Dlaczego Copperfield nie bił się z rówieśnikami?

Roland MASZKA

Polonista. Absolwent gedanistyki. Współautor podręczników szkolnych. Pasjonat teatru i tradycyjnej książki, siebie zalicza do epoki Gutenberga. Inicjator dobrych praktyk w szkole.

zobacz inne teksty autora

Być może Dickens wierzył w pokłady dobra tkwiące w człowieku i sądził, że zło nie może ostatecznie go zniweczyć – pisze Roland MASZKA

Jeden z kolegów zobaczył leżącą obok mnie książkę. Widocznie stan przedmiotu i kolor papieru wywarły na nim pewne wrażenie, bo zapytał, co czytam. Dawida Copperfielda – odrzekłem. Dickens? To jeszcze ktoś to czyta? – w jego głosie zabrzmiała krytyczna nota o autorze uproszczonych tez moralnych i portretów psychologicznych… Na usprawiedliwienie dodałem, że to unikatowe tłumaczenie z 1889 roku pióra Wili Zyndram Kościałowskiej… Hrabiny! – rzucił z przekąsem… W gruncie rzeczy pochwalił jednak mój wybór. Być może uznał, że czasach pogłębionych analiz psychologiczno-społecznych, gdy problem staje się za to coraz bardziej rozrzedzony, klasyka mimo wszystko trzyma się sprawdzonych reguł…

Wedle współczesnych norm Dawid Copperfield, junior rodem z Blunderstone, nie powinien wyrosnąć na młodzieńca prawego i szlachetnego! Doznania wczesnego dzieciństwa, jak i późniejsze doświadczenia szkolne oraz to, co odebrał od społeczeństwa jako chłopiec powinny uczynić go raczej jednostką znikczemniałą… Dziś powiedzielibyśmy dotkniętą patologią. Tak się jednak nie stało. Dlaczego? Być może Dickens wierzył w pokłady dobra tkwiące w człowieku i sądził, że zło nie może ostatecznie go zniweczyć. Lub może też przyjął, że los człowieka zaplanowany jest z góry i ten, kto przeznaczony jest do zbawienia, będzie zbawiony, a kto do potępienia – potępiony?

W każdym razie ojczym wtrąca kilkuletniego pasierba w koszmar purytańskich form i nakazów. Tu nawet matce uczuć okazywać nie wolno. Niepodobna też oddawać się jakiejś rodzinnej egzaltacji, toteż kilkuletni półsierota zostaje wydalony z domu i wysłany do szkoły, gdzie spędza nie tylko rok nauki, ale i całe wakacje… Matki właściwie nie widzi. Szkoła to w istocie zakład zamknięty, w którym nauka łączy się z kultem pracy i kija, a Dickensowskie dziecko, doświadczając poniżenia, nabiera tężyzny psychicznej i uodparnia się na trudy życia… I uczy się, że wspólnota losu tworzy najszczersze przyjaźnie, a tęsknota za domem, potęguje największe przywiązanie. Strach staje się nauczycielem pokory młodych adeptów nauki, z których jeden zamalowuje setkami szkieletów okładki książek i kajetów, jakby Dickens odrysowywał behawioralny aspekt małego ucznia. Potem pisarz uśmierca nieszczęsną matkę panicza, czyniąc z niego pełnego sierotę, i teraz w całości już oddaje go na pastwę ojczyma – mieszaniny purysty, sadysty i oszusta… Matka Copperfielda to zresztą kobieta tak bezwolna i tak absolutnie oddana powinnościom żony i nakazom moralnym, jak to tylko w wiktoriańskiej epoce możliwe było… Dziecko kocha jednak matkę – kocha zapamiętany obraz. Po jej śmierci jasnym staje się, że dalsza nauka nie jest potrzebna małemu paniczowi – taką decyzję podejmuje, jak byśmy dziś powiedzieli, jego prawny opiekun. Zatem chłopiec szoruje butelki w jakiejś podejrzanej firmie handlującej winem, śpi pod ławą i przebywa wśród ludzi podejrzanego autoramentu. Cierpliwie znosi swój los, bo terminowanie wyszukane przez ojczyma jest stosowne i dobre, by przyswoić sobie podstawową zasadę społeczną: trzeba być użytecznym i zarabiać na życie… Właściwie bohater spełnia wiele przesłanek, by upaść. Dickens jednak poprowadzi jego los inaczej. I może wcale nie wynika on z predestynacji, ale z faktu, że opisał swoje życie. Bo historia Dawida Copperfielda jest częściowo autobiograficzną opowieścią…

Przypominając Dzieje, przygody, doświadczenia i zapiski Dawida Copperfielda juniora rodem z Blunderstone (których nigdy ogłaszać drukiem nie zamierzał) zastanawiam się, dlaczego nie odnalazłem w tytułowym bohaterze nic z agresji, która narastać powinna była w nim w skutek wielu doświadczeń z naszego punktu widzenia – traumatycznych. Stawianie zbyt wysokich wymagań, odrzucenie, samotność, poniżenie, karygodne żywienie – powinny uruchomić mechanizm agresji… Tymczasem Dickensowski bohater całkowicie pozbawiony jest instynktu agresji, gdyby taki istniał, i niechęci do człowieka. Wpływ otoczenia, też nie może go znieprawić, chociaż zachowania najbliższych można nazwać psychopatycznymi, a rodzicielską rolę matki całkowicie podporządkowaną presji obcego bezwzględnego mężczyzny ocenić jako syndrom ofiary przemocy! W ogóle rodzicielstwo nie jest realizowane w powieści, w której kobieta macierzyński obowiązek przekazuje słudze, a sama oddaje się migrenom… To wszystko jednak nie czyni chłopca ani zawziętym, ani złym. Choć w myśl współczesnych teorii powinno nastąpić jakieś skrzywienie osobowości. Mały Copperfield szybko zaczyna rozumieć swoją społeczną pozycję dziecka… Nawet szkoła, w której więcej jest strachu niż kształcenia – bo jak sam Dickens mówi: w szkole rządzonej przez bezmyślną tyranię – czy tyranem bywa nieuk, czy uczony – niewiele bywa nauki – nie tworzy z człowieka ani głupca, ani cynika…

.Ten typ dziewiętnastowiecznych scenariuszy losów bohatera miał niezaprzeczalny urok szczęśliwego końca, w którym zawsze prawość była nad nieprawością a szlachetność nad podłością… Czytelnikowi pozostawiała wiarę (chociaż minęły czasy dziewiętnastowiecznych determinizmów), że dobro ma się jednak w genach…

Roland Maszka

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Chcę otrzymywać powiadomienia o najnowszych tekstach.

Autorzy wszyscy autorzy

A B C D E F G H I J K L M N O P R S T U W Y Z