Piotr JAKUBOWSKI: Czarny protest w sieci niezrozumienia. Polemika z tekstem prof. Moniki Przybysz Piotr JAKUBOWSKI: Czarny protest w sieci niezrozumienia. Polemika z tekstem prof. Moniki Przybysz

Czarny protest w sieci niezrozumienia.
Polemika z tekstem prof. Moniki Przybysz

Photo of Piotr JAKUBOWSKI

Piotr JAKUBOWSKI

Kulturoznawca, absolwent UAM, obecnie adiunkt na Wydziale Nauk Humanistycznych UKSW. Autor książki "Pułapki tożsamości. Między narracją a literaturą" (Kraków 2016).

Zamiast mrzonek o nieziszczalnym porozumieniu powinniśmy dbać o warunki i kanały prowadzenia dialogu. Jeśli nie chcemy się dalej szarpać, to pozostają właściwie dwie drogi, z których jedna zdaje się jeszcze większym koszmarem niż stan aktualny. To opcja, w której jedna grupa narzuca innej swoje przekonania za pomocą regulacji i aparatów państwowych. Druga wizja to spluralizowane społeczeństwo obywatelskie – pisze dr Piotr JAKUBOWSKI polemizując z tekstem prof. Moniki PRZYBYSZ “#CzarnyProtest w sieci nienawiści. Populizm, uproszczenia, instynkt stadny, manipulacje” [LINK]

.Prof. Monika Przybysz w tekście #CzarnyProtest w sieci nienawiści podstawą swej argumentacji czyni fakt dobrze już rozpoznany – że polityka oddzieliła się od polis, a komunikacja między tymi dwoma sferami odbywa się za pomocą medialnych i publicznych spektakli o silnym nacechowaniu emocjonalnym i rażących czasem uproszczeniach, a nawet przekłamaniach

Jakże słuszne nawoływanie o merytoryczny dialog społeczny i próbę wzajemnego zrozumienia i poszanowania pozostaje pięknym i szlachetnym postulatem, niemniej nikt chyba nie wie do końca, jak dałoby się go zrealizować. Jeśli o coś warto walczyć – i myślę, że w tym aspekcie Autorka się ze mną zgodzi – to o odpowiedzialność w uprawianiu społecznej hermeneutyki (w tym jakże zaniedbywanej hermeneutyki różnicy), o rzetelny przekład posunięć prawodawców na obrazy kolportowane w obrębie – spluralizowanej, a jednak – wspólnoty. Tu tkwi rola i misja intelektualistów, liderów politycznych, a przede wszystkim mediów. Ale także zadanie dla każdego z nas.

Dialog w Szuflandii?

.W tym aspekcie obecne w tekście prof. Przybysz metonimiczne tworzenie wizerunku protestujących tłumów na bazie najbardziej radykalnych ich przedstawicieli i jaskrawych obrazków trąci niestety analogicznym uproszczeniem i manipulacją jak te, które Autorka piętnuje, a ścieżek dialogu, o który apeluje, z pewnością nie otwiera. Trudno przystąpić do rozmowy, jeśli druga strona widzi w nas w pełni zewnątrzsterowne, omamione demagogiczną papką serwowaną przez cynicznych politykierów stado żądne krwi nienarodzonych dzieci (oczywiście, działa to w dwie strony – równie trudno przystąpić do dialogu tym, którzy z góry zostali przez swoich oponentów zaszufladkowani jako zaściankowi fundamentaliści, „pisiory”, „moherowe berety” czy „katotalibowie”).

Obraz „czarnego protestu”, jaki przedstawiła prof. Przybysz, nie różni się zasadniczo od tego, jaki mogli zobaczyć widzowie „Wiadomości” TVP: reprezentatywnym wyrażeniem poglądów całych rzesz, które wyszły na ulice, miałyby być w najlepszym wypadku średnio przemyślane słowa Hanny Bakuły o „kupie potwornych kalek i bękartów, które będą się rodzić”, ale przecież i tak właściwie to wcale nie chodziło o zdrowie i życie kobiet, tylko o polityczną władzę, bo czemu niby zaatakowano Bogu ducha winny PiS, który był przeciwko całej ustawie, a w tej ustawie to w ogóle i tak nie było nic o zakazie i karaniu. Retoryka ta jako żywo przypomina przytoczoną przez Freuda historię o mężczyźnie, którego oskarżono, iż popsuł pożyczony czajnik, na co ten odpowiedział, że zwrócił czajnik w dobrym stanie, następnie, że czajnik był już zepsuty, gdy go pożyczał, a właściwie to on nigdy nie pożyczał żadnego czajnika.

