Prof. Françoise THOM: Jak nie przeoczyć końca putinizmu

Jak nie przeoczyć końca putinizmu

Photo of Prof. Françoise THOM

Prof. Françoise THOM

Francuska historyk, sowietolog, profesor historii na paryskiej Sorbonie.

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autorki

Putin, starzejąc się, jeszcze mocniej będzie wierzył w swoją rolę tego, który „scala rosyjskie ziemie”, czy też w rolę samozwańczego architekta „nowego porządku światowego”, jak ci wszyscy szefowie mafii, którzy u kresu swych dni stają się nad wyraz pobożni – pisze prof. Françoise THOM

„Nigdy żaden naród nie brnął ku katastrofie w takim stanie ogłupienia i niemocy” – pisał Friedrich Reck-Malleczewen w czerwcu 1941 roku. Agonia reżimu mówi nam nieraz więcej o jego naturze niż cała wiedza o nim zdobyta w okresie jego świetności. Nawet najbardziej uważni obserwatorzy systemu putinowskiego byli zaskoczeni tym, czego dowiodła wojna na Ukrainie. Kremlowska propaganda była tak ostra, tak pewna siebie, że zainfekowała nie tylko Rosjan – w tym samych ich przywódców – ale również tych zachodnich ekspertów, którym daleko było do promoskiewskich sympatii. Nawet służby wywiadowcze USA były przeświadczone, że armia ukraińska wytrzyma tylko kilka dni rosyjskiej agresji. Wiedzieliśmy, że reżim Putina jest skorumpowany do szpiku kości, ale sądziliśmy, że podobnie jak robili to przywódcy ZSRR, rosyjski prezydent zazdrośnie chroni przed korupcją cały kompleks przemysłu obronnego i wojsko oraz że kolosalne kwoty zasilające ten sektor przyniosły owoce. Podobnie wyolbrzymialiśmy skuteczność rosyjskich służb, na którą patrzyliśmy przez pryzmat ich sukcesów w kaptowaniu zachodnich elit.

Atak na Ukrainę przekłuł balon. Każdy z nas widział tych rosyjskich żołnierzy – wynędzniałych, głodnych, w żałosnych butach z chińskiego kauczuku, w kaskach, które można rozłupać jednym uderzeniem pięści, pijących z kałuż, jedzących psy, niemających pojęcia o tym, jak używać muszli klozetowej czy uruchomić czajnik elektryczny. Ludzie na Zachodzie dostrzegli, jak spoza moskiewskiego blichtru wyłania się Rosja zabiedzona, miasteczka niepodłączone do sieci gazowej i kanalizacji, Rosja kloszardów i pijaków, Rosja gułagów i szumowin. Mogliśmy się przekonać, że superbroń, którą Putin wymachiwał, aby sterroryzować Zachód, wszystkie te słynne czołgi Armata i rakiety Sarmat istnieją jedynie w postaci makiet i pojedynczych egzemplarzy eksponowanych na defiladach na placu Czerwonym.

Rosyjski wywiad okazał się tak żałosny, że skazał na porażkę operację, której plany opracowano na fałszywych przesłankach. Gigantyczne pieniądze wydane przez Kreml na stworzenie siatki tajnych agentów na Ukrainie rozpłynęły się bez śladu, zdefraudowane zarówno przez ich dysponentów, jak i beneficjentów. Pokładając wiarę we wszechmoc pieniądza, Kreml de facto zaniedbał czysto wojskowe aspekty swojej operacji. Miał już przygotowane mundury paradne na defiladę zwycięstwa ulicami Kijowa, ale nie zatroszczył się zbytnio o zabezpieczenie logistyczne swoich wojsk w tym, co miało być triumfalnym przemarszem przez Ukrainę. Przewidując zwycięstwo, Kreml wysłał na operację spore siły policyjne, lepiej przygotowane do pałowania demonstrantów niż do walki ze zmotywowaną armią. Do tego wszystkiego paliwo skończyło się po trzech dniach, a chińskie opony w rosyjskich ciężarówkach sparciały w ukraińskim błocie, paraliżując postępy wojsk. 

