11 września rozpoczął epokę pęknięcia Ameryki [Yascha MOUNK i Maciej ŚWIRSKI]

11 września 2001 roku

Zamachy z 11 września 2001 roku najpierw zjednoczyły Amerykę i cały Zachód, później jednak wojny w Afganistanie i Iraku, utrata zaufania do elit oraz rozpad wspólnej przestrzeni informacyjnej pogłębiły istniejące podziały. Yascha Mounk mówi „Le Figaro”, że od tej tragedii prowadzi jedna z dróg do dzisiejszego kryzysu Stanów Zjednoczonych, natomiast Maciej Świrski na łamach „Wszystko co Najważniejsze” pokazuje, dlaczego był to zarazem jeden z ostatnich wspólnych obrazów zachodniego świata.

.Ćwierć wieku po zamachach na World Trade Center i Pentagon 11 września 2001 roku pozostaje jedną z nielicznych dat najnowszej historii, które niemal natychmiast stały się granicą dwóch epok. Amerykańsko-niemiecki politolog Yascha Mounk przekonuje w rozmowie z „Le Figaro”, że tragedia najpierw zjednoczyła Amerykanów i znaczną część Zachodu, później jednak uruchomiła procesy prowadzące do coraz głębszych podziałów w Stanach Zjednoczonych, osłabienia wiary w amerykańskie przywództwo oraz zakwestionowania polityki elit. Nie był to jedyny początek dzisiejszego kryzysu, ale bez reakcji na 11 września, wojen w Afganistanie i Iraku, sporów o bezpieczeństwo, prawdę i granice władzy znacznie trudniej zrozumieć współczesną Amerykę.

Diagnoza Mounka zyskuje dodatkowy wymiar, gdy zestawić ją z najnowszym tekstem Macieja Świrskiego na łamach „Wszystko co Najważniejsze”. Świrski pisze, że płonące wieże były jednym z ostatnich obrazów, które cały Zachód oglądał w tej samej chwili i rozumiał niemal tak samo, podczas gdy dzisiejsza przestrzeń informacyjna rozpadła się na tysiące konkurujących przekazów, podpowiadanych każdemu odbiorcy przez algorytmy. O ile więc Mounk opisuje polityczne i społeczne pęknięcie Ameryki, o tyle Świrski pokazuje rozpad wspólnego pola widzenia, bez którego coraz trudniej odbudować solidarność nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale w całym świecie zachodnim.

Yascha Mounk i spór o przyszłość liberalnej demokracji

Yascha Mounk należy do najbardziej rozpoznawalnych współczesnych badaczy kryzysu demokracji liberalnej, wzrostu populizmu oraz polityki tożsamości. Urodził się w 1982 roku w Monachium w rodzinie o polsko-żydowskich korzeniach, studiował historię w Trinity College na Uniwersytecie Cambridge, a następnie uzyskał doktorat z nauk politycznych na Uniwersytecie Harvarda. W 2017 roku przyjął obywatelstwo amerykańskie, dziś wykłada stosunki międzynarodowe na Johns Hopkins University, w School of Advanced International Studies oraz SNF Agora Institute, a zarazem pozostaje komentatorem życia publicznego po obu stronach Atlantyku.

Mounk jest założycielem internetowego magazynu „Persuasion”, pomyślanego jako forum obrony wolności słowa, liberalnego uniwersalizmu i dyskusji prowadzonej ponad podziałami, prowadzi również podcast „The Good Fight”. Jest autorem pięciu książek, w tym „The People vs. Democracy”, poświęconej napięciu między wolą większości a liberalnymi instytucjami, „The Great Experiment”, analizującej warunki powodzenia wieloetnicznych demokracji, oraz „The Identity Trap”, w której krytykuje sprowadzanie człowieka do przynależności rasowej, płciowej lub kulturowej. Jego droga intelektualna prowadziła od wiary w stopniowe wygasanie nacjonalizmu i politycznej roli religii ku obronie liberalnej demokracji, która musi umieć budować wspólnotę, odzyskiwać społeczne zaufanie i przeciwstawiać agresywnemu nacjonalizmowi patriotyzm otwarty na obywateli o różnym pochodzeniu.