Wspólnota, która zawiązała się pod sztandarem „czarnego protestu”, rozdzieliłaby się na dwa obozy, gdyby postawiła sobie pytanie, czy obecnie istniejący tzw. kompromis aborcyjny z 1993 roku jest rozwiązaniem akceptowalnym i wartym zachowania, czy powinniśmy dążyć do liberalizacji przepisów związanych z aborcją, aż do pełnej jej legalizacji włącznie. Musi zatem chodzić o coś innego, „porozumienia ponad podziałami” poszukiwać należy na innej płaszczyźnie.

W żadnym ze znanych mi oficjalnych – o ile można tak mówić w przypadku akcji, za którą nie stoi, przynajmniej wprost, żadne ugrupowanie czy instytucja – sformułowań celów protestu nie znalazłem informacji, by miał on propagować aborcję. Jego założenia wyłożone były głównie w rejestrze negatywnym. By użyć słynnego rozróżnienia teoretyka liberalizmu Isaiaha Berlina: celem była tu „wolność od” (indoktrynacji, uprzedmiotowienia, ideologicznego nasycenia prawa i edukacji), nie „wolność do”.

Wyłapywanie z tłumu, a raczej jego wizualnych reprezentacji, „maleńkich dzieci wyciągniętych na deszcz w wózkach, trzymających w rączkach hasła: »Nic wam do naszego zabijania naszych dzieci«”, a niedostrzeganie setek czy nawet tysięcy osób, które cierpliwie tłumaczyły, że absolutnie nie są zwolenni(cz)kami „aborcji na żądanie”, przypomina klasyczny retoryczny zabieg ustawiania swojego przeciwnika tak, by łatwiej dało się go zdyskredytować. Co więcej, mamy tu do czynienia z równie emocjonalnie nacechowanym przekazem („krające się serce”, „maleńkie” dzieci wyciągnięte bestialsko na deszcz, ich zmarznięte „rączki”) jak ten, które Autorka wytyka stronie przeciwnej.

Życie i wybór – dlaczego alternatywa?

.Formuły samookreślenia stosowane przez obie zwaśnione strony – pro-life i pro-choice – wskazują nie tyle na ich światopoglądową polaryzację, co na zupełne rozmijanie się perspektyw i podstaw postulatywnych.

Zakładając, że grupa konsoliduje się tyleż w imię afirmacji respektowanych wartości, co w opozycji do swoich „innych”, wspólnota pro-life winna być jednocześnie wspólnotą anty-choice, a wspólnota pro-choice – anty-life (i tak właśnie obie są przedstawiane przez siebie nawzajem: „zwolennicy wyboru” są wszak „za mordowaniem dzieci”, a więc przeciw życiu; „obrońcy życia” natomiast – przeciw wolności wyboru). Tu, moim zdaniem, widać, że tylko jedna z dwóch stron właściwie rozpoznaje swojego przeciwnika, i jest to strona, z którą, nie ukrywam, sympatyzuję, czyli osoby będące pro-choice, które jednocześnie nie są – jak chcieliby ich/nasi przeciwnicy – anty-life.

Otóż „obrońcy życia” zdają się zapoznawać fakt, że częstokroć – w życiu – zdarzają się sytuacje, w których osoby stają w obliczu tragicznego wyboru: chciały(eli)byśmy bronić życia, ale musimy zdecydować, czyjego życia, albo też jakiego życia. Sytuacje, kiedy to samo życie – więcej niż jednej osoby – staje się przedmiotem wyboru. To po pierwsze. Po drugie natomiast, zupełnie inaczej wybór ten przedstawia się wówczas, gdy dotyczy kogoś osobiście, gdy dotyczy jego, a właściwie – jej życia, niż gdy rozpatrywany jest jako kwestia czysto teoretyczna.

