
Od Sasa do Lasa i z powrotem (1733-1745)
„Od Sasa do Lasa” – to powiedzenie weszło do języka polskiego i trwa w nim przez kolejne już trzy wieki. Co znaczy? Robić coś bez sensu, bez ładu i składu, miotać się, innymi słowy, od ściany do ściany. Wrażenie takiego miotania się – między „Sasem”, czyli elektorem saskim, a „Lasem”, czyli Leszczyńskim – wynieść można już było z czasu rywalizacji Augusta II (popieranego przez Rosję cara Piotra) oraz Stanisława (króla nie z Bożej, ale szwedzkiej łaski) w dobie wojny północnej. W 1733 roku, a więc ćwierć wieku później, to wrażenie powraca – pisze prof. Andrzej NOWAK
.Nic jednak w historii nie powtarza się tak samo. Nie było już „pierwszego Sasa”, czyli Augusta II. Był jego syn: następca na tronie elektorskim w Dreźnie, kolejny Fryderyk August. Miał inny temperament od ojca, rozsadzanego energią i pomysłami na rolę bohatera wieku. Syn był spokojny, systematyczny, nieskłonny do ryzyka ani do rywalizowania o rekordy Don Juana. Z czasem oraz wagą nabierał w swej posturze cech statecznych, a nawet majestatycznych. Z Augustem II dzielił zamiłowanie do wspaniałych uroczystości i kosztownych strojów.
Uwielbiał polowania i włoską muzykę. Polityczna wielka gra ani też mniejsze gry i intrygi nie pociągały go tak bardzo. Urodzony, przypomnijmy, w październiku 1696 roku, był niemal dokładnie równolatkiem panowania swego ojca w Polsce. Dlatego też od dziecka przygotowywany był nie tylko do następstwa w Saksonii, ale również do królowania Sarmatom. Tak jak August II, przyjął katolicyzm, by móc zostać polskim władcą.
Ojciec, choć wiemy, że nie żył przykładnie, dał w późniejszych latach swego życia dowody autentycznej pobożności i czci dla Matki Boskiej Częstochowskiej; gorliwie zabiegał u papieża o beatyfikację Andrzeja Boboli. Syn, zwłaszcza pod wpływem pobożnej matki, Marii Józefy, córki cesarza Józefa I, przez całe życie traktował religię poważnie. Uczył się polskiego, ale nie szło mu jego używanie: nie pisał ani nie mówił w naszym języku. Znał włoski i francuski, po łacinie też jakoś sobie radził, ale w najbliższym otoczeniu kurprinza (to tytuł następcy tronu elektorskiego) mogli utrzymać się dłużej ci Polacy, którzy porozumiewali się z nim po niemiecku.
Wiadomość o śmierci króla Augusta w Warszawie dotarła do stolicy Saksonii po dwóch dniach. Tyle czasu potrzebowali kurierzy, żeby pokonać dystans około 650 kilometrów. Dwa tygodnie później razem z najważniejszymi dokumentami i skarbami królewskimi dojechał z Warszawy Henryk Brühl. Urodzony w średniozamożnej rodzinie szlacheckiej z Turyngii, młodszy od nowego elektora o cztery lata, Brühl wszystko zawdzięczał swym talentom dworaka, pracowitości i szczęściu. Z pozycji skromnego pazia wspinał się z łaski Augusta II na coraz wyższe szczeble: kamerjunkra, szambelana, nadzorcy „garderoby” elektora i wszystkich jego pałaców. W 1731 roku został mianowany dyrektorem akcyzy, kierownikiem saskiej polityki zagranicznej i wewnętrznej. Nowy elektor, można powiedzieć, odziedziczył Brühla po ojcu. Sam miał innego, polskiego faworyta, swego rówieśnika Józefa Aleksandra Sułkowskiego.