Ta biografia ma znaczenie dla odczytania rozmowy opublikowanej przez „Le Figaro”. Mounk nie patrzy na 11 września wyłącznie jak na historyk amerykańskiej polityki, ponieważ w chwili zamachów był dziewiętnastoletnim studentem w Wielkiej Brytanii i, jak sam przyznaje, podzielał charakterystyczne dla lat dziewięćdziesiątych przekonanie, że nacjonalizm pozostanie ideologią poprzedniego stulecia, religia będzie stopniowo tracić znaczenie polityczne, a konflikty międzynarodowe uda się łagodzić dzięki Unii Europejskiej, Organizacji Narodów Zjednoczonych i rosnącej sile prawa międzynarodowego. Atak Al-Kaidy uderzył zatem nie tylko w amerykańskie budynki i ludzi, ale również w zachodnią wyobraźnię, która po zakończeniu zimnej wojny zaczęła uznawać pokój, globalizację i stopniową liberalizację świata za kierunek niemal nieodwracalny.

11 września 2001 roku od jedności do nieufności

Pierwszą reakcją Ameryki na zamachy była jedność, której dzisiaj trudno sobie wyobrazić. Obywatele skupili się wokół prezydenta George’a W. Busha, Kongres poparł walkę z terroryzmem, sojusznicy Stanów Zjednoczonych okazali solidarność, a NATO po raz pierwszy w historii uruchomiło mechanizm wynikający z artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. W atakach zginęło 2977 ofiar, nie licząc dziewiętnastu terrorystów, tysiące ludzi zostało rannych, a obrazy uderzenia samolotów i zawalenia się wież w ciągu kilku godzin połączyły prywatny lęk milionów rodzin z doświadczeniem globalnego wstrząsu.

Chronologię czterech porwań, uderzeń w obie wieże World Trade Center i Pentagon oraz katastrofy samolotu w Pensylwanii, a także polityczne konsekwencje zamachów przedstawia faktograficzne opracowanie „Wszystko co Najważniejsze”.

.Po dwudziestu pięciu latach ta pamięć nie jest już jednak wspólna w takim samym stopniu. W opublikowanym przez „Wszystko co Najważniejsze” materiale o świadkach tragedii Leokadia Głogowski, która zdołała wydostać się z 82. piętra północnej wieży, mówi o obowiązku przekazywania świadectwa tak długo, jak żyją uczestnicy wydarzeń, natomiast Jan Szumański, polski inżynier zaangażowany w prace na Ground Zero, zwraca uwagę na coraz słabszą obecność zamachów w świadomości młodszych Amerykanów. Według przywołanych w tekście badań 83 proc. dorosłych urodzonych przed atakami pamięta, gdzie znajdowało się w chwili otrzymania wiadomości, ale dla rosnącej części społeczeństwa 11 września jest już wiedzą zdobytą w szkole, nie osobistym przeżyciem.

Mounk zastrzega, że błędem byłoby objaśnianie całej dzisiejszej polaryzacji jednym wydarzeniem, ponieważ wpłynęły na nią również kryzysy gospodarcze, przemiany technologiczne, media społecznościowe, spory kulturowe, pandemia, wzrost potęgi Chin i kolejne wojny. Jego zasadnicza teza pozostaje jednak mocna: 11 września był początkiem wielu pęknięć, gdyż decyzje podjęte w odpowiedzi na zamachy stopniowo odwracały część społeczeństwa od instytucji, ekspertów i polityki zagranicznej prowadzonej przez waszyngtońskie elity. Jedność powstała pod wpływem ataku, nie przetrwała natomiast jego politycznych konsekwencji.

Afganistan, Irak i utrata amerykańskiej wiarygodności

W ocenie Mounka interwencja w Afganistanie osłabiła wizerunek amerykańskiej skuteczności, lecz początkowo nie pozbawiła Stanów Zjednoczonych legitymacji, ponieważ Al-Kaida przygotowywała zamachy z terytorium kontrolowanego przez talibów, którzy chronili jej przywódców. Po dwóch dekadach wojny powrót talibów do Kabulu stał się jednak symbolem ograniczeń potęgi zdolnej wygrać pierwszą fazę konfliktu, lecz niezdolnej trwale przebudować państwa. O przyczynach tej interwencji, jej moralnym uzasadnieniu i końcowym bilansie szerzej pisze na łamach „Wszystko co Najważniejsze” prof. Mark Juergensmeyer.

Znacznie bardziej niszcząca dla wiarygodności Ameryki okazała się wojna w Iraku, uzasadniana między innymi twierdzeniami o broni masowego rażenia, których nie potwierdzono. Mounk odróżnia więc kryzys skuteczności od kryzysu prawomocności: Afganistan pokazał granice amerykańskiej siły, Irak zaś przekonał wielu obywateli i zagranicznych partnerów, że największe mocarstwo może oprzeć decyzję o wojnie na błędnych lub nieprawdziwych przesłankach. To właśnie w tej luce między deklarowanymi wartościami a praktyką polityczną rosły nieufność wobec instytucji, podatność na teorie spiskowe oraz przekonanie, że elity są bardziej zainteresowane działaniami na świecie niż bezpieczeństwem i położeniem zwykłych Amerykanów.

Z tego doświadczenia wyrastała część politycznej siły Donalda Trumpa, który w kampanii 2016 roku atakował nie tylko demokratów, ale także republikańskie dziedzictwo George’a W. Busha i inwazję na Irak. Mounk dostrzega zarazem powtarzającą się sprzeczność amerykańskiej polityki: kandydaci zdobywają poparcie obietnicami ograniczenia zagranicznych interwencji, po objęciu władzy wracają jednak do użycia siły. Bush w kampanii 2000 roku zapowiadał większą powściągliwość, Barack Obama doszedł do prezydentury jako przeciwnik wojny irackiej, lecz rozszerzył inne operacje wojskowe, Trump zbudował swój wizerunek na odrzuceniu roli światowego żandarma, a później sam podjął działania interwencyjne.

Terroryzm zmienił formę, ale nie zniknął

Zamachy na World Trade Center otworzyły również nową fazę dżihadyzmu, lecz po ćwierćwieczu zagrożenie wygląda inaczej niż w 2001 roku. Prof. Olivier Roy wyróżnia na łamach „Wszystko co Najważniejsze” trzy pokolenia dżihadystów: bojowników wywodzących się głównie z Bliskiego Wschodu, terrorystów urodzonych lub wychowanych już w Europie oraz działających samotnie sprawców, często słabo przygotowanych religijnie i posługujących się prostą bronią. Wielkie, scentralizowane organizacje zostały osłabione, a służby zdobyły doświadczenie, lecz rozproszenie sprawców sprawia, że pojedyncze ataki bywają trudniejsze do wykrycia.

W tym sensie 11 września pozostaje matrycą zachodniego myślenia o bezpieczeństwie, nawet jeśli w codziennym sporze politycznym ustąpił miejsca innym tematom. Zamachy w Madrycie, Londynie, redakcji „Charlie Hebdo”, sali koncertowej Bataclan i brukselskim metrze potwierdziły, że terroryzm islamistyczny stał się trwałym wyzwaniem dla demokratycznych państw, reakcje na niego przyniosły zaś spory o migrację, inwigilację, granice swobód obywatelskich i integrację społeczną. Jednocześnie seria nieudanych lub przeciągających się interwencji podważyła przekonanie, że przewaga militarna pozwala narzucać stabilny porządek polityczny społeczeństwom o odmiennej historii i strukturze.

Polska cena solidarności po 11 września

W perspektywie polskiej opowieść o 11 września nie kończy się na solidarności wyrażonej wobec Stanów Zjednoczonych. Polska, będąca wówczas członkiem NATO od zaledwie dwóch i pół roku, wysłała żołnierzy do Afganistanu, a następnie wzięła udział w wojnie w Iraku, oczekując wzmocnienia pozycji w sojuszu, unowocześnienia armii i udziału polskich przedsiębiorstw w odbudowie kraju. Maciej Świrski przypomina, że w obu misjach zginęło łącznie sześćdziesięciu pięciu polskich żołnierzy i cywilny ratownik medyczny zatrudniony w wojsku, polskie dowództwo kierowało w Iraku wielonarodową dywizją, a komandosi GROM uczestniczyli w działaniach od pierwszej nocy wojny.

Ten wysiłek nie przełożył się jednak na równie trwałe miejsce Polski w amerykańskiej pamięci. Podczas debaty prezydenckiej w 2004 roku George W. Bush odpowiedział Johnowi Kerry’emu słowami „Well, actually, he forgot Poland”, gdy rywal pominął Polskę, wyliczając kraje uczestniczące w inwazji na Irak. Zdanie szybko przekształciło się w internetowy żart „You forgot Poland”, odrywając się od ofiar, decyzji i odpowiedzialności, które stały za polskim udziałem. Świrski pokazuje w ten sposób paradoks sojuszniczej pamięci: Polska zobaczyła w zaatakowanej Ameryce własną sprawę, lecz sama pojawiła się w amerykańskiej debacie jedynie na moment, jako argument w krajowym sporze politycznym.

Porównanie tekstu Świrskiego z rozmową Mounka prowadzi do szerszego wniosku. Kryzys wywołany przez 11 września dotyczy nie tylko podziału na zwolenników i przeciwników kolejnych prezydentów, interwencjonizmu czy izolacjonizmu, ale także zdolności Zachodu do zachowania wspólnej pamięci, uzgodnienia podstawowych faktów i uznania ceny płaconej przez sojuszników. Gdy wspólny obraz ustępuje miejsca przekazom dopasowanym do wcześniejszych przekonań każdego odbiorcy, nawet najbardziej dramatyczne wydarzenie nie musi już tworzyć wspólnoty, może natomiast od pierwszych minut stać się przedmiotem walki konkurencyjnych narracji.

Czy Ameryka może odzyskać jedność?

Mounk nie wierzy, że współczesne Stany Zjednoczone byłyby zdolne odtworzyć jedność z pierwszych dni po zamachach, ponieważ dzieli je spór o tożsamość narodową, ocenę własnej historii i rolę kraju w świecie. Przez dziesięciolecia większość Amerykanów przyjmowała, że ich państwo, mimo niewolnictwa, dyskryminacji i przemocy obecnych w jego historii, pozostaje niezastąpionym filarem wolnego świata. Po 11 września jedni jeszcze mocniej podkreślali patriotyczną wyjątkowość Ameryki, inni widzieli w zamachach i późniejszych wojnach potwierdzenie win mocarstwa, które samo sprowadziło na siebie katastrofę, a oba stanowiska coraz rzadziej spotykały się we wspólnej przestrzeni debaty.

Nie oznacza to, że zamachy automatycznie wytworzyły wszystkie podziały widoczne dzisiaj. Bardziej przekonujące jest stwierdzenie, że odsłoniły słabości amerykańskiego państwa, uruchomiły serię decyzji, których skutki trwały przez dwie dekady, oraz przyspieszyły rozpad zaufania do polityki i mediów. Mounk trafnie przestrzega przed wyjaśnieniem jednoprzyczynowym, natomiast doświadczenie opisane przez Świrskiego pozwala dopowiedzieć, że kryzys instytucji zbiegł się z rewolucją komunikacyjną, która odebrała społeczeństwom ostatnie wspólne ekrany.

Po dwudziestu pięciu latach najważniejsze pytanie nie brzmi zatem wyłącznie, czy 11 września nadal kształtuje politykę Stanów Zjednoczonych. Równie istotne jest to, czy Zachód potrafi jeszcze zobaczyć tragedię jako wspólne doświadczenie, rozpoznać zobowiązania wynikające z sojuszu i oddzielić spór o błędy państwa od relatywizowania odpowiedzialności terrorystów. Jeżeli taka wspólnota ma dziś powstać, nie stworzy jej jeden telewizyjny obraz, lecz cierpliwa praca pamięci, rzetelne odtwarzanie faktów i gotowość słuchania także tych, których wkład zbyt łatwo zniknął z głównej opowieści.

Karolina Jaszowiecka

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 11 września 2026