Wszystkie praktycznie sporne kwestie ograniczały się do tego typu sytuacji – ciąż o wysokim stopniu ryzyka dla życia matki (pytanie: czyje życie należy ratować?), ciąż będących efektem gwałtu czy ze znacznym uszkodzeniem lub upośledzeniem płodu (konflikt między etyką świętości życia a etyką jakości życia). Zwolennicy pełnej legalizacji aborcji uważają zapewne, że każda sytuacja, w której kobieta nie jest przygotowana (egzystencjalnie, psychicznie, materialnie) na posiadanie potomstwa, jest sytuacją równie dramatyczną, a tym samym powinno przysługiwać jej (tj. kobiecie) prawo do decydowania o swym przyszłym losie. W ten sposób dokonują oni moralnego rozstrzygnięcia, zgodnie z którym wolność wyboru jako przywilej osoby już ukształtowanej, zdolnej do samostanowienia i podejmowania świadomych decyzji, przedkładają nad wartość życia osoby znajdującej się w stadium prenatalnym. Zwolennicy pełnej delegalizacji aborcji dokonują decyzji analogicznej, tylko że odwrotnej, co istotne jednak – w przeciwieństwie do tych pierwszych, odnajdują dla swoich poglądów zarówno etyczne, jak i metafizyczne zakorzenienie: ich zdanie nie tylko reprezentuje tych, którzy sami reprezentować się nie są w stanie, a tym samym należy im się szczególna ochrona – nienarodzone istoty ludzkie, ale ponadto jest zgodne z wolą Boga.

Nie mamy tu zatem do czynienia ze zwykłą rozbieżnością opinii na dyskusyjną kwestię (jak chcieliby ci, którzy uparcie, z nieznośną prostotą tłumaczenia rzeczy oczywistych przekonują: „nie chcesz aborcji, to sobie jej nie rób”), albowiem tylko jedna ze stron uważa tę kwestię za dyskusyjną, tj. taką, która dopuszcza rozbieżność sądów. Druga natomiast widzi w niej kwestię prawdy i fałszu – zgodności, bądź nie, danego poglądu ze stanem faktycznym. Swojego stanowiska nie postrzegają więc oni jako przekonania światopoglądowego (czyli zgodnego li tylko z przyjętym zespołem założeń aksjonormatywnych, który mógłby być inny), ale jako przekonanie bezwarunkowo prawdziwe, absolutne i ponadczasowe – a zatem ci, co sądzą inaczej, po prostu są w błędzie, i z błędu tego należy ich wyprowadzić, szkodom przezeń wynikłym zapobiegać, a jak się nie uda, to piętnować i karać.

Ależ, ależ – odpowiedzą ci ostatni – czy czytaliście ustawę? Przecież nikt tu nie chciał nikogo piętnować i karać. A zatem:

Co myślałem, że popieram, popierając „czarny protest” (i nadal tak myślę)

.Można zżymać się na to, iż większość uczestniczek i uczestników „czarnego protestu” nie przeczytała ani fragmentu projektu ustawy, przeciw której protestowała, jasne, ale tak samo gros osób, które tłumnie wyszły na ulice po śmierci Jana Pawła II, nie zajrzały do żadnej z jego encyklik i miały w najlepszym wypadku mgliste pojęcie o jego nauczaniu.

Owa analogia jest co najmniej ryzykowna i najpewniej nie wytrzyma szczegółowej krytyki, niemniej chciałbym poprzez nią zasygnalizować pewien pogląd na całą sprawę – a mianowicie, że to, jakie zapisy znalazły się, a jakie nie znalazły w projekcie ustawy przygotowanej przez Ordo Iuris, jest dla całej sprawy kompletnie drugorzędne, a może nawet i nieistotne.

