Bóg się rodzi na Kościuszki

Roman BIELECKI OP

Redaktor naczelny miesięcznika "W Drodze". Absolwent wydziału prawa na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim oraz Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów w Krakowie.

zobacz inne teksty autora

Wchodzę na dach naszego poznańskiego klasztoru. Wieje wiatr. Zimno. Osłaniam głowę kapturem kurtki. Biorę haust ostrego powietrza. Lekka mgła przenika aż do szpiku…  kości. Kiedy to było? – zapyta ktoś. No dawno, bo to był naprawdę zimny grudzień.

.Nasz dach to dobre miejsce. Widać stąd kościół Najświętszego Zbawiciela i Okrąglak, Zamek i tory na Warszawę, i dwie wieże naszego poznańskiego klasztoru. A wszystko to w dekoracjach przedświątecznych, szarzejącego szybko nieba, gwiazdek i lampek na drzewach w alejach. Osłaniając twarz przed zimnym wiatrem, próbuję chwilę wysiedzieć pod murem komina i jak co roku się zastanawiam, jak mówić o narodzeniu Boga? Jak nie popaść w banał? I chyba jak zawsze jestem bezradny, bo nie starczy życia, żeby objąć tę tajemnicę, która ludzki świat wywraca do góry nogami, jak wtedy…

„To była piękna księżycowa noc, mróz skuł ziemię, było biało prawie wszędzie. Około 7 lub 8 wieczorem było sporo zamieszania w niemieckich okopach. Były oświetlone, sam nie wiem, czym. A potem Niemcy zaśpiewali Cichą noc. Cóż za piękna melodia, pomyślałem. To był jeden z najważniejszych dni w moim życiu. Nigdy go nie zapomnę” – wspominał wojenny rozejm w okolicach francuskiej miejscowości Armentières brytyjski szeregowy Albert Moren. Była Wigilia 1914 roku. Na Boże Narodzenie przerwano wojnę. Zamilkły strzały, zapadła cisza. Po obu stronach frontu w okopach śpiewy przemarzniętych żołnierzy połączyły się w jedną pieśń tęsknoty całej ziemi, domów przysypanych śniegiem. A zaraz potem żołnierze szli na siebie z nasadzonymi bagnetami. Nim jednak zabarwił się śnieg, cisza oczekiwania mówiła do ludzkiego serca, przygotowując je na przyjęcie Bożego miłosierdzia. Przedziwne to musiało być misterium. Być może ta cisza była jedyną chwilą, w której ludzie uświadamiali sobie, że muszą stanąć pokornie wobec Boga, świata i samych siebie.

Dzisiejsze czasy nie uznają takich antraktów. Ziemia ma dość nowych bogów, zaszczycających nas swą obecnością. W tłoku i zgiełku zachwalają siebie i swój towar: słowo, które, o ile zechcą, stanie się ciałem. A my już tylko jako widzowie, już nie adoratorzy tajemnicy, kibice talentów, tańców na lodzie czy betonie, kuchennych szefów i politycznych komentatorów, cyniczni, pełni goryczy, zaklęci w niemoc.

shutterstock_68049439

Krajobraz

.Narodzenie. Ciągle infantylizowane, oswajane w naszych wyobrażeniach o tym, jak nieskończony Bóg staje się niemowlęciem, a także wtedy, gdy śpiewamy kolędy o ślicznej Pannie i pięknym Królewiczu, który goły drży na sianku. Zgromadzona wokół choinki rodzina i nastrój powszechnej życzliwości, za oknami śnieg i mróz, a w domu jasno, ciepło, bezpiecznie. Bóg, którego istnienie czasami wydaje nam się wątpliwe, jest teraz tylko małym dzieckiem, a prowadzą nas do Niego aniołowie, wysłannicy czystego dobra. Tak więc bez obaw możemy się pochylić nad kołyską, wejść w przyjazną komitywę z pasterzami, bez zastrzeżeń oddać się opiece aniołów. Na chwilę stajemy się dziećmi i nic nam nie zagraża. Przesada? Może. A jednak, zwiększona w okolicy świąt frekwencja w kościołach, to chyba nie tylko efekt tęsknoty za ośnieżoną drogą na pasterkę, której ostatnio skąpi nam aura. To coś na kształt zbiorowego westchnienia ulgi, że ta mała gipsowa figurka, udająca Jezusa, to dokładnie taki obraz Boga, jaki chcielibyśmy widzieć częściej. Taka nasza Bozia, która wyciąga ku nam barokowe rączki. O nic nie pyta, niczego się nie domaga, uśmiechnięta jak niemowlę, które nakarmione śpi spokojnie i pozwala rodzicom zająć się dorosłym życiem. Tak. Ten obraz silnie do nas przemawia, bo niezauważalnie, acz przecież mocno wrośnięci żyjemy w czasach coraz wyraźniej zdziecinniałych.

Sens

.Nim ktoś zarzuci mi, że chcę odfiltrować święta z należnych im czułości, przegnać na mróz tych, którzy przychodzą w owych dniach do kościoła, proszę się nie oburzać, bo to rachunek sumienia, zadawany także samemu sobie. Słowa łatwo pisać, ale jak zawsze weryfikuje je życie. A ono rodzi pytania zwyczajne i wiercące w sercu: Czy żyje się tak, jak się mówi? Choćby w ostatnich dniach, gdy siedziałem w konfesjonale i przyszło mi się zmagać z własnym zmęczeniem, brakiem uwagi, niewyspaniem, nieumiejętnością pomocy, a często zwyczajnym brakiem cierpliwości dla „już naprawdę ostatniego” człowieka w kolejce. Łatwo się tłumaczyć, że takie jest życie: zadyszane, pełne potknięć, fałszywych wyborów i nieopanowanych sytuacji, czasem tak trzeba, to nic wielkiego, to tylko drobiazgi. Niemniej wszystko to jest koronnym dowodem przeciw nam samym, dowodem na to, że codzienność losów Boga i człowieka to trudna przyjaźń, pełna zakrętów, zdrad i lęków. Często przed wejściem w głębszą relację z Nim zasłaniamy się zgrabnymi zdaniami o tym, co powiedzą o nas inni, jak nas ocenią, czy nie popatrzą pogardliwie. Karmimy się naszymi małymi namiętnościami, które wypełnią życiowe niespełnienie. I choć bywają bolesne i wstydliwe, to już dobrze są przez nas oswojone. A z drugiej strony, czy to nie dziwne, że w tę świętą wigilijną noc za tym wszystkim potrafimy postawić znak zapytania i przy akompaniamencie słów, że „Bóg się rodzi, moc truchleje” zastanawiać się nad sensem ewangelicznego przesłania, że jeśli nie staniemy się jak dzieci, nie wejdziemy do królestwa niebieskiego? A kto dziś rozumie znaczenie sentencji pierwszych wieków chrześcijaństwa: „Bóg stał się człowiekiem, by człowiek stał się bogiem”? Kto jest w stanie podjąć wysiłek, który prowadzi do rzeczywistego uczestnictwa w Bożej naturze? Pewnie niewielu. Może zatopieni w kontemplacji mnisi, może uczeni teologowie, wielkiej wiary duchowni i zwykli ludzie, którym czystość serca odsłoniła Boga? Niestety jest ich wszystkich za mało. Za mało, by przekonać nas, że przedziwna tajemnica Boga-Człowieka nie jest religijnym luksusem, lecz podstawą ludzkiej egzystencji i artykułem pierwszej potrzeby w czasach chorych na brak sensu, religijnie bezmyślnych, wpatrzonych jak w obraz w demoniczną deformację człowieka.

shutterstock_128736296

Decyzja

.Narodzenie, jak napisze św. Jan w swojej Ewangelii, to Słowo, które stało się ciałem i zamieszkało między nami. W tym miejscu pomocny jest oryginał grecki, który podpowiada jeden, jakże ważny szczegół, że nie tyle „zamieszkało”, ile bardziej „rozbiło swój namiot” między nami. Tak jak kiedyś między wędrującym po pustyni narodem wybranym. To niezwykle piękna i trudna do przyjęcia prawda. Bo znaczy ni mniej, ni więcej tyle, że obecność Słowa jest taka sama w tym, co dla nas piękne i dobre, czym możemy się pochwalić i z czego jesteśmy dumni, jak i w tym, czego się wstydzimy, co chcielibyśmy ukryć, wydrapać i wymazać z życia gumką, bo nie wypada, bo lepiej tego nie pokazywać, bo takich nas Bóg nie pokocha.

Choć intuicyjnie zgadzamy się z tą prawdą o Bogu-Człowieku, to pełni jesteśmy jakiejś niezrozumiałej złości na nasz charakter, który od lat próbujemy skutecznie nagiąć i wymodelować na swoją modłę, tak by się Bogu podobał. Jak mało jest w nas radości, że ten oto charakter, choć czasem krnąbrny, choleryczny czy anemiczny jest dziełem Boga, a Jego narodzenie to tylko dowód na to, że On kocha wszystkie nasze emocje i uczucia, kocha nasz świat – w szkołach, biurach i na ulicach. I to właśnie taki świat jest dla Niego przestrzenią Zbawienia. To w nim Jego miłość działa „już”, w każdym życiu, które choć czasem kruche i podatne na zranienie, jest chciane i jest nam dane. Jakże złudne jest czekanie na inne, bo innego nie będzie. I trzeba żyć… Zabrzmi to trywialnie, ale jak wiele trywialnych prawd jest warte przypominania. Powtórzę więc za Barbarą Skargą: „Istnieje coś takiego, jak sztuka życia. Ta sztuka, co jest stwierdzeniem banalnym, a mimo to rzadko branym pod uwagę, wymaga jasnych przejrzystych stosunków z innymi i nie może się budować na kłamstwie”. A my dodajmy od siebie, że życie trzeba kontynuować i wiele się po nim spodziewać.

shutterstock_199860869

Zwyczajność

.Narodzenie to wielka decyzja Pana Boga, która i nas zaprasza do świata wielkich decyzji. Wielkich w wymiarze każdego konkretnego życia i wielkich w życiu nas, wspólnoty chrześcijan. Wielkie decyzje to wielkie ryzyko i zarazem wielkie zaufanie. Ryzyko podjęcia błędnych wyborów. Tak. Uciekamy od takiego myślenia, boimy się go i z wieloma decyzjami zwlekamy w nieskończoność, by w końcu ich nie podejmować wcale. A Ten, który się rodzi powtarza niezmiennie: „Kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci życie z mego powodu, znajdzie je”. Po latach dociera do mnie, że Boże Narodzenie zawsze nas będzie kosztować, jeżeli ma coś w nas zmienić i wyrażać naszą autentyczną przemianę. Trzeba się namęczyć i dobrze przygotować, żeby podzielić się wigilijnym opłatkiem – nie banalnie, ale szczerze. Trzeba szukać w sobie miejsca na przebaczenie noszonych i pielęgnowanych od lat urazów, trzeba wejść na dawno zapomniane tereny. Wyciągnąć rękę z nadzieją, że tym razem jej nie odtrącą. Ile nam trzeba siły i wiary w człowieka. Matka Róża Czacka, założycielka zakładu dla ociemniałych w Laskach, mówiła: „Zawsze ważny jest człowiek i jego zwykła dobroć, jego intencje i to, żeby był coraz prostszy i zdrowszy, i większy, przez świadomość swojej małości, swojej biedy, swoich klęsk, swojego błota”.

Tajemnica

.Narodzenie Boga pozostanie na zawsze tajemnicą. I chyba dobrze. Bo bez tajemnicy nie ma ani chrześcijaństwa, ani Boga. Nie ma także życia. Wiara, którą wyznajemy w tę świętą noc, nie polega na ślepym przyjęciu dogmatycznych twierdzeń, których nie ogarnia ludzki rozum, bo tak trzeba i tak w Kościele gadają. Wiara to życie z tajemnicą, niełatwe, niepokojące, każdego dnia nowe. W końcu człowiek tęskniący za Bogiem jest pewien, a zarazem niepewien; ufa i wierzy, lecz widzi niejasno, jakby w zwierciadle. Bo jak to połączyć, że nieskończony wprawdzie ma granice, lecz pozostaje nieskończony? Albo to, że Bóg wyszedł nam naprzeciw w swoim objawieniu, a wciąż pozostaje ukryty w nieprzeniknionej tajemnicy? Taka to tajemnica, a jej głębokość daleko wykracza poza nasze zdolności myślenia i pojmowania. Kiedy się z nią próbujemy mierzyć, wchodzimy na drogę wiary, a co najważniejsze, wewnętrznej przemiany. Symbolem tego jest wigilijny opłatek, który dopóki nie spadnie na ziemię, wciąż przypomina, że wraz z przyjściem Tego, którego jest symbolem, objawiła się wiara w prawa inne niż odwet i agresja. Że dobro, miłość i prawda istnieją w swojej zwyczajności, codziennie, blisko nas. W zwyczajności, bo w końcu urodziny Jezusa z Nazaretu, naszego brata i Boga, obchodzimy tak samo, jak urodziny każdego z nas. Dom, stół, posiłek, krewni i przyjaciele, i zwykłość, która najlepiej oddaje sens wcielenia Syna Bożego. Przychodzi On do nas, a raczej my Go odkrywamy jako już obecnego tu i teraz. Nie spada z góry, z nieba, nie przychodzi nagle, bo w ogóle nie potrzebuje przychodzić. Już jest, a święta są nam potrzebne do tego, by jeszcze raz odkurzyć w sobie banalną prawdę o tym, że jednym z wielu jego imion jest Miłość, która nie potrafi, nie umie i nie chce się oderwać od człowieka. Dlatego Maryja odkrywa obecność Boga w sobie, w swoim ciele. Elżbieta odkrywa Go obecnego w ciąży swojej kuzynki, a pasterze tam, gdzie pracują, na co dzień. Jak żadne inne, święta Bożego Narodzenia podpowiadają nam wszystkim – szukającym z różnym powodzeniem Boga, by nie szukać Go poza horyzontem Ziemi, w jakiejś bezczasowej i niematerialnej, czysto duchowej krainie, i nie wpatrywać się w niebo, ale rozglądać się wokół siebie. Na podstawie Biblii można z całą pewnością stwierdzić, że ci, którzy tak robili, nie rozminęli się z Bogiem i Jego tajemnicą.

shutterstock_188447948

Życie 

.Znów siedzę na dachu. Próbuję zebrać rozbiegane myśli, bo wyspowiadaliśmy chyba cały Poznań z przyległościami. Współbracia zmęczeni i ledwie żywi. I choć narzekamy na pośpiech spowiedzi, to w gruncie rzeczy się cieszymy, że ktoś po długim czasie znalazł swoją drogę do Bożego miłosierdzia. W-drodze-2014-11-okladka-okMarudzimy, jak to zakonnicy, ale wiadomo, że to wszystko z troski, po to by zrozumieć, by przekonać, dopomóc i dać odrobinę nadziei każdemu, tak by w każdym struchlała moc, zbladł ogień i ściemniał blask. Sypnęło drobnym śniegiem. Bóg się rodzi na Kościuszki. Pachnie grzybami w domu…

Roman Bielecki
Tekst pochodzi ze świątecznej edycji miesięcznika „W Drodze” 2014.

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Chcę otrzymywać powiadomienia o najnowszych tekstach.

Autorzy wszyscy autorzy

A B C D E F G H I J K L M N O P R S T U W Y Z