
Manifest postnatowski
Holenderski wywiad wojskowy ocenia, że Rosja może być gotowa do wojny z NATO (a raczej: „tym, co z NATO pozostanie”) w ciągu roku od zakończenia walk w Ukrainie. Konfrontacja poniżej progu wojny, mająca na celu rozbicie resztek jedności i wiarygodności Europy, może nastąpić jeszcze wcześniej – pisze Edward LUCAS
.Na szali znajduje się przetrwanie NATO, nie tylko jego szczyt w tureckiej stolicy 7–8 lipca 2026 r.. Donald Tusk, polski premier, mówi dziś wprost o „trwającym rozpadzie” sojuszu. Kapryśność Białego Domu w kwestii rozmieszczenia wojsk i gotowości do walki obnaża strategiczną nagość Europy. Czy ktokolwiek naprawdę wierzy jeszcze, że Donald Trump poszedłby na wojnę z Rosją o bezpieczeństwo Europy?
Odejście Viktora Orbána rzuca jednak inne ponure światło na europejskie niezdecydowanie. Zniknięcie węgierskiego weta wyraźniej ukazuje, że wewnętrzne słabości polityczne w dużych rządach narodowych (Wielka Brytania, Francja, Niemcy) rodzą paraliżującą ostrożność i bojaźliwość. Instytucje również nie są w lepszej kondycji. Ich proces decyzyjny był już zbyt powolny w czasie pokoju. W obecnych warunkach jest samobójczo ospały.
Tymczasem zegary Kremla tykają coraz szybciej. W swoim najnowszym rocznym raporcie holenderski wywiad wojskowy ocenia, że Rosja może być gotowa do wojny z NATO (a raczej: „tym, co z NATO pozostanie”) w ciągu roku od zakończenia walk w Ukrainie. Konfrontacja poniżej progu wojny, mająca na celu rozbicie resztek jedności i wiarygodności Europy, może nastąpić jeszcze wcześniej.
Ostatnie dni mogą przypominać sceny z filmu katastroficznego. Jednak w ciągu dwóch miesięcy poprzedzających Ankarę wciąż mamy szansę zmienić scenariusz. To prawda, nic nie będzie teraz łatwe, tanie ani bezpieczne. Mamy jednak możliwości. Ponieważ żaden kraj nie jest w stanie obronić się sam, priorytetem jest tworzenie nowych sojuszy: elastycznych, zdolnych struktur państw świadomych zagrożeń, gotowych podejmować ryzyko i ponosić ofiary zarówno za siebie, jak i za innych. Najbardziej obiecująca grupa państw o podobnym podejściu obejmuje nordycką piątkę (Dania, Islandia, Finlandia, Norwegia i Szwecja) oraz bałtycką trójkę (Estonia, Łotwa i Litwa). Razem z Wielką Brytanią i Niderlandami tworzą one Wspólne Siły Ekspedycyjne (JEF).
.Porozumienie JEF to w dużej mierze nominalna struktura wojskowa, choć z doskonałym PR. Rzekomo istnieje po to, by z wielką szybkością wzmacniać państwa pierwszej linii w sytuacji kryzysowej. Sceptycy zauważają, że nie jest ona zbyt „wspólna” (Wielka Brytania dowodzi, ale niemrawo). Nie było żadnych „ekspedycji” od czasu Afganistanu. Niewiele jest też „siły” (JEF nie ma przypisanych żołnierzy, okrętów ani samolotów bojowych). Poza tym wszystkim jest w świetnej formie.
Ale JEF to przynajmniej punkt wyjścia i mógłby zrobić znacznie więcej. Mógłby koordynować odpowiedzi na rosyjskie działania poniżej progu wojny, na przykład publikując coroczny raport na ich temat, do którego każde państwo wnosiłoby swój rozdział. Byłoby to łatwe dla państw bałtyckich, znacznie trudniejsze dla takich krajów jak Wielka Brytania, sparaliżowanych przez biurokratyczne silosy i urzędową tajność. Ustanowiłoby to standardy i podniosłoby świadomość społeczną.
Państwa JEF mogłyby stworzyć bank obronny. Coś w tym rodzaju jest już przygotowywane z inicjatywy Wielkiej Brytanii przy udziale Niderlandów i Finlandii. Pozwoliłoby to pozyskać nowe środki poza bilansami rządów, a być może nawet wydawać je skuteczniej. Jednak JEF powinien być rdzeniem, a nie klubem. Ciężkie wagi, Polska i Niemcy, są niezbędne dla wszystkiego, co dotyczy bezpieczeństwa regionu Morza Bałtyckiego: być może „JEFPG”. Półtajny „JEF-Plus” obejmuje Irlandię i Kanadę. Słyszę też o „JEF-Plus-Plus”, z udziałem Ukrainy. Najwyższy czas: Ukraina może potrzebować europejskich pieniędzy, ale reszta kontynentu jeszcze bardziej potrzebuje ukraińskiej siły militarnej, doświadczenia i determinacji.
.Czasu jest mało. Nordycko-bałtycka ósemka (NB8) mogłaby zacząć od sformalizowania własnej współpracy wojskowej z Ukrainą: bardziej niezawodnym i skutecznym sojusznikiem niż niektórzy członkowie NATO. Obecność Wołodymyra Zełenskiego na szczycie NB8 w Tallinnie 9 czerwca byłaby dobrą okazją do ogłoszenia przełomowej decyzji w tej sprawie. Inne kraje NATO mogą tego nie lubić. Ale przynajmniej będą miały o czym dyskutować w Ankarze.





