzie jedno słowo: chaos.

W biblijnym opisie stworzenia świata Księga Rodzaju używa pojęcia tohu wa-bohu — „bezkształtna pustka”, chaos i nicość, stan pierwotny, w którym nie istnieje ani porządek, ani struktura, ani granice. Bóg nie tyle niszczy chaos, ile go ogranicza, „zamyka” w ramach stworzonego ładu, wyznaczając mu granice. Chaos nie znika a zostaje ujarzmiony, podporządkowany porządkowi, ale nie unicestwiony. Ta metafora, mimo że teologiczna, powraca z niezwykłą aktualnością w analizie Bliskiego Wschodu. Bo również tu nie mamy do czynienia z prostą dychotomią porządku i bezładu, dobra i zła, stabilizacji i destabilizacji, raczej zaś z systemem kruchych równowag, w którym chaos jest stale obecny — uwięziony w strukturach państw, reżimów, sojuszy i interesów — ale gotowy, by w każdej chwili zostać uwolniony. I zdaje się, że amerykańsko-izraelski atak na Iran ten właśnie chaos wypuścił z ryzów.

Chaos stanem permanentnym

.Iran jest bowiem kolejnym elementem domina, które od niemal dwóch dekad systematycznie się przewraca. Irak, Syria, Libia, Jemen, Afganistan, wszystkie te przypadki pokazują, że destabilizacja państwa w tym regionie rzadko prowadzi do demokratyzacji, a niemal zawsze do fragmentaryzacji władzy, wojny domowej, wzmocnienia aktorów niepaństwowych i regionalnej proliferacji przemocy. Porządek, nawet jeśli tak brutalny jak irański, nie zostaje zastąpiony nowym porządkiem ale zostaje zastąpiony tohu wa-bohu: bezkształtną przestrzenią rywalizujących sił, interesów, milicji, ideologii i lęków.

Problem polega na tym, że nawet jeśli wcześniejsze „przewrócenia domina” były w pewnym sensie przewidywalne, to teraz liczba zmiennych jest tak duża, iż nie sposób zakładać prostych scenariuszy. Zabicie najwyższego przywódcy religijno-politycznego nie musi zmienić struktury władzy w Iranie, a już na pewno nie musi zmienić jej logiki. Islamska Republika Iranu to nie tylko osoby, lecz aparat: sieć instytucji, struktur bezpieczeństwa, powiązań ekonomicznych, ideologii i interesów a nawet już — trwającej od lat indoktrynacji społecznej. Słowem: system, który przez dekady nauczył się funkcjonować pod presją sankcji, izolacji i permanentnego zagrożenia, bez porównania z tym, znanym z Wenezueli czy Kuby.

Groźba wojny także narastała z niezwykłą dynamiką, dlatego jej wybuch nie powinien dziwić. A jednak świat reaguje zaskoczeniem. Eksperci mówią o absurdzie eskalacji, media pytają o podstawy prawne operacji, a część amerykańskiej opinii publicznej przypomina, że tylko Kongres — zgodnie z Konstytucją — ma prawo formalnie wypowiedzieć wojnę. Pojawia się więc znany już schemat semantyczny: to nie wojna, to „operacja”; nie inwazja, lecz „precyzyjne uderzenia”; nie konflikt, lecz „działania stabilizacyjne”. Słyszymy wschodni akcent i ciche pomrukiwanie Aleksandra Dugina. To bowiem retoryka, która pozwala prowadzić realną wojnę bez politycznej odpowiedzialności za jej konsekwencje, swoista „operacja specjalna” nawet, jeśli wobec brutalności irańskiego reżimu, jakoś moralnie uprawniona.

Teheran jeszcze nie upadł

.Prezydent Donald Trump mówi o zniszczeniu programu nuklearnego i rakietowego, ale przecież sam wskazał, że w istocie chodzi o coś znacznie więcej: o obalenie systemu władzy ajatollahów. To klasyczna logika „regime change”, przekonanie, że zewnętrzna presja militarna może wygenerować wewnętrzną rewolucję polityczną. Historia ostatnich dekad i analiza tego, jak funkcjonuje Bliski Wschód pokazuje jednak, że w praktyce prowadzi to znacznie częściej do uwolnienia chaosu niż do ustanowienia nowego ładu.

Teheran bowiem nie upadł, a odpowiada skalowanymi uderzeniami na cele amerykańskie i izraelskie w całym regionie. Rakiety spadają na Bahrajn, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabię Saudyjską i Oman. Izrael atakuje Liban. Eskalacja ma charakter nie tylko militarny, lecz także strukturalny: to proces, który wyrywa chaos z ram, w których dotąd był „uwięziony”, i pozwala mu rozlewać się poza granice jednego państwa, jednego konfliktu, jednej wojny.

Dopiero za jakiś czas okaże się, czy ryzyko podjęte przez Trumpa było strategiczną kalkulacją, czy geopolityczną improwizacją. Gdyby rzeczywiście doprowadziło do upadku brutalnego i destabilizującego region reżimu, byłby to historyczny sukces amerykańskiego prezydenta. Ale równie realny jest scenariusz odwrotny: długotrwała wojna regionalna, nowa fala uchodźców, wzrost terroryzmu, wzrost cen, radykalizacja społeczeństw i erozja resztek ładu międzynarodowego. Chaos w najczystszej postaci. Bliski Wschód zna ten stan aż za dobrze.

Michał Kłosowski

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 2 marca 2026