Ten także, podobnie jak Brühl, sobie samemu, to jest umiejętności przypodobania się panu, zawdzięczał karierę. Syn burgrabiego krakowskiego nie należał z urodzenia do ścisłej elity Rzeczypospolitej. Awansował do niej dzięki pozyskaniu wyjątkowej życzliwości młodego Fryderyka Augusta. Towarzyszył mu w wielkiej podróży formacyjnej przez Italię, Francję i kraje niemieckie w latach 1712–1719. Został następnie przy królewiczu w Dreźnie jako niezastąpiony organizator polowań. Sam wierzył, że ma też zdolności wojskowe, i otrzymał w 1732 roku dowództwo przybocznego pułku kurprinza. W marcu następnego roku nowy elektor awansował go na rzeczywistego tajnego radcę, czyli członka rządu Saksonii. W dyplomatycznych rozgrywkach przypisywano mu skłonność do orientacji profrancuskiej, niechętnej w każdym razie Habsburgom.
Elektor miał do dyspozycji cały aparat dyplomatyczny i skarbowy Saksonii, żeby wziąć udział w walce o opróżniony przez ojca polski tron. Sąsiednie dwory umawiały się, jak wiemy, żeby wprowadzić na ten tron księcia Emanuela de Bragança, młodszego brata portugalskiego króla Jana V. Dla Petersburga (od 1732 roku znowu był stolicą Rosji) i Wiednia czy Berlina jednak była najważniejsza nie ta egzotyczna kandydatura, ale niedopuszczenie do wpływów Francji w Rzeczypospolitej i ewentualnego uniezależnienia państwa polsko-litewskiego od „czułej opieki” sąsiadów. I tu właśnie pojawiała się szansa dla Wettyna. Dyplomaci rosyjscy, cesarscy i pruscy zgodnie oceniali go – i słusznie – jako mniej niż ojciec skłonnego do ryzykownych prób emancypacji. Przede wszystkim im bardziej rosły szanse promowanego przez Francję Leszczyńskiego na elekcyjne zwycięstwo w Warszawie, tym silniejsze stawały się argumenty dyplomacji saskiej, by niedawni sygnatariusze układu „trzech czarnych orłów” potraktowali nowego elektora jako jedyne realne antidotum na grożącą nad Wisłą „francuską chorobę”.
W Polsce bowiem po śmierci Augusta II poparcie dla Leszczyńskiego rozwijało się lawinowo. Poseł Ludwika XV Antoine Felix de Monti już od chwili rozpoczęcia swej misji nad Wisłą, to jest od roku 1729, starał się przygotować wybór francuskiego kandydata na króla Polski. W osiągnięciu sukcesu, jakiego nie zaznał żaden z jego poprzedników w trakcie trzech poprzednich bezkrólewi, liczył na pomoc silnej wciąż partii dawnych zwolenników „Lasa”, czyli przede wszystkim klanu Potockich z prymasem-interrexem na czele. Teraz mogli razem płynąć na fali nastrojów zmęczenia awanturami, w jakie przez ponad trzy dekady wprowadzał Polskę August II, połączonych z niechęcią szlachty do przedłużającej się obecności Sasów i ich najemników w życiu politycznym Rzeczypospolitej. Nie chcemy więcej „Sasa” – chcemy „Piasta”, to jest rodzimego króla! Ten okrzyk rozbrzmiewał powszechnie nad trumną z ciałem Augusta II.
.Było paru chętnych „Piastów”, marzących o koronie – m.in. wojewoda krakowski Teodor Lubomirski, książę Paweł Sanguszko (zwycięski rywal Augusta Czartoryskiego w walce o kontrolę nad dobrami ordynacji ostrogskiej), koniuszy litewski Michał Kazimierz Radziwiłł „Rybeńko” czy książę Michał Serwacy Wiśniowiecki, kanclerz wielki litewski, oraz jego starszy brat, kasztelan krakowski Janusz Antoni. W opinii zdecydowanej większości nikt nie miał jednak szans w konfrontacji z kandydaturą Leszczyńskiego. Zapomniano już, jak bierną był kreaturą Szwedów w czasie swego pierwszego królowania. Traktowano go teraz powszechnie właśnie jako symbol zerwania z uzależnieniem od zewnętrznych potencji: od związku z Saksonią, od wpływów rosyjskiego czy cesarskiego ambasadora. Ambasador Monti podgrzewał te emocje. Wykupił wszystkie drukarnie w Warszawie, co dało oczywiście jego kandydatowi olbrzymią przewagę w propagandowej wojnie przedelekcyjnej.
