Thomas GOMART: Między Machiavellim i Savonarolą

Między Machiavellim i Savonarolą

Photo of Thomas GOMART

Thomas GOMART

Historyk. Dyrektor Francuskiego Instytut Spraw Międzynarodowych (IFRI). Autor m.in. „Guerres invisibles” oraz „L’affolement du monde”, Ed. Tallandier, uhonorowanej Prix du Livre Geopolitique

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

W ostatnim dziesięcioleciu doszło do odwrócenia ryzyka geopolitycznego – Stany Zjednoczone i Unia Europejska to obecnie dwa główne źródła niepewności, podczas gdy autorytarne reżimy, takie jak Chiny czy Rosja, stają się synonimem stabilności i spoistości – pisze Thomas GOMART

Europa wkroczyła w decydującą fazę swojej trajektorii. Przeżywamy nowy „moment makiaweliczny”, to znaczy „wielkie rozczarowanie” i „nieokreśloność czasów”, które mącą nam umysły. Machiavelli (1469–1527) pisał o tym oczywiście w kontekście wojen włoskich, gdy miasta-państwa Półwyspu Apenińskiego, tak bardzo dumne ze swojej wyższości politycznej i kulturowej, padały jedno po drugim łupem wielkich monarchii. Zjawiska, które zachodziły wówczas na skalę europejską, dziś – pięćset lat później – dają się zaobserwować na całym świecie. Globalizacja, choć zmieniła rozkład bogactwa w świecie, nie zaburzyła panującego w nim układu sił. Mimo że ułatwia mobilność ludzi, to naraża ich na nowe formy drapieżnictwa. Ta nowa hierarchizacja świata jest dla Europejczyków poważnym zagrożeniem, gdyż pozbawia ich dotychczasowych punktów odniesienia. Zaczyna do nich docierać, że przyjdzie im żyć w świecie, który będzie coraz mniej odpowiadał ich wyobrażeniom. I mimo iż posiadają solidne atuty, nie bardzo chcą się na tę przyszłość przygotować, tak jakby niemyślenie o najgorszym miało ich przed nim zabezpieczyć. A czas nagli.

Już teraz płyniemy po sztormowych falach, a najgorsze dopiero przed nami. Rezygnacja z projektu europejskiego nie wchodzi w grę, ale powinniśmy dać dowód, jak chciał Machiavelli, realizmowi, to znaczy przypomnieć sobie, że zło jest „politycznie bardziej znaczące, istotniejsze” niż dobro, i że na scenie międzynarodowej utopie przegrywają z układem sił. Dla niektórych takie podejście wyda się zbyt pesymistyczne, a wręcz intelektualnie zacofane. Być może, ale podpowiada je ostrożność i pamięć o najtragiczniejszych kartach naszej historii.

W lipcu 2017 roku we zwiedzałem klasztor świętego Marka we Florencji. Wcześniej byłem już jako nastolatek w tym mieście, ale niespecjalnie interesowały mnie wtedy kopuły tamtejszych kościołów. Z tamtych lat zostało mi jednak wspomnienie fresków Fra Angelica (1387–1455) i jego sztuki perspektywy. Trzydzieści lat później, przechodząc wzdłuż klasztornych cel, odkryłem, że Machiavelli trafił tu jako młody chłopak, by słuchać kazań Savonaroli (1452–1498). Savonarola wprowadził coś na kształt dyktatury teokratycznej, opartej na sile słowa i ścisłej kontroli. Za próżność świata uważał grę w karty, grę na instrumentach i obrazoburcze księgi. Wyobraziłem sobie ich razem, w klasztorze świętego Marka, pod koniec XV wieku, jako konfrontację dwóch typów dyskursu: nauczania, które piętnuje, oraz filozofii, która odsłania tajemnice. Apokaliptycznych kazań dominikanina, który uważał się za „prawdziwe światło”, oraz refleksji politycznych dyplomaty, mocno przywiązanego do „prawdy rzeczywistej”.

Przez skrzywienie zawodowe dostrzegam ten antagonizm również na polu geopolitycznym i na polu polityki międzynarodowej. Dalecy spadkobiercy Machiavellego, z jego metodą i sceptycyzmem, próbują zrozumieć układ sił i mechanizmy władzy. Spadkobiercy Savonaroli natomiast, z jego pewnością i usystematyzowaniem, chcą przemieniać świat według swojej wizji, czytaj: narzucić swoją ideologię. Podziwiając freski Fra Angelica i myśląc o Machiavellim, postanowiłem nakreślić kilka wyzwań geopolitycznych, mających w moim mniemaniu kluczowe znaczenie dla naszego kraju.

Na początek Rosja, gdyż stanowi ona wyjątkowy teren mego doświadczenia geopolitycznego. W jakimś sensie mogę nawet powiedzieć, że po części mnie uformowała, dając mi nieco odmienną wizję świata niż te, które zdobyłem we Francji, a później w Wielkiej Brytanii. W Rosji, bardziej niż gdzie indziej, odczuwałem ciężar historii i ograniczenia geograficzne. To pierwsze dotarło do mnie, gdy podczas jednego z zimowych pobytów w Moskwie, poświęconego kwerendzie w sowieckich archiwach, czytałem Wojnę i pokój Tołstoja (1828–1910), Rodzinę Thibault Rogera Martina du Garda (1881–1958) oraz Życie i los Wasilija Grossmana (1905–1964). Fundamentalne lektury, aby zrozumieć Europę i wojnę. A to drugie pojąłem, gdy przyjechałem do Rosji w lecie i udałem się w podróż Koleją Transsyberyjską z Moskwy do Władywostoku, by po raz pierwszy dotrzeć do Azji drogą lądową. Nieznane mi dotąd skoncentrowanie doznań przestrzennych. Podobne przykłady mógłbym mnożyć. W ten sposób kształtował się mój aparat analityczny, zarówno od strony intelektualnej, jak i sensorycznej. A rozmowy z ludźmi i stawiane sobie samemu pytania upewniały mnie w konieczności dalszego poszukiwania jak najbardziej obiektywnego osądu rzeczywistości.

Rosja jest dzisiaj wręcz karykaturalnym przykładem antagonizmu między Machiavellim i Savonarolą. Analiza polityki rosyjskiej rozmywa się dziś w niekończącym się potoku komentarzy bądź piewców Putina, bądź jego zażartych krytyków. Ale to problem nie tylko Rosji, gdyż manipulowanie informacją, uproszczenia geopolityczne i presja dyplomatyczna stają się coraz większymi i coraz powszechniejszymi przeszkodami w pracy analitycznej i prognozowaniu przyszłości. Przesyt komentarzy i wiążąca się z nim fala dezinformacji zaburzają zdolność oceny i sprawiają, że coraz bardziej konieczne staje się rzetelne i obiektywne objaśnianie rzeczywistości. Polityka międzynarodowa wymaga dogłębnej znajomości afiszowanych celów oraz ukrytych intencji poszczególnych graczy.

 Pojęcia „geopolityka” i „polityka międzynarodowa” są najczęściej traktowane jako synonimy. Uznając, że „zamienne stosowanie obu pojęć jest źródłem poważnych nieporozumień, które nie są bez znaczenia w globalnym układzie sił”, Thierry de Montbrial, założyciel i prezes Francuskiego Instytutu Stosunków Międzynarodowych (Ifri), nawołuje do starannego ich rozróżniania. Definiując geopolitykę jako „ideologię odnoszącą się do terytoriów”, a politykę międzynarodową jako „najważniejszą działalność dyplomatów i wojskowych, co do zasady pod kontrolą swoich rządów”, podkreśla, że zamienne posługiwanie się tymi terminami uniemożliwia zrozumienie strukturalnej niestabilności systemu światowego. Projekty geopolityczne, które zawsze odwołują się do dążeń tożsamościowych, mają na celu uzasadnienie „celów odnoszących się do zasobów ludzkich i materialnych”, wskazywanych przez rządzących. Prowadzenie określonej polityki międzynarodowej służyć ma osiąganiu tych celów, przy nierzadko jednoczesnym ich skrywaniu. Rolą adwersarzy i partnerów jest nauczyć się rozróżniać te dwie płaszczyzny oraz analizować interakcje, które zachodzą między nimi, by móc objaśniać, a wręcz antycypować zachowanie drugiej strony.

Warto również zdefiniować jeszcze jedno pojęcie: „geoekonomia”. Zrodziło się ono na początku lat 90. XX wieku, a zawdzięczamy je Edwardowi Luttwakowi, ekonomiście specjalizującemu się w kwestiach strategicznych. Geoekonomia opisuje przesunięcie się współzawodnictwa międzynarodowego z obszaru wojskowego na obszar gospodarczy. W myśl tej koncepcji współzawodnictwo między państwami przestaje mieć charakter geopolityczny, a staje się coraz bardziej geoekonomiczne. Termin ten pozwala więc na opisanie „mieszanki logiki konfliktu i metod handlowych”. Podobnie jak geopolityka, geoekonomia jest zarazem dyskursem o świecie i metodą działania, którą stosują państwa, aby wyznaczać kierunki przedsiębiorstwom, rynkom i kluczowym branżom. W odróżnieniu od polityki międzynarodowej, która jest prowadzona głównie przez wojskowych i dyplomatów, polityka ekonomiczna dotyczy wielości graczy, w większości chroniących interesy prywatne. Geoekonomia interesuje się złożonymi relacjami między państwami, przedsiębiorstwami i rynkami, relacjami, które w znaczący sposób kształtują światową przestrzeń. W rzeczywistości geoekonomia to również używanie dźwigni polityki ekonomicznej do uzyskiwania korzyści geopolitycznych. Przypomina to słynną koncepcję handlu autorstwa Jeana Baptiste’a Colberta (1619–1683): „Niekończąca się, pokojowa wojna inteligencji i przemysłu między wszystkimi narodami”. Inaczej mówiąc, handel nigdy nie jest neutralny politycznie.

 Po upadku ZSRR w 1991 roku globalizacja była przedstawiana głównie jako ruch otwarcia rynków, zbliżenia się społeczeństw i konwergencji systemów politycznych według kryteriów właściwych demokracjom liberalnym. Wyrażała ona wówczas nieodwracalną dynamikę intensyfikacji wymiany handlowej, finansowej oraz wymiany danych, a także dynamikę integracji regionalnej oraz ponadpaństwowej organizacji łańcuchów wartości. Ten dominujący model przyniósł ideologiczne przesunięcie na dalszy plan logiki siły oraz umniejszenie roli państw. Dziś globalizacja jest opisywana bardziej poprzez środki protekcjonistyczne i żądania nacjonalistyczne według kryteriów reżimów autorytarnych i tych, którymi kieruje się administracja Trumpa. Jej natura uległa diametralnej zmianie, po pierwsze, ze względu na modyfikację stosunku sił między państwami zachodnimi a resztą świata, a po drugie, ze względu na zmianę wewnątrz samych Stanów Zjednoczonych.

Możemy wyróżnić trzy okresy. Pierwszy okres (1991–2001) odpowiada apoteozie hiperprzewagi Stanów Zjednoczonych, zdolnych narzucać swoje stanowisko, nienapotykających przy tym sprzeciwu o charakterze strategicznym, oraz wpływać na otwieranie się rynków poprzez organizacje międzynarodowe, które są przez to państwo kontrolowane. 11 września 2001 roku brutalnie przerywa tę sekwencję: symbole potęgi Stanów Zjednoczonych stają się celem ataków, co przypomina o tożsamościowym tle globalizacji. Drugi okres (2001–2008) otwiera przystąpienie Chin do Światowej Organizacji Handlu, a kończy powstanie grupy G20, której celem jest powstrzymanie światowego kryzysu finansowego. W międzyczasie Stany Zjednoczone i ich sojusznicy interweniują w Afganistanie, a potem w Iraku, zaburzając w sposób siłowy równowagi regionalne. Trzeci okres (od 2008 roku do dziś) to otwarte podważanie światowego ładu liberalnego, zbudowanego przez Stany Zjednoczone po 1945 roku, przez kraje takie jak Iran, Korea Północna i Rosja, ale przede wszystkim przez Chiny, które nie ukrywają już swoich ambicji stania się światową potęgą przed 2049 rokiem – datą wyznaczającą stulecie powstania Chińskiej Republiki Ludowej – i zbudowania nowego systemu światowego. Przegłosowanie brexitu (czerwiec 2016) i wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA (listopad 2016) stanowiły podwójne pęknięcie światowego ładu liberalnego, który i tak był już rozsadzany od jakiegoś czasu od środka.

W ostatnim dziesięcioleciu doszło do odwrócenia ryzyka geopolitycznego – w tym sensie, że Stany Zjednoczone i Unia Europejska to obecnie dwa główne źródła niepewności, podczas gdy poprzez mylący efekt kontrastu autorytarne reżimy, takie jak Chiny czy Rosja, stają się synonimem stabilności i spoistości. Zmiana stosunku sił między reżimami demokratycznymi i autorytarnymi na korzyść tych ostatnich otwiera dyskusję na temat związku między naturą tych reżimów a ich legitymizacją i skutecznością. Przybyło również wiele sytuacji, w których „polityka wyprzedza ekonomię” czy raczej „ponownie wyprzedza ekonomię”. Lata 1991–2001 wydają się z dzisiejszej perspektywy nawiasem niesamowitej prosperity tych, którzy wygrali na globalizacji, czyli zglobalizowanych elit ekonomicznych.

Istnieją trzy główne powody dzisiejszego stanu rzeczy. Przede wszystkim mamy do czynienia z końcem mitu konwergencji, czyli tej idei, według której Chiny i Rosja (która przystąpiła do Światowej Organizacji Handlu w 2012 roku) miałyby grać w globalizacyjną grę według reguł zachodnich. W rzeczywistości oba te państwa w ogóle nie mają zamiaru się do nich stosować. Wręcz odwrotnie, narzucają swoje. Rosja posiada możliwości szkodzenia, ale jej zdolności przywódcze są bardzo ograniczone ze względu na słabość jej potencjału ekonomicznego. Chiny natomiast nie zamierzają rezygnować z globalizacji ekonomicznej, która jest warunkiem sine qua non wzrostu ich znaczenia, i pracują nad stworzeniem systemu równoległego do systemu kontrolowanego przez USA.

Kolejnej przyczyny obecnej sytuacji należy szukać w samych elitach zachodnich, które wciąż nie otrząsnęły się z szoku, którym były brexit i wybór Trumpa na prezydenta. Termin „populizm” oddaje – inaczej w USA, inaczej w Europie – pęknięcie między klasą średnią, mocno dotkniętą przez globalizację ekonomiczną, a elitami, które czerpią z niej profity. Odwołuje się nie tylko do rzeczywistości społecznej, ale również do techniki zdobywania władzy przez członków elity, deklarujących wypowiadanie się w imieniu ludu, co wyjaśnia trudności w analizie zjawiska. Do tego dochodzi również podwójny rozdźwięk – między USA i Europą z jednej strony i między samymi Europejczykami z drugiej – skutkujący tworzeniem się klimatu strategicznej niepewności. I w końcu – degradacja środowiska naturalnego daje się już odczuć tak w Ameryce, jak i w Europie, choć oba kontynenty nie są jeszcze tak bardzo dotknięte skutkami ocieplenia klimatu, zmniejszeniem bioróżnorodności czy zanieczyszczeniami. Równolegle dyskurs na temat innowacji technologicznych niesie ze sobą nadzieję u ludzi wykształconych, a niepokój u tych, którzy nie opanowali nowych narzędzi, ale którzy rozumieją zagrożenia dla miejsc pracy w przyszłości.

Nasz świat szaleje i widzimy już tego pierwsze konsekwencje. Rozwija się zwłaszcza dyskurs o upadku, który daje Europejczykom przeświadczenie o tym, że są pozbawiani substancji materialnej i kulturowej. Prawdą jest, że wartość wytwarzana w Europie jest wysysana przez wielkie platformy cyfrowe i raje podatkowe i że zacięły się mechanizmy redystrybucji. Słusznie czy nie, Europejczycy zastanawiają się, czy ewolucja światowej ekonomii jest dla nich fundamentalnie korzystna. Pesymizm ten oczywiście wymaga korekty, ale wynika on z ducha czasu i przyczynia się do powstawania głębokiego kryzysu tożsamościowego, który widać zwłaszcza w reakcjach na podziały wewnątrz Unii Europejskiej wywołane kryzysem migracyjnym. Zjawisko zamykania się na innych jest doskonałą ilustracją coraz mniejszego zaufania między partnerami.

Uspokojenie nastrojów wydaje się niemożliwe, gdy głosy poszczególnych krajów zamieniają się w jedną wielką kakofonię. Co więcej, zdobycie władzy wydaje się sprowadzać do działania politycznego skażonego natychmiastowością, niepotrafiącego uciec przed wizjami (bardzo) krótkoterminowymi. Polityka długoterminowa jest w tym rozszalałym świecie praktycznie niemożliwa.

.Trudno uciec od pytania o skuteczność reżimów demokratycznych wobec skuteczności, którą przypisuje się – kierując się partykularnymi interesami lub niewiedzą – reżimom autorytarnym. Niesamowity wzrost znaczenia Chin tworzy złudzenie, że ich sukces ekonomiczny wynika z autorytaryzmu cyfrowego i że zapowiada on naszą przyszłość. Konfrontacja amerykańsko-chińska prowadzi do powstania nowego społeczeństwa światowego, podlegającego pełnej kontroli. Europejczycy na razie pozostają nieufni.

Thomas Gomart
Tekst ukazał się w nr 19 miesięcznika opinii “Wszystko co Najważniejsze” [LINK]

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 16 stycznia 2022