Prof. Robert WUTHNOW: Religia wzmacnia demokrację

Religia wzmacnia demokrację

Photo of Prof. Robert WUTHNOW

Prof. Robert WUTHNOW

Socjolog Uniwersytetu Princeton. Autor książki „Why Religion Is Good for American Democracy”

Religie, ich różnorodność, pobudzają debatę, zmuszają do zadawania trudnych pytań i podejmowania dyskusji o sprawach fundamentalnych. W ten sposób wzmacniają demokrację – pisze prof. Robert WUTHNOW

.Na dobrą sprawę wszystko, co jest do powiedzenia o miejscu religii w życiu Ameryki, zostało już powiedziane. Wiemy, że wiara była źródłem inspiracji, by czynić zarówno dobro, jak i zło. Aktywizm inspirowany pobudkami religijnymi z jednej strony dopingował do przeprowadzania reform społecznych, z drugiej motywował do tego, by się im sprzeciwiać. Wiemy również, że praktyki religijne w Stanach Zjednoczonych od zawsze były wyraźnie zróżnicowane; obecnie jeszcze bardziej niż kiedykolwiek przedtem. W rzeczy samej, niemożliwe jest zrozumienie zjawiska religijności w Ameryce bez dokładnego przyjrzenia się jej różnorodności. A jednak, choć tak chętnie celebrujemy tę jej cechę (bądź nad nią ubolewamy), pozostaje nam jeszcze wiele do dopowiedzenia.

Sto lat temu, gdy „zorganizowana religia” w Stanach Zjednoczonych była mniej zróżnicowana niż obecnie, przyjmowano za pewnik, że protestanci, katolicy, żydzi oraz przywódcy innych grup wyznaniowych będą skupiać się na sprawach życia codziennego. Mimo to w połowie XX wieku pośród naukowców zaczął dominować pogląd, że wiara i wartości religijne były albo rodzajem ukrytego fundamentu kulturowego (po cichu wspierającego podstawowe normy demokratyczne, co do których panowała powszechna zgoda), albo były tak osłabione przez postępującą sekularyzację, że w życiu prywatnym służyły przede wszystkim jako środek uśmierzający ból. Kiedy w latach 80. okazało się, że aktywizm religijny powrócił do życia publicznego i związał się z antyaborcyjną, antygejowską „chrześcijańską prawicą”, poświęciliśmy dużo uwagi dwóm pytaniom: jak takie zaangażowanie polityczne było możliwe i co można z tym zrobić? Po nich pojawiły się pytania kolejne, ważniejsze: jak w ogóle do tego doszło, że tak radykalni tradycjonaliści uaktywnili się politycznie niemal z dnia na dzień? I jak ci, którym było z nimi nie po drodze, mogli przeciwdziałać ich wpływom?

Sama natura pytań, które w kontekście chrześcijańskiej prawicy zadawali uczeni, zawężała – zamiast wyjaśniać – szerszy problem stosunku różnorodności religijnej do demokracji. Same pytania sugerowały, że podziały zwykle stanowią problem. Tymczasem na tę kwestię należy spojrzeć z szerszej perspektywy.

W wyniku podziałów powstały dwa obozy związane z rozważaniami o różnorodności religijnej i demokracji, z których żaden nie daje zadowalającej odpowiedzi na obszerne pytanie, w jaki sposób różnorodne praktyki religijne mogą wspierać demokrację.

Z jednej strony większość komentarzy skupia się na zorganizowanej religii, ale pomija znaczenie jej różnorodności. Możemy tu znaleźć pogląd, że zaangażowanie religijne jest korzystne dla demokracji, ponieważ na ogół opiera się na wspólnej wierze w sprawiedliwość, równość, prawa człowieka i miłosierdzie. Ponadto motywuje ludzi do działalności obywatelskiej. Ale znajdziemy tu również stwierdzenie, że religia jest szkodliwa, ponieważ jest zarzewiem nietolerancji, sprzyja irracjonalności i hamuje potrzebną demokracji chęć dzielenia się. Pod słowem „religia” w tych rozważaniach zwykle kryją się chrześcijaństwo, wierzenia judeochrześcijańskie czy też religie abrahamowe albo jakaś forma zorganizowanej religii. Ale pomijamy fakt, że religia instytucjonalna w Stanach Zjednoczonych przybiera wiele form (niektóre z nich są wysoce zindywidualizowane) i ta różnorodność odgrywa ważną rolę w sposobie praktykowania jej przez ludzi różnych wyznań.

Z drugiej strony część rozważań skupia się na różnorodności, nie zwracając specjalnie uwagi na religię jako taką. W tych dyskusjach wszelkiego rodzaju różnorodność – rasa, pochodzenie etniczne, płeć i orientacja seksualna – jest odbierana jako dobroczynna dla demokracji, ponieważ wydaje na świat nowe idee i pobudza innowacje gospodarcze. Inni zaś określą ją mianem problemu, który trzeba rozwiązać, by demokracja nie upadła. Obrzęd religijny w wielu odmianach jawi się czasem jako jedna z wielu prawdziwych, ale problematycznych zawiłości, z którymi muszą zmagać się demokratyczne rządy. Czy więc demokracja korzysta na religii? Z tego punktu widzenia odpowiedź brzmi: trudno powiedzieć.

Jednak analiza tego, co osoby wierzące i organizacje religijne faktycznie czynią, zadaje kłam tym sposobom myślenia. Wpływu przynależności religijnej nie możemy zredukować jedynie do gotowego zestawu frazesów, którymi kandydaci w wyborach mówili do społeczeństwa. Badanie faktycznego stanu rzeczy potwierdza, że wierzący obywatele odgrywali aktywną rolę, gdy podejmowane były dyskusje o kwestiach ważnych dla narodu. Działali właśnie ze względu na swoją różnorodność i wprowadzali ją w życie, proponując alternatywne rozwiązania i broniąc ich, zagrzewając wyborców do zaangażowania się w działalność obywatelską i ścierając się na drodze różnic w poglądach.

W ciągu ostatniego stulecia grupy religijne i ich przywódcy przyczynili się do rozwoju amerykańskiej demokracji nie pomimo swojej różnorodności, lecz dzięki niej. Ludzie poczuli się zmuszeni do działania, ponieważ zaciekle się ze sobą nie zgadzali. Zmuszeni spierać się ze sobą, szukając wspólnych płaszczyzn porozumienia (i czasem znajdując je), a przy okazji zadając trudne pytania o to, kim chcemy być, jakimi wartościami powinniśmy się kierować i jak rozmawiać z tymi, którzy widzą świat inaczej.

„Religię” często sprowadza się do systemu wierzeń, który jednoznacznie wypowiada się na temat relacji człowieka z sacrum. Niemniej dla bieżących celów (nie negując wartości ogólnej idei) chcę o niej myśleć w zgoła inny sposób. Możemy rozważać praktyki religijne także w kategoriach działania, przekonania i sporu – jako coś, co ludzie robią, ponieważ są przekonani, że to, co robią, jest słuszne. Myśląc w ten sposób, zauważymy, że praktyki religijne stanowią sposób na kontakt ze światem zewnętrznym. Nie polegają tylko na uczestnictwie w obrzędach, lecz także na podejmowaniu działań w sprawach dotyczących lokalnej społeczności i sprawach ważnych dla całego narodu.

Tak rozumiane praktyki religijne łączą się z demokracją w sposób najlepiej ujęty przez belgijską teoretyczkę polityki Chantal Mouffe i określony przez nią jako pluralizm agonistyczny. Jej zdaniem demokracja jest w istocie rzeczy chaotyczna, podzielona i z konieczności reprezentuje różne interesy i wartości, których nigdy nie da się w pełni pogodzić. Choć bywa postrzegana jako system idealny, należy ją rozumieć kategorycznie jako zbiór praktyk politycznych, w ramach których poszczególne grupy ze sobą rywalizują. Z tego powodu, jak twierdzi Mouffe, demokracja nie pozwala się wystarczająco dobrze zrozumieć pod postacią zestawu procedur, za pomocą których ludzie prowadzą dyskurs w nadziei, że osiągną racjonalnie wyrażony konsensus. Zamiast tego polega ona na tym, że ludzie się mylą, kłócą ze sobą i dyskutują, zwierają szyki i negocjują z tymi, z którymi się nie zgadzają, widząc w nich przy tym przeciwników, a nie wrogów. Tym, co wyróżnia skuteczną demokrację od nieskutecznej, nie jest zatem konsensus dotyczący wyznawanych przez nas głęboko zakorzenionych przekonań, lecz chęć przestrzegania norm szacunku, uprzejmości i prawdomówności, umożliwiając tym samym ludziom, z którymi się nie zgadzamy, życie i pracę w ramach wspólnoty.

Gdy pojawiają się trudności w prowadzeniu sporów, dochodzi do osłabienia demokracji. Te trudności można podzielić na cztery kategorie. Pierwszą stanowi autorytaryzm – jest on najpoważniejszym zagrożeniem dla demokracji, ponieważ wymusza kompromisy bądź prowadzi do nich za pomocą strachu. Uniemożliwia wolność wyrażania sprzeciwu, a także swobodę dzielenia się, które leżą u podstaw innowacyjności. Drugim zagrożeniem jest ślepe wyznawanie dominującej ideologii, religii lub zbioru zasad ekonomicznych. To także ucina wszelką debatę. Trzecim zagrożeniem są apatia i wykluczenie, które pozwalają nielicznym ustanawiać prawa godzące w interesy wielu. Czwarte to ekstremizm, radykalnie rugujący obywatelską wymianę poglądów. W każdym z tych przypadków demokracji zagrażają nie tyle nieporozumienia – choćby i płomienne spory o prawa, reprezentację i znaczenia demokracji – ile przesadna zgoda na obowiązującą hierarchię władzy.

Hegemoniczne praktyki religijne o autorytarnym charakterze podważają demokrację na wszystkie powyższe sposoby. Jednak rzeczywistość religijnej różnorodności wygląda tak, że w krajach o ugruntowanej demokracji te niebezpieczne tendencje są zatrzymywane czy wręcz znikają na dobre. Przekonania religijne zagrażają demokracji głównie wtedy, gdy grupa wyznawców zaczyna twierdzić, że posiada najwyższą niekwestionowaną wiedzę z niebios odnoszącą się do wszystkich w sposób definiujący dobro wspólne. Ale w warunkach różnorodności religijnej taka argumentacja podlega krytyce, debacie, kwestionowaniu, korekcie – które są niezbędne dla zdrowej demokracji.

Gdy różnorodność daje początek roszczeniom i pretensjom będącym w opozycji do siebie, dzieje się to z korzyścią dla demokracji, ponieważ maleją szanse, że jedna wielka religia będzie rządzić żelazną ręką z ambony w wyniku objęcia hegemonicznej władzy. Natomiast pobudzone w ten sposób spory mobilizują partycypację obywatelską, sprzyjają stawianiu trudnych pytań – wzmacniając w ten sposób demokrację.

Różnorodność jest źródłem mechanizmów kontroli i równowagi, sceptycyzmu wobec moralnej pychy, a także niezgody i sprzeciwu. To wszystko zmusza organizacje religijne (oraz ich adwersarzy) do głoszenia swoich poglądów na temat tego, jak Amerykanie powinni żyć i być rządzeni, a następnie agresywnej obrony tych poglądów. Niejednolitość organizacji religijnych zapewnia przestrzeń, w której można utrzymać przy życiu niepopularne opinie i nadawać kształt innowacyjnym koncepcjom. To zróżnicowane uczestnictwo napędza demokrację w sposób, który James Bryce przewidział ponad sto lat temu, pisząc o grupach, które „wzbudzają uwagę, pobudzają do dyskusji, formułują zasady, przedstawiają plany [oraz] ośmielają i zagrzewają swoich członków”.

.Różnorodność religijna pociąga za sobą również koszty. Zwłaszcza dotyczy to podziałów, które utrudniają niewspółpracującym ze sobą organizacjom religijnym stanowczą konsekwencję w sprawach publicznych. Kolejną grupą kosztów są uprzedzenia oparte na wierze, dyskryminacja i antydemokratyczny ekstremizm. Nawet czas i energię poświęcone na zarządzanie konfliktami można uznać za koszty. Wolność wyznania, którą amerykańska demokracja stara się zagwarantować, stwarza przestrzeń, w której mogą rozwijać się dążące do hegemonii przejawy wiary. Te koszty nierzadko zmuszały postronnych obserwatorów do postrzegania różnorodności religijnej jako problemu – kłopotliwą rzeczywistość, z którą demokracja musi się mierzyć, zamiast jako coś, na czym mogłaby skorzystać. Z tej perspektywy za zjawisko pozytywne należy uznać fakt, że rozdział państwa i Kościoła utrzymuje ten drugi jak najdalej od sfery publicznej.

Robert Wuthnow
Tekst opublikowany w nr 37 miesięcznika opinii „Wszystko co Najważniejsze” [LINK]

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 12 marca 2022