Patronował także porozumieniu między „Familią” a obozem Potockich w sprawie przyszłego podziału najwyższych urzędów. Ledwie dwa tygodnie po śmierci Augusta II prymas wydał wspaniałą ucztę na cześć „Familii”. Wydawało się, że dwie potężne siły w polityce wewnętrznej Rzeczypospolitej podają sobie ręce. Stanisław Poniatowski zapłacił za to oddaniem regimentarstwa, czyli kontroli nad armią koronną, którą przejmie Józef Potocki. Czy rzeczywiście, jak to interpretuje Jerzy Lukowski, brytyjski historyk „szaleństwa polskiej wolności”, poparcie Leszczyńskiego miało być dla Czartoryskich i Poniatowskiego tylko przystankiem na zaplanowanej już drodze do korony dla jednego z przedstawicieli „Familii”? Taki scenariusz, jako najgorszy dla Rosji, rozważał rzeczywiście już wtedy ambasador imperatorowej, Löwenwolde. Na pewno utrwalenie dynastii Wettynów na polskim tronie oddalałoby ewentualne marzenia „Familii” o koronie, natomiast po jednym „Piaście” (niemającym męskiego potomka) zawsze mógł być wybrany kolejny – inny… W każdym razie na taktyczną zgodę z Potockimi „Familia” przystała. Jakby wracały wspomnienia sprzed ćwierć wieku, kiedy Józef Potocki i Stanisław Poniatowski byli dwoma filarami obozu Leszczyńskiego przeciw opartym o Rosję zwolennikom „Sasa”.
Teraz w elekcyjnej rozgrywce karty rozdawał prymas Teodor Potocki. Przynajmniej tak mu się zdawało. Błyskawicznie zwołał sejm konwokacyjny. Kiedy ten się zebrał w końcu kwietnia, prymas przeforsował na nim, lekceważąc głosy opozycji, zawiązanie konfederacji, „z przyrzeczeniem sobie obrania królem ex utroque catholico parente [z obojga rodziców katolickich], w Polszcze urodzonego, zagranicznych posesji niemającego”. Oznaczało to wykluczenie z elekcji kandydatów cudzoziemskich. Wyrugowano też z sejmu posłów różnowierców i na fali antysaskich resentymentów pozbawiono dysydentów prawa piastowania urzędów senatorskich, poselskich i deputackich. W dniu zakończenia konwokacji, 23 maja, prymas wyznaczył początek sejmu elekcyjnego na 25 sierpnia. Na sejmikach przedelekcyjnych zdecydowanie górę brali entuzjaści „Lasa”, zarówno w Koronie, jak i na Litwie, gdzie tylko województwo nowogrodzkie opowiedziało się za „Sasem”.
.Dwory sąsiedzkie obserwowały tę polską rewolucję z niepokojem. Tym większym, że spodziewać się mogły interwencji Francji na rzecz tak pięknie rozwijającej się kandydatury Leszczyńskiego – teścia arcychrześcijańskiego króla Ludwika XV. Polityką Wersalu kierował 80-letni kardynał André Hercule Fleury. Godny następca tradycji kardynała Richelieu, mimo wieku ani na chwilę nie wypuszczał trzymanego od 1726 roku steru (i trzymać go będzie jeszcze przez całą dekadę!). Był chłodno kalkulującym realistą. Polskiego teścia swojego króla nie lubił ani nie zamierzał poświęcać interesów Francji dla jego zwolenników nad Wisłą. Gotów był wykorzystać nowe zaburzenie europejskiej polityki wokół polskiej elekcji wyłącznie po to, by strategicznie zaokrąglić granice Francji i osłabić jej kontynentalnego arcyrywala, czyli cesarstwo.
Sam Ludwik XV szczerze pragnął poprzeć teścia, ale był posłuszny radom pierwszego ministra. Fleury wysłał w marcu list do ambasadora Monti, by ten porozumiał się z elektorem saskim i uzyskał jego wycofanie z wyścigu do tronu w Polsce, co pozwoliłoby utrzymać Saksonię w orbicie polityki francuskiej skierowanej przeciw cesarzowi. Oczywiście Fleury powtarzał obietnicę (bez pokrycia) pomocy w spełnieniu ambicji Sasa do wyższego tronu – w Wiedniu, kiedy tylko ostatni męski przedstawiciel Habsburgów, cesarz Karol VI, zamknie na zawsze oczy.
Saska dyplomacja pracowała jednak tymczasem w przeciwnym kierunku. Już od początku marca trwały jej zabiegi w Wiedniu, a następnie w Petersburgu o zgodę na wybór kolejnego Wettyna na tron w Rzeczypospolitej. Cesarscy dyplomaci prędko pojęli, podobnie jak rosyjscy zresztą, że jeśli ktoś może zablokować wybór Leszczyńskiego w Polsce, to będzie to właśnie przygotowywany od dawna do tej roli syn Augusta II, a nie pozbawiony jakiegokolwiek oparcia w Rzeczypospolitej kandydat z Portugalii. Król portugalski Jan V także szybko zrozumiał, że popieranie młodszego brata, księcia Emanuela, będzie nie tylko kosztowne, ale także skończy się niechybnym fiaskiem. W ten sposób już wiosną 1733 roku egzotyczna kandydatura portugalskiego infanta upadła.
Imperatorowa Anna potwierdziła gotowość do interwencji zbrojnej, gdyby Polacy wybrali „niewłaściwego” króla. W końcu marca, po rozmowach z delegacją saską, cesarz Karol VI był już skłonny poprzeć Wettyna. Choć na dworze rosyjskim byli zwolennicy osadzenia w Warszawie „swojego Piasta” (któregoś z posłusznych polskich magnatów, rzecz jasna – nie Leszczyńskiego), to jednak na początku lipca wiadomości o przebiegu konwokacji przekonały wicekanclerza Ostermanna i samą Annę Iwanowną, że trzeba poprzeć elektora saskiego jako jedyną alternatywę dla „Lasa”. 10/21 lipca carowa Anna zaaprobowała plan opracowany przez posłów rosyjskiego (Löwenwoldego) i cesarskiego w Warszawie. Plan był prosty: do Polski wkroczą wojska rosyjskie i cesarskie, by zapobiec wyborowi Leszczyńskiego. W tym samym momencie stanął w Petersburgu traktat rosyjsko-saski. Jego opracowany przez stronę rosyjską tekst został przedstawiony Sasom w formie ultimatum. W razie oporu – Rosja zagroziła, że poprze Teodora Lubomirskiego, wojewodę krakowskiego. W zamian za pomoc w narzuceniu Wettyna na polski tron saski kandydat do panowania w Warszawie zgadzał się uznać tytuł Cesarzowej Wszechrosji, który z dumą nosiła Anna Iwanowna, a także zagwarantować lenno kurlandzkie dla jej faworyta – Birona, a przede wszystkim nie zmieniać niczego w polityczno-instytucjonalnym bezwładzie Rzeczypospolitej i jej zależności od Petersburga.
.Tymczasem 17 lipca zawarty został w Wiedniu układ między cesarstwem a Saksonią. Tu ceną za utorowanie drogi Wettynowi do Warszawy miało być uznanie przez niego sankcji pragmatycznej, to jest wyłącznego prawa córki obecnego cesarza, Marii Teresy, do korony Czech i Węgier oraz do następstwa tronu w Wiedniu. A więc była to rezygnacja z osobistych ambicji elektora saskiego, by o ten tron z córką cesarza rywalizować. Wystrychnięty na dudka poczuł się król pruski Fryderyk Wilhelm I: przecież w berlińskim traktacie Löwenwoldego z końca 1732 roku to jemu, a raczej jednemu z jego synów, miała przypaść Kurlandia. W tak zmienionej konfiguracji na politycznej szachownicy Berlin znajdzie się nieoczekiwanie poza grą o polski tron, jaką wspólnie prowadziły dalej Rosja i cesarstwo.
Zbrojnie miała tę grę poprowadzić dalej właściwie sama Rosja. Przynajmniej nad Wisłą, bowiem cesarz Karol VI musiał szykować się na wojnę z Francją. Ludwik XV zadeklarował w połowie lipca, że jeśli sąsiednie mocarstwa chciałyby uniemożliwić wolny wybór króla przez Polaków, to Francja przyjdzie Rzeczypospolitej z pomocą. Jego pierwszy minister, kardynał Fleury, miał zamiar udzielić tej pomocy w sposób dotkliwy wyłącznie dla Austrii. Przygotowywał przymierze z Hiszpanią i królem Sardynii, by wspólnie zaatakować włoskie posiadłości Karola VI, a trzon armii francuskiej szykował do kampanii nad Renem, gdzie głównym celem dla Francji było zdobycie Lotaryngii. Rosyjskich planów militarnej interwencji w Polsce nie mogło to powstrzymać w najmniejszym nawet stopniu.
Przedstawiciele dyplomatyczni carowej i cesarza przekazali prymasowi Potockiemu jako interrexowi jasne stanowisko: dwory cesarskie nie zgadzają się na wybór Leszczyńskiego przez Polaków. Potocki, ten sam, który zabiegał tak niedawno o interwencję carowej Anny w Polsce – byle usunąć znienawidzonego króla Augusta, teraz wystąpił z publicystyczną odpowiedzią jak najgodniejszy syn Rzeczypospolitej: Polacy muszą się przeciwstawić temu, by Rosja „u nas, w Polszcze absolute panowała, jak w swoim państwie”. Interrex wzywał, „żebyśmy się za nos wodzić nie dali y pokazali, że Gens libera sumus et nemini servimus unquam [narodem wolnym jesteśmy, który nigdy nikomu nie jest niewolnikiem]”. Piękne słowa. Ale trzeba było czynów, i to zbrojnych, by nie pozostały puste.
Na początku sierpnia korpusy rosyjskie stacjonujące pod Rygą oraz pod Smoleńskiem otrzymały rozkaz wymarszu ku granicom Rzeczypospolitej. Trzeci korpus szykował się pod Kijowem do interwencji. 11 sierpnia liczący 32 tysiące żołnierzy korpus „ryski” pod dowództwem Irlandczyka w carskiej służbie, generała Piotra Lacy’ego, wkroczył na Litwę i zgodnie z rozkazami posuwał się z wolna od północy w kierunku Warszawy. Nie natknął się na żadne oddziały komputowe, ani też w ogóle nie napotkał na swej drodze jakiegokolwiek oporu. Armia Wielkiego Księstwa, licząca na papierze 6 tysięcy porcji, w istocie dwa razy słabsza, nie zamierzała takiego oporu stawiać. Następców Ostrogskiego, Chodkiewicza czy Radziwiłła „Pioruna” już nie było. Ba, w tym momencie, jak wiemy, w ogóle nie było żadnego hetmana w Rzeczypospolitej. Pełniący obowiązki litewskiego regimentarza Michał Serwacy Wiśniowiecki nie miał zamiaru walczyć. Wolał raczej wystąpić w roli gościnnego gospodarza, witającego wojska rosyjskie chlebem i solą.
Tydzień po korpusie Lacy’ego wszedł w granice Wielkiego Księstwa drugi korpus rosyjski – pod komendą Artemija Zagriażskiego. I ten szedł spokojnym marszem w stronę Grodna. Po nim wchodzić będą jeszcze na teren Rzeczypospolitej następne oddziały wojsk Anny Iwanowny – łącznie nawet do 60 tysięcy żołnierzy. Tylko rozmokłe drogi spowalniały marsz; lato było dżdżyste. W połowie września korpus Lacy’ego dobrnął do Tykocina, a więc już w granice Korony.
.W nieodległej Warszawie było już po elekcji. Jeszcze przed wyznaczonym na 25 sierpnia otwarciem sejmu elekcyjnego odbyła się w stolicy uroczysta eksportacja doczesnych szczątków króla Jana III Sobieskiego i Marii Kazimiery, a także Augusta II. Królewskie trumny wyprowadzono z kościoła Kamedułów pochodem przez plac Zamkowy i plac Saski w drogę do Krakowa, na Wawel. W tym samym czasie kardynał Fleury pozwolił także wypuścić wreszcie Stanisława Leszczyńskiego z odległego Chambord – po polską koronę. Stanisław nie wyruszył nad Wisłę na czele potężnej armii francuskiej, ale w przebraniu subiekta kupieckiego musiał przekradać się przez terytorium Rzeszy, podczas gdy dla zmylenia potężnych przeciwników drogą morską wysłano z Francji jego sobowtóra. Szczęśliwie Leszczyński dotarł po tej operetkowej podróży przez Niemcy do polskiej stolicy i 8 września stanął w ambasadzie francuskiej nad Wisłą.
Na Woli już od dwóch tygodni gromadziły się tłumy szlachty: kilkanaście tysięcy wyborców. Sejm elekcyjny, kierowany faktycznie przez prymasa, uchwalił manifest ogłaszający zdrajcami tych, którzy sprowadzili wojsko rosyjskie. Po drugiej stronie Wisły, pod wsią Kamień na Pradze, tradycyjnie rozkładały się obozami województwa litewskie i podlaskie. Codziennie przeprawiano się mostem pontonowym na Wolę i wracano wieczorem; w godzinach szczytu obowiązywał na moście ruch wahadłowy. Część Litwinów zaprotestowała od razu, że nie godzą się na Leszczyńskiego, licząc na to, że zostanie wybrany ktoś z panów litewskich (za Sasem był chyba tylko jeden Radziwiłł „Rybeńko”). Zostali na Pradze. Zaczęto rozmowy – mediację. Tymczasem zbliżali się Rosjanie.
Marszałek sejmu ogłosił, że przyspieszy elekcję i odbędzie się ona 16 września. Kiedy jednak 11 września Stanisław Leszczyński ujawnił się na nabożeństwie w kościele Świętego Krzyża, zaś ambasador Monti obiecał pełne poparcie króla Francji dla „Lasa” i dla rozbudowy polskiej armii – entuzjazm wyborców szlacheckich stłoczonych na Woli sięgnął zenitu. Tegoż dnia na polu elekcyjnym prymas, nie czekając na koniec rozmów z Litwinami, nakazał zbieranie głosów. Kontynuowano je 12 września, kiedy prymas ogłosił jednomyślny wybór króla Stanisława. Ponad 13 tysięcy głosów, rzeczywiście bez sprzeciwu po tej stronie Wisły, zaśpiewało Te Deum. 19 września nowy król zaprzysiągł w kolegiacie św. Jana pacta conventa. I dwa dni później uciekł z Warszawy – przed nadciągającym wojskiem carowej Anny. O nowej koronacji w Krakowie nawet nie myślał, uznając, że już raz, w roku 1705, został na króla Polski namaszczony. Za radą Montiego postanowił razem z prymasem i częścią senatorów koronnych schronić się w potężnych murach Gdańska, by tam czekać na obiecaną pomoc Francji.
Wybrany regimentarzem wojsk koronnych Józef Potocki nie podjął żadnej próby przymuszenia zebranych na Pradze malkontentów do akceptacji dokonanego już przez przytłaczającą większość wyboru króla. Tymczasem 24 września korpus Lacy’ego doczłapał do Grochowa. Regimentarz Potocki ściągnął chorągwie komputowe pod swoją komendę, ale wystarczyło mu pomysłu i animuszu na tyle tylko, by zdobyć gmachy poselstw saskiego i moskiewskiego w Warszawie. Nie zdecydował się iść na pomoc wybranemu królowi w stronę Gdańska, ani tym bardziej zaczepiać korpusu Lacy’ego pod Warszawą, tylko rozproszył swoje wojsko (a miał pod komendą blisko 9 tysięcy żołnierzy) i ruszył na południe, ku Radomiowi.
Nikt nie zakłócał więc drugiej, całkowicie bezprawnej elekcji, jaka odbyła się na Pradze w dniu 5 października. Zachęcona przez obecność korpusu rosyjskiego, który bronił „wolnego wyboru Polaków”, grupka szlachty okrzyknęła syna Augusta II królem. Przyjmowano dawniej, że tych wyborców mogło być około trzech tysięcy. Choć protest przeciwko elekcji Leszczyńskiego podpisało ok. 2500 ludzi, to na Wettyna głos oddało znacznie mniej, zwłaszcza jeśli odjąć wojskowych, którym udział w wyborach króla był prawnie zakazany. Współczesny historyk Andrzej Macuk oblicza, że szlacheckich elektorów Sasa było zaledwie 591, z czego 40 procent z województwa nowogródzkiego, kontrolowanego przez jawnie działającego na rzecz Rosjan wojewodę Mikołaja Faustyna Radziwiłła.
Zawiązano w celu obrony tronu dla Wettyna konfederację, zwaną warszawską, pod laską marszałkowską Antoniego Józefa Ponińskiego. Oczywiście nie ta marionetkowa konfederacja, ale wojsko carowej Anny było jedynym gwarantem powodzenia Sasa. Z asystą wojsk Lacy’ego „konfederaci” bez trudu opanowali stolicę. Nie było w niej jednak regaliów, które towarzyszyły niedawnej, warszawskiej części uroczystości pogrzebowych Augusta II i Jana III. Stronnicy Leszczyńskiego, chcąc uniemożliwić koronację nominata mniejszości, ukryli skarbiec koronny na Jasnej Górze, a koronę, Szczerbiec, jabłko i berło zamurowali w warszawskim kościele Świętego Krzyża.
Do Drezna wiadomość o zdobyciu królewskiego tytułu dla elektora dotarła 10 października. Dopiero 14 listopada Fryderyk August ogłosił przyjęcie polskiej korony, ale już wcześniej wyprawił cały tabor – 200 wozów, 6 karet i tłum dworzan w 1300 koni – na koronację do Krakowa. Pod ochroną wojska saskiego sam elektor (wraz z małżonką) wjechał w granice Polski 4 stycznia 1734 roku. W sanktuarium maryjnym w Piekarach Śląskich, tak jak niegdyś ojciec, zaprzysiągł pacta conventa. Pospolite ruszenie krakowskie, pod wodzą wojewody lubelskiego Jana Tarły, nie zdołało zagrodzić drogi około 10-tysięcznemu korpusowi saskiemu, który otwierał ją dla króla-elekta. 15 stycznia August III dopełnił w zdobytym Krakowie obrządku pochowania swoich poprzedników. Trumny z ciałami Augusta II, Jana III i Marii Kazimiery spoczęły wtedy w kryptach katedry wawelskiej (choć stałe grobowce ufunduje im dopiero Stanisław August Poniatowski). 17 stycznia odbyła się skromna uroczystość koronacji, z udziałem biskupów Lipskiego i Hozjusza, działających w miejsce obecnego w przeciwnym obozie prymasa. Znikoma ilość senatorów z trudem wystarczyła do pełnienia najważniejszych funkcji ceremonialnych. Nie brakowało za to wokół katedry wojska saskiego, które pilnowało bezpieczeństwa elektora-króla. Tak wyglądała ostatnia, jak się później okazało, koronacja królewska na Wawelu. 413 lat po namaszczeniu Władysława Łokietka, otwierającym nieprzerwaną serię 20 koronacji, wpisany w tę koronę ideał suwerenności sięgnął wawelskiego bruku.

.Polska miała tak czy inaczej nowego króla, a Litwa wielkiego księcia – Augusta III. A właściwie, jak przed ponad ćwierćwiekiem – było dwóch królów, bowiem przecież był już wybrany Stanisław. Znowu „Sas” i „Las”. Tym razem „Sas” był jeszcze bardziej zależny od Rosji niż niegdyś August II. Nie dało się nawet zachować pozorów. Choć zgodnie z prawem i tradycją zwołany został sejm koronacyjny do Krakowa, to nie mógł się normalnie odbyć. Zwołany przez Ponińskiego, marszałka konfederacji warszawskiej, zgromadził zbyt mało posłów i senatorów, by obradować skutecznie. Rozwiązał się po trzech dniach – 22 lutego.
Fragment książki „Dzieje Polski. Tom 7. Upadanie i powstawanie”, wyd. „Biały Kruk”, 2025 r. [LINK]