Długo sądziliśmy, że skuteczność tego reżimu w kontrolowaniu i indoktrynowaniu obywateli musi znaleźć przełożenie na porównywalną skuteczność w innych dziedzinach. Okazuje się tymczasem, że jedynym talentem ludzi Putina było stworzenie tej potiomkinowskiej nadrzeczywistości, którą rosyjski prezydent zwiódł nie tylko swój naród wraz z jego elitami, ale także dużą część ludzi na Zachodzie.

Rządy Putina są rządami propagandy i opierają się na podwójnym kłamstwie założycielskim. Pierwszym jest mit Putina jako „człowieka silnego”. Jesienią 1999 roku stacjom telewizyjnym kontrolowanym przez oligarchów zbliżonych do Kremla udało się przedstawić zupełnie nijakiego faworyta klanu Jelcynów jako patriotę, rodzaj Bruce’a Willisa zesłanego z niebios na ratunek Rosji. W następnych miesiącach i latach Putina ukazywano jako budowniczego nowego państwa rosyjskiego, a potem także jako tego, który przyłącza rosyjskie ziemie do macierzy. Nie miało to nic wspólnego z rzeczywistością.

Ci, którzy znali Putina wcześniej – jak bankier Pugaczew, przechwalający się, że odegrał kluczową rolę w jego dojściu do władzy – opisują go jako człowieka niepewnego w swoich decyzjach, podszytego kompleksami, mającego jedno w głowie: wzbogacenie się. Oto, co powiedział Pugaczew w wywiadzie udzielonym Marcowi Feiguine’owi: „To bezwolny słabeusz nieposiadający żadnego ideału. Na pewno nie ktoś, kto scala rosyjskie ziemie. […] Putin lubi wygodę i bezwstydne pochlebstwa. […] To skończony loser, który nie zacznie nagle w coś wierzyć. Może się wydawać, że jest człowiekiem z żelaza. Sieczin mawiał: »Jak się wyda, że on jest z plasteliny, to po nas«”.

Putin sam przyznawał się, że za młodu marzyła mu się kariera przestępcy, i dopiero sztuki walki odciągnęły go od wyboru tej drogi życia. W rzeczywistości wybrał KGB właśnie dlatego, że zapewniało mu ochronę, jednocześnie pozwalając na robienie wszelkiej maści interesów. Średnia długość życia oficera KGB była znacznie wyższa niż średnia długość życia bossa z półświatka. Napływ gangsterów w szeregi KGB w czasach Breżniewa niepokoił zresztą kierownictwo tej instytucji, ale ideologiczne kryteria naboru dawały pierwszeństwo osobom z „ludu” przed tymi, którzy wywodzili się z warstw inteligenckich, podejrzewanych o „polityczną niedojrzałość”. Za awansem Putina stoi więc owa pragmatyka KGB, przedstawianego zresztą dawniej we Francji jako radziecki odpowiednik ENA.

Jako wicemer Petersburga Putin dzięki sojuszowi z mafią stanął na czele grupy, która przejęła kontrolę nad najważniejszymi przepływami finansowymi w mieście. Wezwany do Moskwy w 1998 roku nie przestawał się wzbogacać i wzmacniać swojego petersburskiego gangu. Gdy został prezydentem, dalej myślał i działał jak szef bandy. Przejmując kontrolę nad przychodami z ropy i gazu, położył rękę na gigantycznych pieniądzach. Z tego niewyczerpanego worka z prezentami niczym Święty Mikołaj obdzielał bogactwem swoich zauszników. Później w zamian za podległość rozszerzył krąg bliskich na zaufanych obcokrajowców. Pugaczew mówi w cytowanym już wywiadzie, że słyszał, jak Putin zwraca się do Schrödera – gdy ten był jeszcze kanclerzem – „jak do lokaja”. Pieniądze zastępują dyplomację, która staje się zbyteczna z chwilą, gdy można kupić wysoko postawionych polityków zachodnich, rozszerzając w ten sposób rosyjską strefę wpływów. Pieniądze zastępują także politykę, skoro wystarczy kupić elektorat, aby zapewnić sobie jego poparcie.

Zamiast więc wzmacniać państwo, jak sądziły rzesze zachodnich ekspertów zaczadzonych kremlowską propagandą, Putin je zdeinstytucjonalizował, narzucając mu „pionowość władzy” – hybrydę scentralizowanej partii bolszewickiej i organizacji przestępczej, zapuszczającej swoje macki do najodleglejszych zakątków kraju. Struktura narzucona przez Putina jest drapieżna i funkcjonuje sprawnie dzięki przeciąganiu na swoją stronę nowych osób, dzięki korupcji, a zdarza się również, że i aktom terroru (zabójstwa opozycjonistów, dziennikarzy, dezerterów). Według Pugaczewa, który nie jest odosobniony w swoim osądzie, bliscy Putina podzielają jego kult mamony: „Ci ludzie nigdy nie przejmowali się losem ojczyzny. Nigdy! Chcą tylko nabić sobie kieszenie, a potem dać nogę za granicę”. Pugaczew opowiada, że po spotkaniach wysokich urzędników w obecności Putina ci nie przestawali zwracać się do niego, aby dowiedzieć się, czego dokładnie chciał prezydent (Pugaczew uchodził za zaufanego człowieka Putina). Oligarcha powiedział o tym Putinowi, sugerując mu jednocześnie, aby formułował cele w taki sposób, by zaspokoić oczekiwania rozmówców. Usłyszał w odpowiedzi: „Co ja niby mam im mówić? Dlaczego mam przed nimi odsłaniać swoje plany? Wykluczone! Chcesz, żebym dzielił się z nimi swoimi myślami? A dlaczego nie władzą?”. Pugaczew twierdzi, że „Putin nie robił tego wiedziony nawykami czekisty, ale po prostu dlatego, że nie miał żadnych celów”. Według niego geopolityka w oczach Putina sprowadza się do osobistych relacji. Przykładem tego ma być agresja na Ukrainę. Dawny przyjaciel Putina przestrzega przed sprowadzaniem wojny do woli Putina rozszerzenia imperium. Powinniśmy się cofnąć do roku 2004 i porażki Janukowycza, któremu Putin zdążył już wysłać depeszę z gratulacjami. „Po dziś dzień zapiekle mści się za ten osobisty afront, i nie ma co doszukiwać się tu drugiego dna”.

Ta charakterystyka wydaje się rozmijać z dzisiejszym Putinem, którego niektórzy nazywają „ajatollahem”. Jak wyjaśnić patriotyczną retorykę Kremla, nieskrywane ambicje imperialne, akcenty millenarystyczne w przemówieniach rosyjskiego prezydenta? Klan drapieżców krążących wokół Kremla wyciągnął naukę z prezydentury Jelcyna. Wówczas oligarchowie byli przedstawiani jako agenci zagranicy, pijawki przystawione przez Waszyngton do ciała bezbronnej Rosji. Dziś drapieżcy kryją się za patriotycznymi sloganami i sami określają, kto jest „agentem zagranicy”. Lud rosyjski, poddany nieprzerwanemu praniu mózgów przez telewizję w pełni kontrolowaną przez władzę, godzi się z tym, że biednieje i musi zaciskać pasa, ponieważ wmawia się mu, że ludzie Kremla, napychając swoje kieszenie, pracują dzień i noc nad tym, aby Rosja znów była wielka. Większość oligarchów ostentacyjnie oddaje się patriotycznemu czy prawosławnemu hobby. Putin, starzejąc się, jeszcze mocniej będzie wierzył w swoją rolę tego, który „scala rosyjskie ziemie”, czy też w rolę samozwańczego architekta „nowego porządku światowego”, jak ci wszyscy szefowie mafii, którzy u kresu swych dni stają się nad wyraz pobożni. Sączona ludowi niczym gaz rozweselający militarystyczna i szowinistyczna mitologia koniec końców zaczadziła także jej promotorów. Sybaryta Putin przemienia się w führera zrzucającego bomby na oporne kraje. Wojna wirtualna zamieniła się w wojnę rzeczywistą, z wszystkimi wyżej opisanymi konsekwencjami.

Jak zobaczyliśmy, sednem systemu Putina jest więź między władzą, drapieżnictwem i propagandą. Dopóki rosyjska elita polityczna będzie bezkarnie rozkradała zasoby państwa, dopóty będzie używała patriotycznej indoktrynacji do zapewnienia sobie posłuszeństwa mas. Poza granicami Rosji ten kolosalny przepływ finansowy będzie służył korumpowaniu i uzależnianiu elit i decydentów. Zanim więc wrócimy do business as usual z Moskwą, musimy się upewnić, że doszło do rozpadu owej więzi. W innym przypadku czeka nas powtórka z rozrywki. Dzięki nałożonym sankcjom pozycja Zachodu będzie mocniejsza, co pozwoli narzucić reformy, pod warunkiem oczywiście, że wyznaczone cele będą przejrzyste, zapewnimy pierwszeństwo instytucjom i nie damy się sparaliżować pustym formułkom, za którymi tak bardzo przepada nasze intelektualne lenistwo, w stylu: „podtrzymanie stabilności”, „nieponiżanie Rosji”, „wspieranie reformatorów” itd. Celem powinno być zniszczenie rosyjskiej matrycy autokratyzmu, która przemieniła Putina – nic nieznaczącego aparatczyka – w doktora Strangelove wymachującego bombą atomową.

Aż do samego końca car Mikołaj II uważał się za „właściciela ziem rosyjskich”. Putin poszedł drogą tej tradycji, ale legitymizacja prawa boskiego – której nigdy nie miał – została przez niego zastąpiona mitem tego, który „odbudowuje imperium”. Przepływy finansowe generowane przez sprzedaż surowców nie powinny być więcej kontrolowane przez ludzi Kremla.

Rosja musi się w końcu nauczyć odróżniać władzę polityczną od własności, przestrzegać niezależności wymiaru sprawiedliwości i trójpodziału władz. Musi przyswoić sobie pojęcie dobra publicznego, jedynego antidotum na agresywny szowinizm, przestać okradać prowincję na rzecz stolicy, porzucić logikę bandy, która czyni ją tak podatną na propagandę („nasi kontra inni”). Jeśli tego nie zrobi, nie będzie miała państwa, nie będzie zdolna uczciwie wytworzyć narodowego majątku i pozostanie przeżarta przez kompleks niższości, który pcha ją do destrukcji wszystkiego wokół siebie i finalnie w niej samej. I podobnie, jeśli Zachód nie nabędzie pewności, że ta rewolucja ma rzeczywiście miejsce, nie powinno być mowy o powrocie do business as usual, niezależnie od presji, jaką mogą wywierać w naszych krajach zainteresowane środowiska. Rosja jest o krok od zrealizowania swojego projektu hegemonii w Europie i likwidacji NATO. Gdyby Putin nie padł ofiarą zachłyśnięcia się własnym sukcesem, Rosja mogła umieścić na czele naszych demokracji wykształconych kremlofilów i swoją podstępną i szkodliwą propagandą wykoślawić nasze instytucje. Jeśli po odejściu Putina jego system utrzyma się pod zasłoną dymną „deputinizacji”, diadochowie zechcą zapewne wrócić do tego projektu, a będą tym niebezpieczniejsi, że mądrzejsi o wiedzę o tym, czego nie należy robić.

.Ale nie uprzedzajmy faktów. Nic nie wskazuje na to, że sukcesja po Putinie będzie kontrolowana. Agresja na Ukrainę wyzwoliła wspaniałe pokłady rosyjskiej anarchii. Znów wyczuwalna jest aspiracja do posiadania silnego przywódcy, połączona z pragnieniem rozprawienia się z „bogaczami”. Ten ożywczy podmuch płynący z dołu może zniweczyć wszelkie scenariusze, które piszą się w głowach elity. Zachód nie powinien się łudzić: Rosja nadal będzie stanowić zagrożenie dla Europy – bądź przez chaos, bądź przez despotyzm.

Françoise Thom
Tekst ukazał się w nr 48 miesięcznika “Wszystko co Najważniejsze” [ZAKUP I PRENUMERATA: SKLEP IDEI – LINK]

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 21 stycznia 2023