Prof. Leokadia ORĘZIAK: Polska powinna sięgnąć po rozwiązania stosowane przez państwa skandynawskie

Polska powinna sięgnąć po rozwiązania stosowane przez państwa skandynawskie

Photo of Prof. Leokadia ORĘZIAK

Prof. Leokadia ORĘZIAK

Profesor nauk ekonomicznych, kierownik Katedry Finansów Międzynarodowych Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie

Ryc. Fabien CLAIREFOND

Jednym z elementów określających model społeczno-gospodarczy Polski jest stosunkowo niski poziom opodatkowania. Skutkuje to m.in. niedofinansowaniem wielu istotnych obszarów, w tym publicznej ochrony zdrowia i edukacji – pisze prof. Leokadia ORĘZIAK

.Kilkadziesiąt lat wcielania w życie neoliberalnej ideologii w Polsce odcisnęło wyraźne piętno na gospodarce i społeczeństwie. Nierówności społeczne, będące efektem neoliberalnych polityk, stworzyły podatny grunt dla zaakceptowania przez dużą część społeczeństwa polityki podważającej porządek demokratyczny. Potwierdza to prawidłowość historyczną, że jedynym sposobem na zachowanie demokracji jest zrównoważony i sprawiedliwy system gospodarczy i społeczny. Takiego systemu w Polsce nie udało się stworzyć. Pomimo swojej retoryki neoliberałowie i wielki biznes nigdy tak naprawdę nie byli zainteresowani konkurencyjnymi rynkami ani wzmocnieniem systemu demokratycznego. Warto też podkreślić, że biznes faworyzuje populistyczne rządy, ponieważ polityczni liderzy nie tylko nie zmieniają korzystnego dla biznesu status quo, ale wprowadzają na jego rzecz nowe przywileje.

Jednym z elementów określających model społeczno-gospodarczy realizowany przez Polskę od ponad trzech dekad jest stosunkowo niski poziom opodatkowania, znacznie niższy niż w innych krajach Unii Europejskiej. Relacja podatków (wraz z obowiązkowymi składkami na ubezpieczenie społeczne) do PKB wynosi w naszym kraju 35 proc. (2019 r.) i jest niższa od średniej relacji dla UE-27, wynoszącej 40 proc., i znacząco niższa niż np. w przypadku Francji (46 proc.), Danii (44 proc.) czy Szwecji (44 proc.). Pochodną tej sytuacji jest relatywnie niska relacja wydatków publicznych do PKB. W przypadku Polski wskaźnik ten (42 proc. w 2019 r.) jest niższy od średniego wskaźnika dla Unii (47 proc.), a także takich krajów, jak Francja (56 proc.), Finlandia (53 proc.), Belgii (52 proc.), Dania (50 proc.) i Szwecja (49 proc.). Skutkuje to m.in. niedofinansowaniem wielu istotnych dla społeczeństwa obszarów, w tym publicznej ochrony zdrowia i edukacji, ale także wielu innych usług publicznych. To z kolei istotnie ogranicza do nich dostęp dla dużej części społeczeństwa, przyczyniając się do zwiększania nierówności społecznych.

Realizowana od ponad pięciu lat polityka gospodarcza i społeczna tylko pogłębiła związane z tym problemy. Następuje więc dalsza degradacja usług publicznych, natomiast co roku ogromne środki z budżetu idą m.in. na finansowanie programu 500+. Szeroki zakres tego programu w praktyce oznacza zupełnie nieuzasadnione społecznie wspieranie także rodzin zamożnych. W tej sytuacji, w tym systemie naczyń połączonych, jakim są finanse publiczne, dramatycznie brakuje środków na finansowanie ochrony zdrowia. Ogromna skala zapaści systemu ochrony zdrowia stała się szczególnie widoczna w okresie pandemii. Zapaść ta jest efektem wielu lat niedofinansowania publicznej służby zdrowia i realizacji polityki określonej przez jedną z posłanek koalicji rządzącej wyrażeniem „Niech jadą”, zachęcającym lekarzy do emigracji.

Zważywszy na ogromne potrzeby dotyczące finansów publicznych, zupełnie nieuzasadnione jest dalsze utrzymywanie podatku liniowego dla samozatrudnionych. Właściwie niczym nie da się wytłumaczyć tego nadzwyczajnego przywileju, którego beneficjentami są osoby osiągające bardzo wysokie wynagrodzenie. Jest to jedno z pilnych zadań do podjęcia. Osoby te, podobnie jak inni podatnicy, powinny płacić podatek według skali podatkowej i partycypować w ten sposób w finansowaniu wydatków publicznych.

Wśród obszarów, gdzie przeprowadzone zmiany miały szczególnie duży zakres, jest system emerytalny. Spowodowały one ogromne skutki dla finansów publicznych i przyczyniły się do spadku poziomu życia na emeryturze dla dużej części społeczeństwa. Przeprowadzona w 1999 r. prywatyzacja emerytur to jeden ze sztandarowych projektów polskich neoliberałów, zrealizowany przy udziale międzynarodowych instytucji finansowych. Kluczowy element tego projektu to odejście od zasady zdefiniowanego świadczenia na rzecz zasady zdefiniowanej składki w nowym pierwszym filarze zarządzanym przez ZUS. Przyjęto tu zasadę, że o poziomie emerytury decydują poziom zapisanych na indywidualnym koncie składek wpłaconych przez pracownika w trakcie jego kariery zawodowej oraz długość oczekiwanego dalszego okresu trwania życia.

Przyjęcie tej zasady pozwoliło niemal całkowicie wyeliminować elementy redystrybucyjne w ramach systemu i stanowiło sposób na realizację do 2060 r. zmniejszenia emerytur o dwie trzecie w stosunku do poziomu sprzed 1999 r. Warto podkreślić, że ten sposób redukcji emerytur okazał się na tyle zakamuflowany, że można go było wprowadzić bez protestów społecznych, ponieważ dopiero stosunkowo niedawno ludzie zaczęli sobie uświadamiać, jakie faktyczne skutki niesie ta reforma, widząc, że emerytury z systemu wprowadzonego w 1999 r. są coraz niższe. Należy zauważyć, że tylko cztery kraje Unii Europejskiej wprowadziły w swym publicznym systemie emerytalnym zasadę zdefiniowanej składki, reszta państw członkowskich pozostała przy zasadzie zdefiniowanego świadczenia, gdyż tylko realizacja tej zasady jest w stanie zapewnić poziom redystrybucji w ramach systemu emerytalnego, niezbędny dla realizacji fundamentalnych celów społecznych. Stosowanie zasady zdefiniowanej składki jest wyrazem neoliberalnego indywidualizmu. Tych, którzy nie są w stanie z różnych względów (w tym ze względu na niestabilne warunki zatrudnienia) zgromadzić odpowiednich składek, skazuje na dramatyczne ubóstwo w okresie starości. Przyczynia się też do rosnącego uzależnienia wielu z nich od pomocy społecznej. Problem ten będzie coraz bardziej dotkliwy, gdyż coraz więcej osób w nowym systemie nie będzie w stanie wypracować nawet emerytury minimalnej, nie mogąc sprostać wymogom dotyczącym okresu składkowego.

Rzeczywistym celem drastycznej redukcji emerytur z publicznego filara było stworzenie pola dla rozwoju emerytur prywatnych, w tym w szczególności mających pochodzić ze stworzonego w 1999 r. przymusowego drugiego filara emerytalnego w postaci OFE. Został on ustanowiony na bazie kreowania w społeczeństwie obaw, że za kilkadziesiąt lat publiczny system emerytalny stanie się niewydolny z powodu postępującego procesu starzenia się społeczeństwa. W odróżnieniu od systemu publicznego emerytury mające pochodzić z inwestowania przez OFE na rynku finansowym (w akcje, obligacje i inne aktywa finansowe) składek emerytalnych pracowników miały zapewnić wysoki poziom życia w okresie starości. Z dzisiejszej perspektywy dobrze widać, jak nieuczciwa była masowa propaganda realizowana w okresie wprowadzania w życie reformy emerytalnej. Trzeba podkreślić, że także teraz zwolennicy prywatyzacji emerytur posługują się podobną argumentacją, wskazując, że emerytury pochodzące z gromadzenia oszczędności na rynku finansowym są konieczne, gdyż poziom emerytur publicznych będzie bardzo niski. Można to ocenić w ten sposób, że najpierw neoliberałowie drastycznie zredukowali emerytury z ZUS, a następnie to zmniejszenie emerytur podają jako uzasadnienie dla prywatyzacji emerytur. Trzeba więc zdecydowanie zauważyć, że polski system emerytalny, niosący coraz niższe emerytury, sam się taki nie stał, został bowiem w taki sposób świadomie ukształtowany przez polskich neoliberałów. Jednym z ich priorytetów było, i dalej jest, obniżenie publicznych świadczeń emerytalnych, by ludzie musieli szukać dodatkowego dochodu na starość poprzez gromadzenie oszczędności na rynku finansowym. Takie podejście wychodzi naprzeciw interesom niewielkich grup społecznych i politycznych powiązanych z podmiotami działającymi na tym rynku, w tym bankami, firmami ubezpieczeniowymi, towarzystwami zarządzającymi funduszami inwestycyjnymi i emerytalnymi.

Wyrazem realizacji tych priorytetów było skierowanie od 1999 r. do OFE dużej części składki emerytalnej (prawie 40 proc.) pobieranej od miesięcznych wynagrodzeń pracowników. Zmiana ta spowodowała szybki przyrost długu publicznego, gdyż kolejne rządu musiały zaciągać pożyczki na rynku, by pokryć ZUS powstały ubytek składki emerytalnej tak, by instytucja ta była w stanie wypłacać emerytury aktualnym emerytom. Ponad połowa przyrostu długu publicznego w okresie 1999–2013 była wynikiem ustanowienia drugiego filara emerytalnego. Dług spowodowany istnieniem OFE osiągnął na koniec 2013 r. ponad 330 mld zł (wraz z odsetkami). Gdyby w 2011 i w 2014 r. nie wprowadzono zmian w OFE, to powodowane przez drugi filar lawinowo rosnące zadłużenie publiczne mogłoby doprowadzić do niewypłacalności państwa. Można wyrazić jedynie żal, że nie udało się wtedy całkowicie zlikwidować drugiego filara, a nawet te zmiany, które wprowadzono, nie zostały społeczeństwu uczciwie wyjaśnione. Obrońcom OFE udało się natomiast upowszechnić narrację, że zmiany te, w tym przeniesienie połowy aktywów do ZUS, to była nacjonalizacja i grabież. Tymczasem prawda jest taka, że to ustanowienie OFE w 1999 r. i spowodowanie gigantycznego zadłużenia państwa przez ten system było wielkim zamachem na finanse publiczne, wykonanym przez neoliberałów. Mimo tych dramatycznych skutków OFE istnieją, przyczyniając się dalej do wzrostu długu publicznego. Na razie upadł projekt zakładający automatyczne przeniesienie środków z OFE do IKE (po potrąceniu tzw. opłaty przekształceniowej w wysokości 15 proc.), o ile członek funduszu nie wyrazi woli, by zgromadzone przez niego środki zostały przekazane do ZUS. Jeśli w przyszłym projekcie zostanie podtrzymana ta sama idea, to będzie to w praktyce gigantyczny, bezprecedensowy transfer (darowizna) z finansów publicznych na rzecz rynku finansowego.

W świetle faktu, że prywatyzacja emerytur w postaci ustanowienia OFE okazała się całkowitą katastrofą, uderzające jest to, że od 2019 r. realizowany jest nowy projekt prywatyzacyjny w postaci pracowniczych planów kapitałowych (PPK). Tym razem nie wprowadzono obowiązkowego udziału pracowników w tych planach, ale zastosowano stanowiącą ukłon wobec sektora finansowego zasadę automatycznego zapisu do nich wszystkich osób w wieku od 18 do 55 lat zatrudnionych w jednostkach sektora prywatnego i publicznego. Do końca 2020 r. w PPK pozostało około 25 proc. z zapisanych do systemu pracowników. Pozostali zrezygnowali z udziału w nim, co wskazuje, że poziom społecznego poparcia dla systemu PPK jest dość ograniczony. Dzieje się tak, mimo że system ten jest silnie subsydiowany z pieniędzy publicznych (poprzez wpłatę powitalną, dopłaty roczne, ulgi podatkowe). Ponieważ w PPK pozostały generalnie głównie osoby zatrudnione w większych firmach, to beneficjentami publicznego wsparcia finansowego są w praktyce osoby o wyższych dochodach. Niski poziom partycypacji w tym nowym systemie wskazuje nie tylko na brak zaufania do rządzących, ale także do rynku finansowego jako źródła przyszłej emerytury. Istotne znaczenie ma też relatywnie niski poziom wynagrodzeń większości pracowników i niechęć do przeznaczenia na spekulacje giełdowe nawet niewielkiej części wynagrodzenia, zwłaszcza w sytuacji niedostatku środków na pokrycie elementarnych wydatków na życie. Większość ludzi zdaje sobie sprawę, że odkładanie pieniędzy w PPK niczego nie gwarantuje i nie jest w stanie zapewnić jakiejkolwiek emerytury. Kolejne załamania giełdowe i kryzysy finansowe mogą drastycznie zredukować wartość rynkową zgromadzonych w tych planach aktywów. Wartość ta będzie też przez dziesiątki lat regularnie pomniejszana o prowizje i inne opłaty na rzecz prywatnych firm zarządzających. W podobnym kierunku mogą działać różne transakcje realizowane przez zarządzających aktywami dla osiągnięcia własnych korzyści, a nie przyszłego emeryta. Możliwości zapobieżenia, wykrycia i ukarania sprawców możliwych defraudacji środków gromadzonych w PPK są prawie żadne. Wszelkie związane z tym ryzyko ponosi pracownik i przyszły emeryt, a także państwo, subsydiując ten system, a ostatecznie ratując w przyszłości od ubóstwa ludzi, którzy powierzyli swój los instytucjom mającym zapewnić prywatne emerytury.

Ponad cztery dekady doświadczeń związanych z tzw. kapitalizmem funduszy emerytalnych w świecie pokazują, że prywatyzacja systemów emerytalnych ogromnie zmniejszyła bezpieczeństwo finansowe ludzi w okresie starości. W Polsce stało się to szczególnie widoczne. Praktyka pokazuje, że emerytury oparte na spekulacjach giełdowych, mimo przyświecających im górnolotnych haseł o wzroście gospodarczym i inwestycjach, są jedynie źródłem zysku dla wybranych grup społecznych. Jedynym sprawiedliwym, transparentnym, podlegającym demokratycznej kontroli systemem jest publiczny, repartycyjny system emerytalny. Wszystkie inne rozwiązania dają tylko iluzję emerytur. Stabilność i żywotność publicznego systemu emerytalnego wymaga inwestowania w wydajną gospodarkę, a także skutecznego pobierania składek emerytalnych z wynagrodzeń pracowniczych. Chodzi przy tym o wynagrodzenia stanowiące uczciwą zapłatę za pracę, a to z kolei wymaga odbudowy, niszczonego wytrwale przez neoliberałów, systemu reprezentacji pracowników, umożliwiającego niezbędną ochronę interesów pracowniczych. Wtedy nie trzeba byłoby rozważać rozwiązań typu bezwarunkowy dochód podstawowy.

.Poszukując dróg rozwoju, Polska nie musi wymyślać świata na nowo, może po prostu sięgnąć po rozwiązania stosowane od dawna przez państwa skandynawskie. Charakteryzują się one transparentną demokracją, uniemożliwiającą grabienie majątku publicznego przez rządzących, relatywnie wysokimi podatkami, pozwalającymi na sfinansowanie rozwiniętego systemu usług publicznych, i niskim poziomem nierówności społecznych. Kluczowe znaczenie dla przyszłości Polski ma pozostanie w Unii Europejskiej. Ewentualne wyjście z Unii, propagowane przez nacjonalistyczną prawicę, zainteresowaną możliwością trwałego rządzenia bez podlegania kontroli demokratycznej, doprowadzi do marginalizacji naszego kraju w Europie. Przyczyni się też do osamotnienia Polski w obliczu wielkich wyzwań i zagrożeń współczesnego świata, bez szans na samodzielną, skuteczną obronę swoich żywotnych interesów. Będzie to skutkować drastycznym ograniczeniem szans rozwojowych, a w rezultacie trwałym ubóstwem większości społeczeństwa. To z kolei radykalnie zmniejszy szanse na przetrwanie demokracji w naszym kraju, zwłaszcza że nie byłoby już wsparcia ze strony Unii dla ochrony systemu demokratycznego. Doświadczenia brytyjskie pokazują, jak łatwo można doprowadzić do nieodwracalnego kroku w postaci wyjścia kraju z Unii.

Leokadia Oręziak
Tekst został opublikowany w nr 29 miesięcznika opinii “Wszystko co Najważniejsze” [LINK]

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 13 czerwca 2022