Prof. Przybysz w swoim tekście dość swobodnie przechodzi ze sfery polityki w szerokim sensie bądź metapolityki (dyskusji nad wartościami, które powinny przyświecać wspólnocie: „spór dotyczy zresztą najważniejszych wartości: życia i wolności”) do sfery polityki w wąskim sensie bądź postpolityki (debat dotyczących szczegółowych rozstrzygnięć formalno-prawnych: „Kara dla każdej kobiety za dokonanie aborcji, brak ratowania życia przyszłej matki, zakaz badań prenatalnych […] i karanie kobiety więzieniem za poronienie”). Wystarczyłoby natomiast wczytać się w postulaty sformułowane przez nieformalną grupę Ogólnopolski Strajk Kobiet, by dostrzec, o jaką stawkę toczy się gra. Oprócz niezgody na ustawę, określaną jako „drakońska” lub „barbarzyńska”, OSK wyrażało sprzeciw wobec: „pogardy i przemocy względem kobiet”, „ingerencji Kościoła w politykę” i „polityki w oświacie”. Cele były więc, a i owszem, polityczne, ale w szerokim (a nawet: właściwym) sensie tego słowa, gdyż dotyczyły zasad, jakimi cechować się powinna wspólnota: znoszenia patriarchalnych nierówności, rozdziału sfery prywatnej od publicznej, świeckości państwa (tzn. pozostawiania obywatelom wolności światopoglądowego samookreślenia), rzetelności edukacji itd.

W „czarnym proteście” należy dostrzegać przede wszystkim kolejną arenę wojny kulturowej, jaka od pewnego czasu toczy się w naszym kraju na wielu frontach – między Polską konserwatywną a liberalną, wyznaniową a zsekularyzowaną – wojny, której jedną z bitew już niedługo, bo 11 listopada, będziemy mogli oglądać na ulicach stolicy. Ograniczanie optyki do jakiejś konkretnej ustawy oznacza niedostrzeganie rozłamu, który sam się nie zasklepi i nie unieważni, a nawet – wszystko na to wskazuje – będzie się tylko pogłębiał przy każdej nadarzającej się doraźnie okazji. Prof. Przybysz już w pierwszym zdaniu swojego tekstu mówi o „polaryzacji polskiego społeczeństwa”, następnie jednak z każdym akapitem coraz bardziej neguje realne postulaty i obawy znaczącej jego części, sprowadzając je do efektów manipulacji, instynktu stadnego, demagogicznego omamienia i zwykłej ignorancji. Nie tędy droga.

W „czarnym proteście” należy dostrzegać przede wszystkim kolejną arenę wojny kulturowej, jaka od pewnego czasu toczy się w naszym kraju na wielu frontach.

.„Dwie Polski” z owej metakulturowej narracji nie są jakimś stadium przejściowym, które uda się przezwyciężyć za pomocą magicznego wytrychu pod tytułem konsensus. Zgoda następuje wówczas, gdy żadnej ze stron o nic właściwie już nie chodzi. Pojedyncze jednostki mogą dokonać konwersji swoich poglądów, ale nie dziesiątki czy setki tysięcy obywateli.

Zamiast mrzonek o nieziszczalnym porozumieniu powinniśmy dbać o warunki i kanały prowadzenia dialogu. Jeśli nie chcemy się dalej szarpać, to pozostają właściwie dwie drogi, z których jedna zdaje się jeszcze większym koszmarem niż stan aktualny. To opcja, w której jedna grupa narzuca innej swoje przekonania za pomocą regulacji i aparatów państwowych. Lęk przed taką perspektywą podsyca obecnie zacietrzewienie i jednych („dyktatura mniejszości”), i drugich (państwo teokratyczne). Druga wizja to spluralizowane społeczeństwo obywatelskie, w którym w imię liberalnej, antytotalitarnej zasady będzie można „żyć i pozwalać żyć innym”.

.Da się pomyśleć wspólnota, która bezkolizyjnie łączyć będzie osoby o odmiennych poglądach (sam „czarny protest” jest zresztą tego dobitnym przykładem). Nie da natomiast taka, w której część będzie miała poglądy, a reszta będzie się postrzegać jako depozytariusze prawdy objawionej.

Piotr Jakubowski

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 22 października 2016
Fot.Iga Lubczańska/Flickr/Czarny Protest w Opolu

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam