Prof. Brigitte GRANVILLE: Co dolega Francji? Prof. Brigitte GRANVILLE: Co dolega Francji?

Co dolega Francji?

Photo of Prof. Brigitte GRANVILLE

Prof. Brigitte GRANVILLE

Profesor ekonomii międzynarodowej i polityki gospodarczej w School of Business and Management na Queen Mary University of London, dyrektor Centre for Globalization Research (CGR). Kawaler orderu des Palmes Académiques. B. wiceprezes J. P. Morgan na Rosję. Autorka „Co dolega Francji?” (2021).

Ryc. Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Pandemia zadziałała jak katharsis. Uwolniła aspiracje i frustracje związane z linią podziału społecznych i politycznych instytucji, rolą państwa, miejscem narodu francuskiego w Europie oraz przyszłością europejskiego modelu i wspólnej waluty – pisze prof. Brigitte GRANVILLE

.Każdy poważny wstrząs, a takim jest na pewno pandemia, uświadamia ludziom, że życie nie może toczyć się dawnym torem. We Francji jednak pragnienie nowego otwarcia było aż nazbyt odczuwalne, jeszcze zanim ktokolwiek usłyszał o wirusie COVID-19. To właśnie to pragnienie podsycało protesty „żółtych kamizelek”, które trwały już od roku, kiedy zaczęłam pisać książkę Co dolega Francji?. W wielu relacjach i komentarzach medialnych bagatelizowano podnoszone przez gilets jaunes postulaty, koncentrując się na scenach przemocy, za którymi stali często prowokatorzy, oraz na reakcjach policji, w wyniku których setki protestujących odniosło obrażenia, a nawet zostało okaleczonych. Protesty ujawniły prawdziwą skalę społecznego niezadowolenia: czując, że klasa polityczna ich oszukała i nie reprezentuje ich interesów, uczestnicy ruchu podjęli desperacką walkę o ekonomiczną przyszłość swoją i swoich dzieci.

Ruch żółtych kamizelek był gwałtowną reakcją znacznej części francuskiego społeczeństwa przeciwko zmianom gospodarczym i ich niszczycielskim skutkom społecznym, które widać jak na dłoni w całym rozwiniętym, uprzemysłowionym świecie. Od lat 80. XX w. słabo wykwalifikowani i nisko opłacani pracownicy znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji wraz z nastaniem ery nowych eksporterów, takich jak Chiny i inne wschodzące gospodarki, oraz wybuchem rewolucji cyfrowo-informacyjnej. Uzyskany dzięki nowym technologiom wzrost wydajności pracy nie przełożył się na odpowiednie korzyści dla robotników, czy to bezpośrednio poprzez podwyżki płac, czy pośrednio w drodze dystrybucji wydatków publicznych. Podczas gdy liberalizacja rynków finansowych i swobodniejszy przepływ kapitału pomiędzy państwami ułatwiły największym firmom i ich zamożnym udziałowcom „optymalizację” podatków (niesławne „1 proc.” i „0,1 proc.”), rządy zmuszone były podnosić daniny obciążające „zwykłych” podatników, co zwiększyło stosunkową utratę dochodów.

Problemy te zaostrzył światowy kryzys finansowy i wynikający z niego kryzys zadłużenia w strefie euro w następstwie dwóch czynników. Po pierwsze, banki centralne w krajach rozwiniętych prowadziły niekonwencjonalną politykę pieniężną, polegającą na pompowaniu pieniędzy w rynki kapitałowe. Doprowadziło to do wzrostu cen aktywów finansowych i nieruchomości znajdujących się głównie w rękach osób zamożnych. Ludzie odpowiedzialni za tę politykę zakładali zapewne, że część tego nowo uzyskanego bogactwa trafi do reszty społeczeństwa, ale stało się inaczej. Płace w krajach rozwiniętych stanęły w miejscu, standard życia nie zaczął się podnosić – na czym najbardziej ucierpieli słabo wykwalifikowani pracownicy, osoby mające niewielkie oszczędności i emeryci – a nierówności tylko się pogłębiły. Po drugie, programy cięć budżetowych (szczególnie w strefie euro) ograniczyły wydatki na ochronę społeczną i programy redystrybucyjne w krajach deficytowych, co jeszcze bardziej pogorszyło sytuację słabo opłacanych pracowników o niskich umiejętnościach zawodowych. Nadszarpnęło to zaufanie zarówno do krajowych, jak i europejskich instytucji, które wiele osób zaczęło postrzegać jako pozostające poza wszelką kontrolą źródło narzucanych milionom ludzi wyrzeczeń. Polityczne skutki tych tendencji rozprzestrzeniły się na całą Europę i Amerykę Północną. Ich podsumowaniem stało się hasło „Brexit i Trump” oraz obserwowany w kontynentalnej Europie sukces partii „populistycznych” budzących niepokojące skojarzenia z latami 20. i 30. XX w.

W swojej proroczej książce Le Mal français opublikowanej w latach 70. XX w. Alain Peyrefitte (1925–1999), minister w rządzie de Gaulle’a i autor wspomnień o generale, twierdził, że „choroba” Francji jest skutkiem tego, że kraj ten nigdy nie porzucił swoich absolutystycznych tradycji zapoczątkowanych polityką ministrów na dworach siedemnastowiecznych królów. Polityka ta zakładała bezkompromisową centralizację, zgodnie z którą wszystko miało sprzyjać technokratycznemu cezarianizmowi.

Współczesnym przejawem tej upolitycznionej technokracji jest ustanowienie europejskiej unii walutowej. Polscy ekonomiści Stefan Kawalec, Ernest Pytlarczyk i Kamil Kamiński przywołują nastawienie międzywojennych polityków i finansistów broniących za wszelką cenę złotego standardu jako ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem zaprzeczania roli wspólnej waluty w wywołaniu obecnego kryzysu społeczno-gospodarczego.

Kiedy w 2020 r. kończyłam pisać książkę Co dolega Francji?, przyczyn kryzysu upatrywano powszechnie w innych, bardziej aktualnych wydarzeniach, wśród których wymieniano przede wszystkim pandemię koronawirusa. Zamykanie oczu na prawdziwe źródła kryzysu prowadzi jednak do podważenia europejskiej spójności i wartości europejskich tak drogich osobom, które nie chcą tych źródeł widzieć. W grupie tej znajduje się wielu luminarzy francuskiej „inteligencji”, którzy porzucili typowy radykalizm swoich młodych lat, tak że dziś bardziej niepokoi ich chaos protestów żółtych kamizelek niż przyczyny tych protestów. Tych, którzy starają się zrozumieć postulaty gilets jaunes, odsądza się od czci i wiary jako heretyków rzucających faszystowskie bluźnierstwa przeciwko sprawdzonej drodze do dobrobytu. Problem w tym, że zmowa i nakaz milczenia pod karą otrzymania łatki „populisty” to nie ochrona, lecz groźba.

Sztuka debatowania to prawdziwa sztuka życia, a powrót do antycznych sympozjów w renesansowych Włoszech był nieodzownym elementem odrodzenia, które łączymy najczęściej ze wspaniałymi osiągnięciami sztuk plastycznych. Bez swobodnej debaty umiera wolność państwa i społeczeństwa. W tych paryskich domach, gdzie osoby takie jak madame Geoffrin gościły encyklopedystów Diderota i d’Alemberta czy awanturnika i dramaturga Beaumarchais, ożywała filozofia oświecenia, która była reakcją na wszelkie zinstytucjonalizowane ograniczenia. Jej pierwszym celem był Kościół i jego doktryna; następne w kolejności było podlegające władzy królewskiej państwo. Powstała z tego fermentu filozofia była materialistyczna i prowadziła do pełnych rewolucyjnego zapału prób udoskonalenia społeczeństwa w inny sposób niż ten, który proponowała obowiązująca religia. Jednakże ta dominująca, oświecona tradycja rewolucyjna sama zaczęła być traktowana jak religia przez jej adeptów, czyli francuskich intelektualistów, z których tak wielu popierać będzie rewolucyjny komunizm dwa stulecia po krwawym przewrocie Wielkiej Rewolucji Francuskiej, dając się wyraźnie unieść mesjanistycznym i milenarystycznym porywom odpowiedzialnym za rozlew krwi w dwudziestowiecznych Rosji i Chinach. Po tym, gdy państwu udało się osiągnąć zamierzony cel wyparcia Kościoła w sferze polityki, kontynuowało ono podejmowane w poprzednich stuleciach wysiłki na rzecz centralizacji królewskiej władzy oraz próby zawłaszczenia dużej części narodowego bogactwa.

Kiedy minęły okrucieństwa XX wieku, a Zachód wyszedł zwycięsko z zimnej wojny, duża część inteligencji przyjęła konformistyczne nastawienie akolitów rządzącej oligarchii. Zdrada ducha swobodnej debaty została przykryta polityczną stronniczością. Pokazywane na antenie głównych stacji telewizyjnych debaty pomiędzy przedstawicielami francuskiej odmiany „niby intelektualistów, a jednak idiotów”, jak nazwał to środowisko Nassim Taleb, były grą pozorów. W dyskusji dopuszczano tylko zatwierdzone poglądy. W takiej sytuacji odmienne opinie rugowane są z zajadłością zdradzającą lęk i brak pewności siebie. Tacy właśnie ludzie doprowadzili do przestrzennej i intelektualnej gettoizacji francuskiego społeczeństwa – przestrzennej w sensie całych grup „niewidzialnych ludzi”, zepchniętych na przedmieścia i peryferie; intelektualnej w sensie chwalenia tych, którzy mają „właściwe” poglądy, i marginalizacji tych, którzy myślą „niewłaściwie”, tak aby można ich było uznać za osoby żałosne i kierujące się złudzeniami. Wrogie idee są często potępiane jako skrajnie prawicowe (Jean-Paul Sartre upowszechnił nawet hasło, zgodnie z którym przeciwnicy mogą być tylko po prawej stronie – pas d’ennemis à gauche). Dzieje się tak szczególnie wtedy, kiedy dyskusja dotyczy kwestii tradycyjnej tożsamości narodowej w obliczu masowej imigracji lub państwowych ambicji promowania tożsamości europejskiej jako sposobu projekcji swojej siły.

Wydaje się, że król – ucieleśniany dzisiaj przez zamkniętą grupę paryskich oligarchów – nie czuje się pewnie na swoim tronie.

Ten brak pewności i strach jest udziałem milionów Francuzów mieszkających poza medialno-polityczną bańką Paryża. Naturalnym odruchem po osiągnięciu dobrobytu jest obrona tego, co się zdobyło (francuskie słowo oznaczające „zdobyty” – acquis – ma specyficzne konotacje sugerujące uprawnienia poprawiające jakość życia). Nic zatem dziwnego, że antyestablishmentowi politycy po lewej i prawej stronie porzucili swoje wyborcze zobowiązania wyprowadzenia Francji z unii walutowej, obawiając się, aby ten poważny, choć jak twierdzę, korzystny krok nie odstraszył zbyt wielu wyborców. Mimo to, jak pokazały wyniki ostatnich wyborów, nad strachem przed taką zmianą zaczynają przeważać frustracje i urazy. Stagnacja poziomu życia wywróciła do góry nogami niekwestionowane wcześniej założenie, że młodzi będą żyli na lepszym poziomie, niż ich rodzice. Miliony biednych pracowników, którzy poczuli się zapomniani i zignorowani, zbuntowało się, przywdziawszy żółte kamizelki. W miarę jak przekonanie, że „dłużej tak być nie może”, będzie się nasilało, towarzyszyć mu będzie coraz mocniejsze poczucie swobody poszukiwania i stosowania nowych rozwiązań.

Historyk Walter Scheidel wymienia w swojej książce The Great Leveler czterech jeźdźców niwelujących nierówności – są to: wojna oparta na masowej mobilizacji, przekształcające rzeczywistość rewolucje, upadek państwa i pandemie, co jest szczególnie prorocze, biorąc pod uwagę to, że książka została opublikowana w roku 2017. „Nie wiemy, czy przyszłe lata będą wolne od brutalnych wstrząsów, które wyznaczały rytm historii od zarania cywilizacji. Zawsze istnieje szansa, nawet niewielka, że jakaś duża wojna albo nowa czarna śmierć zburzy ustanowiony porządek i doprowadzi do nowej dystrybucji przychodów i bogactwa” – pisze.

Pandemia koronawirusa zadziałała jak katharsis. Uwolniła aspiracje i frustracje związane z linią podziału społecznych i politycznych instytucji, rolą państwa, miejscem narodu francuskiego w Europie oraz przyszłością europejskiego modelu i wspólnej waluty. Pomimo systemu podatków i wydatków publicznych angażującego ponad połowę rocznej krajowej produkcji Francja nie zdołała zaopatrzyć w podstawowe środki ochrony osobistej personelu wykonującego najpotrzebniejsze zadania i opiekującego się chorymi w najgorszym okresie pandemii. Wywołało to pragnienie zmiany poparte dużą dynamiką kreatywnych działań podejmowanych przez wszystkich, a szczególnie tych, którzy byli od dawna zaniedbywani i niedostrzegani.

Najlepszym lekarstwem na dolegliwości francuskiego państwa jest zdefiniowana przez Richarda Baldwina nowa lokalność, która powinna wzmocnić społeczne więzi. Gdybym chciała zakończyć konwencjonalnym okrągłym zdaniem, mogłabym zaapelować do politycznego i biurokratycznego establishmentu, wyrażając nadzieję, że znajdzie on dla siebie nową formułę i w akcie samozaparcia przekaże władzę i decyzje o alokacji zasobów regionom, miastom i okręgom. Zakończę jednak inaczej. Społeczna i polityczna reakcja na strukturalne niepowodzenia i zawirowania gospodarcze siłą rzeczy wymusi przyjęcie bardziej lokalnej perspektywy, bez względu na to, czy ludzie na szczytach władzy centralnej postanowią hamować, czy ułatwiać ten proces. W tym drugim przypadku optymistyczny scenariusz zakładałby stopniowe kroki lub typowo francuskie zdecydowane odejście, takie jak zastąpienie unitarnego ustroju V Republiki modelem federalnym. Wydaje się, że ten zwrot ku temu, co lokalne, znajduje już potwierdzenie w wielu indywidualnych inicjatywach, które pojawiły się podczas pandemii COVID-19. W czasie tygodni lockdownu w 2020 roku tysiące mieszkańców Paryża odkryło resztę kraju, korzystając ze wspaniałej wiosennej aury, co przypomniało mi następujące rozpoznanie Bernarda Marisa: „Pogardzana prowincja – słowo, które, notabene, oznacza podbity kraj – przechodzi nagle metamorfozę, podczas gdy Paryż pozostaje tym samym brudnym, hałaśliwym, stresującym i niedostępnym miastem, z którego ludzie uciekają przez transakcje spekulacyjne”.

Przywrócenie poszczególnym regionom centralnego miejsca w życiu kraju da ich mieszkańcom to, co socjologowie nazywają „sprawczością”, a poeci mogliby nazwać szansą na zaczerpnięcie świeżego oddechu. Rozwijając tę metaforę, można powiedzieć, że Francuzi próbują dzisiaj ten oddech złapać. Uważam, że prowadzony przez Christine Kelly na kanale CNews talk-show Face à l’info jest najbardziej autentyczną współczesną wersją oświeceniowych salonów. Nie jestem w tym przekonaniu odosobniona. Od czasu swojej premiery program ten oglądany jest przez miliony osób, szczególnie tych z „prowincji”, którym, jak widać po internetowych komentarzach, bardzo podoba się ta ożywcza odmiana w stosunku do sztucznego języka tradycyjnych telewizyjnych debat. Swobodna wymiana przeciwnych poglądów jest w końcu źrenicą ogólnej wolności, bez której, jak powiedział wielki dziewiętnastowieczny, konserwatywny romantyk Chateaubriand, „nie ma niczego na świecie”.

.Jak każdy, kto zajmuje się ekonomią, lubię dyskusje o kompromisach. Jakakolwiek prawdziwa debata na temat kompromisu pomiędzy wolnością i jej siostrami równością i braterstwem zakłada niezbędną dozę swobody, co z mojego punktu widzenia stanowi ontologiczny dowód na prymat wolności. Tę dyskusję należy jednak odłożyć na później. Sztuka rozmowy jest tak specyficznie i wyjątkowo francuska, że Festival des conversations zgłosił wniosek o wpisanie jej na listę „niematerialnego dziedzictwa kulturowego” UNESCO obok innych wyznaczników francuskiej cywilizacji, takich jak kuchnia czy karnawał w Granville, organizowany w departamencie Manche wychodzącym z wybrzeża Normandii na kanał morski o tej samej nazwie, tak jakby sama ziemia chciała wyrywać się na wolność.

Brigitte GRANVILLE
Tekst ukazał się w nr 29 miesięcznika opinii “Wszystko co Najważniejsze” [LINK]. Przekład: Magdalena Skoć

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 5 czerwca 2021

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam