Gra o Ukrainę

Zbigniew BRZEZIŃSKI

Były doradca ds. bezpieczeństwa narodowego USA, politolog, sowietolog, geostrateg. Kawaler Orderu Orła Białego.

zobacz inne teksty autora

Rozpad Związku Radzieckiego nastąpił przed laty pokojowo, bez użycia przemocy, ale też nagle, więc musiał wywoływać rozgoryczenie. Uderzające jest jednak to, jak bezceremonialnie wykorzystuje to Władimir Putin.

Nie dość, że publicznie oznajmił, iż rozpad ZSRR był największą tragedią XX wieku (w którym nie brakowało przecież wydarzeń o wiele bardziej bolesnych dla kondycji ludzkiej), to jeszcze ewidentnie robi wszystko, by odtworzyć Związek Radziecki, tyle że pod inną nazwą. Co więcej, gotów jest użyć siły, by tego dokonać – nie wiemy jeszcze, jak daleko jest się w stanie posunąć, ale jego dotychczasowe działania budzą niepokój.

Nie mamy tu do czynienia z sowieckim ekspansjonizmem w nowej formie. Mamy do czynienia z groźbą siłowej zmiany ustaleń po zimnej wojnie. I chodzi nie tylko o chęć odtworzenia wewnętrznego porządku [dawnego imperium] przez Putina, ale także o skutki, jakie może to mieć na arenie międzynarodowej – jeśli mu się uda, to wzrośnie presja na część bardziej bezbronnych krajów NATO.

W przypadku Ukrainy mamy do czynienia z próbą wewnętrznej destabilizacji kraju przez sąsiednie mocarstwo po to, by podporządkować go sobie zewnętrznie. Przypuszczam, że reakcja Putina na wydarzenia na Ukrainie była nie tyle efektem strategicznej kalkulacji, ile wybuchu wściekłości, kiedy przekonał się, że Zachód skuteczniej stara się o względy Ukrainy.

Putin był już poirytowany tym, że został wręcz poniżony samotnymi występami w Soczi na igrzyskach, które zorganizował na własną cześć. Dlatego postanowił zemścić się na Ukraińcach i wszedł na Krym tak, by nie było wątpliwości, że gotów jest użyć siły, choć starał się od tego powstrzymywać.

Poszło mu jak z płatka. Z 20 tys. ukraińskich żołnierzy na Krymie ani jeden nie oddał wystrzału z własnej inicjatywy. Nie wyobrażam sobie, by coś takiego mogło się zdarzyć w obecności 20 tys. żołnierzy polskich.

Putin mógł wyciągnąć z tego wniosek, że taki nacisk może być łatwiejszy, niż się spodziewał. Dlatego teraz próbuje zdestabilizować sytuację na Ukrainie, nie używając bezpośrednio armii, ale trzymając cały czas tego asa w rękawie. Obserwuje wciąż nie tylko, jak reagują Ukraińcy, ale także jak zareagują Stany Zjednoczone i Europejczycy.

W rosyjskim społeczeństwie zaczyna się zaznaczać wyraźny podział, co na krótką metę stanowi zagrożenie, ale na dłuższą – daje nadzieję.

Dlatego właśnie uważam, że powinniśmy dać jasno Rosjanom do zrozumienia, o jaką stawkę toczy się gra, jakie będą jej skutki, jakie mogą być koszty – a potem odpowiednio działać, tak by utrzymać nasz sojusz i zachowywać się jak sojusznicy.

W rosyjskim społeczeństwie zaczyna się zaznaczać wyraźny podział, co na krótką metę stanowi zagrożenie, ale na dłuższą – daje nadzieję.

Mamy w nim niższą klasę średnią, ksenofobiczną, nacjonalistyczną masę sfrustrowanych ludzi, którzy nie mogą pogodzić się z tym, że nie mieszkają już w jednym z liczących się światowych mocarstw. Oni uwielbiają to, co robi ich prezydent. Widać to w ich emocjach, w uniesieniu i okrzykach po tym, jak Putin ogłosił, że włącza Krym do Rosji.

Ale jest też druga Rosja, nowa klasa średnia, nieco młodsza, coraz bardziej kosmopolityczna, która podróżuje na Zachód, wysyła tam na studia swoje dzieci i przechowuje tam swoje pieniądze. Ci ludzie wierzą, że Rosja kiedyś będzie częścią Europy.

Ogromnym historycznym wyzwaniem będzie doprowadzenie do przewagi tej drugiej Rosji, co nastąpi z czasem. Wszystko zależy od tego, jak długo Putin utrzyma się u władzy i jak będzie skuteczny.

Jeśli będzie prowadził skuteczną politykę, może zdołać odtworzyć siłą coś, co nazywa Unią Euroazjatycką. Warto tu zauważyć, jak niewiele niepodległych od niedawna państw chce wejść do tej Unii – widać to było wyraźnie w niedawnym głosowaniu w ONZ nad postępowaniem Rosji na Ukrainie: Rosję poparły tylko dwa państwa z tej grupy: Białoruś i Armenia.

Przez jakiś czas możemy mieć do czynienia ze skutecznym, wrogim i oszołomionym sukcesem przywódcą, który może być nawet nieco nieprzewidywalny (nie opisuję na razie Putina, po prostu mówię, że tak się może stać). Czy taki przywódca przetrwa spadek rosyjskiego PKB będący efektem sankcji?

Uważam, że nie. Ale przecież nie rozpoczniemy wojny.

Możemy za to rozpocząć negocjacje z Rosją w sprawie geopolitycznego problemu, jaki Ukraina stanowi dla nich i dla nas. Zarazem powinniśmy być bardziej otwarci na pomoc Ukraińcom w samoobronie w razie ataku, bowiem będą się oni bronić, jeśli przekonamy ich, że przyjdziemy im z pomocą.

Nie mówię o wysyłaniu wojsk na Ukrainę czy masowych dostawach broni. Ale jeśli mamy odstraszyć Rosjan, musimy ich przekonać, że będzie to wojna kosztowna i długa – a będzie taka, jeżeli Ukraińcy podejmą walkę. Nie pokonają Rosjan w otwartych potyczkach, ale mogą ich pokonać w jeden sposób: dzięki długotrwałemu oporowi w miastach. Taka wojna staje się kosztowna i nieskuteczna politycznie.

Jaka powinna być przyszłość Ukrainy? Myślę, że za wzór może posłużyć, z grubsza rzecz biorąc, Finlandia – kraj, który spełnia swoje wewnętrzne aspiracje, jest realną częścią Europy, samookreśla się w demokratycznych wyborach. Nie należy do NATO, ale jest całkowicie otwarty na uczestnictwo w europejskich mechanizmach. To byłaby część zachodnia. Od strony wschodniej Ukraina byłaby krajem o normalnych stosunkach z Rosją – zarówno dyplomatycznych, jak i handlowych. Zwłaszcza że większość przemysłu na wschodzie Ukrainy ma istotne znaczenie dla Rosji, a kluczowe dla przetrwania gospodarki ukraińskiej.

Byłby to zatem kraj o podwójnym statusie, w którym rozróżnialibyśmy interesy gospodarcze i aspiracje kulturowe. Gotów byłbym powiedzieć otwarcie, że taka Ukraina nie mogłaby wejść do NATO, ale do Unii Europejskiej – kiedyś jak najbardziej (by uspokoić Rosjan, można by rzec: spójrzcie, ile trwają negocjacje akcesyjne Turcji).

W ten sposób i oni, i my mielibyśmy po kawałku ciastka, Ukraina byłaby ustabilizowana i nie należałaby do sztucznego tworu zwanego Unią Euroazjatycką, która jest niczym innym jak próbą odbudowy imperialnych ambicji Rosji.

Nie wierzę za to w żadną dobrowolną federację na Ukrainie, w której wschód byłby traktowany jako część quasi-federalna, a jednak oddzielna, bo wtedy Rosja mogłaby tam grasować do woli.

Rosjanie muszą przyjąć do wiadomości, że Ukraina leży tam, gdzie leży, i jest dwujęzycznym państwem narodowym, o współczesnej historii ukształtowanej przez ostatnie 100 lat.

Zbigniew Brzeziński

Tekst pochodzi z portalu Project Syndicate Polska, www.project-syndicate.pl publikującego opinie i analizy, których autorami są najbardziej wpływowi międzynarodowi intelektualiści, ekonomiści, mężowie stanu, naukowcy i liderzy biznesu.

logo sindicate

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Chcę otrzymywać powiadomienia o najnowszych tekstach.

Autorzy wszyscy autorzy

A B C D E F G H I J K L M N O P R S T U W Y Z