
Prezydent Karol Nawrocki zapobiegł cofnięciu polskiej nauki do czasów Gomułki i Gierka
Dla tych, którzy Łukasiewicza budowali i chcieli z niego uczynić nowoczesną organizację naukową, dla tych, których z Łukasiewicza wyrzucono i których zmuszono do wyjazdu z Polski – ta decyzja prezydenta daje przede wszystkim nadzieję – pisze Andrzej DYBCZYŃSKI
.Prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę likwidującą kadencyjność władz w Sieci Badawczej Łukasiewicz – największej organizacji naukowej w Polsce. Tym wetem prezydent zapobiegł prawnemu sankcjonowaniu upolityczniania organizacji naukowej. Zapobiegł temu, by polską naukę, tak pogardzaną i ignorowaną przez większość klasy politycznej, cofać do czasów Gomułki i Gierka – nawet jeśli odpowiadający za ten pomysł politycy akurat Gomułkę i Gierka mają za bohaterów pozytywnych.
Nawet jeśli od dwóch lat upolitycznianie organizacji naukowej trwa w najlepsze i nawet jeśli przez kolejne dwa lata trwać jeszcze będzie, to nie będzie się to dokonywało w majestacie prawa.
Dla tych spośród nas, którzy Łukasiewicza budowali i chcieli z niego uczynić nowoczesną organizację naukową, dla tych, których z Łukasiewicza wyrzucono i którym zabroniono w nim pracy, wreszcie dla tych, których los jest najsmutniejszy – których jak w 1968 roku zmuszono do wyjazdu z Polski i poświęcania swojego talentu pracy dla obcych, choć syjonistów zrobić z nich się nie dało – ta decyzja prezydenta daje przede wszystkim nadzieję. To weto daje nadzieję w Abu Zabi, gdzie wyrzucony z Łukasiewicza menedżer buduje na pustyni laboratoria silników odrzutowych, które mogłyby powstawać w Polsce. Daje nadzieję w Chinach, gdzie wyrzucony z Łukasiewicza naukowiec opracowuje nowoczesne materiały, które mogłyby powstawać w Polsce i dla polskiej armii. Daje nadzieję w Niemczech, Czechach, Wielkiej Brytanii, gdzie wyrzuceni z Łukasiewicza ludzie nie potrafią przy piwie wytłumaczyć swoim kolegom z laboratoriów, dlaczego zmiana rządu w demokratycznej Polsce oznacza konieczność wyjazdu naukowców do pracy na obczyźnie.
.Weto prezydenta nie daje im nadziei na powrót, bo oni do Łukasiewicza i do Polski wrócić już nie chcą. Daje nadzieję najważniejszą ze wszystkich – nadzieję i dowód na to, że nie zostali sami, a krzywda, którą im wyrządzono, dla niektórych polityków jednak coś znaczy.
Nadzieję na to, że nie wszyscy politycy w Polsce los nauki mają za nic, a instytucje naukowe traktują jak dawców pensji dla swoich politycznych kumpli. Że nawet jeśli odpowiadający za Łukasiewicza PSL do spółki z Lewicą są w stanie uczynić z organizacji naukowej dawcę tłustych pensji dla policjantów, złodziei paliwa, partyjnych aparatczyków i warszawskich trzecich połówek urzędujących wiceministrów, to nie wszyscy aktorzy skorumpowanego i zdemoralizowanego teatru polityki uznają to za normalność. A przede wszystkim nie uznaje tego za normalność Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej.
Ludzi, którzy wierzą w naukę i w Łukasiewicza bolało milczenie premiera wobec wszystkich kierowanych do niego apeli o to, by poświęcił choć kilka minut na przyjrzenie się temu, co w Łukasiewiczu robi od dwóch lat prezes Hubert Cichocki. Bolało przymykanie oka na to, na co pozwala mu – lub nakazuje – nadzorująca Łukasiewicza z ramienia PSL wiceminister Maria Mrówczyńska. Przymykanie oka na polityczny parasol, który roztaczał nad tym minister Dariusz Wieczorek. A gdy musiał ponieść polityczne konsekwencje, bo nawet dla premiera skandali było już za dużo, to polityczny parasol przejął minister Marcin Kulasek.
Bardzo bolało milczenie premiera, gdy ignorował wezwania do reakcji płynące z sejmowej trybuny od polityków wszystkich chyba ugrupowań. Gdy ignorował apele od pracowników Łukasiewicza. Bolało, gdy ignorował kierowane do niego listy wybitnych zagranicznych naukowców, którzy nie potrafią wymówić nazwiska ani Czarnka, ani Wieczorka, a Zandberga nie odróżniają od Schreibera – ale potrafią odróżnić niszczenie organizacji naukowej od jej budowania. Gdy zawiódł premier, ostatnią linią obrony dla Łukasiewicza był prezydent Karol Nawrocki. Dla pracowników Łukasiewicza, którzy głosują na wszystkie polityczne partie i na wszystkich kandydatów na urząd prezydenta, prezydent był ostatnią nadzieją na głośne „nie” wobec tego, co wyprawiają politycy z największą organizacją naukową w Polsce. Dziękujemy za ten jeden konkret w jeden dzień – dla polskiej nauki.
.Panie Ministrze Nauki i Szkolnictwa Wyższego,
Pani Wiceminister,
Panie Prezesie,
„Now this is not the end. It is not even the beginning of the end. But it is, perhaps, the end of the beginning”.
To po angielsku. W języku nauki.




