Ukraina ostrzega. Stacje kontroli dronów na Białorusi?

stacje kontroli dronów

Rosja planuje rozmieścić na Białorusi cztery naziemne stacje kontroli dronów uderzeniowych dalekiego zasięgu – poinformował prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski.

„Dowództwo wojskowe Rosji stale próbuje wyolbrzymiać osiągnięcia rosyjskich wojsk na froncie”

.„Mamy jasne informacje, że Rosja planuje dalsze rozmieszczanie naziemnych stacji sterowania bezzałogowcami dalekiego zasięgu zarówno na okupowanym przez Rosję terytorium Ukrainy, jak i – czterech stacji – na terytorium Białorusi. Będziemy odpowiednio reagować” – napisał Wołodymyr Zełenski w komunikatorze Telegram.

Prezydent zlecił szefowi wywiadu zagranicznego Ołehowi Iwaszczence przekazanie krajom partnerskim i przedstawicielom mediów tych danych, które Ukraina może upublicznić.

Wołodymyr Zełenski wyraził przekonanie, że dowództwo wojskowe Rosji stale próbuje wyolbrzymiać osiągnięcia rosyjskich wojsk na froncie, a następnie wykorzystywać te zawyżone dane w procesie negocjacyjnym, toczonym z udziałem Stanów Zjednoczonych.

Stacje kontroli dronów mogą zmienić bilans sił

.Szef państwa ukraińskiego podpisał w lutym dekret, wprowadzający w życie decyzję Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony, o nałożeniu sankcji na przywódcę Białorusi Alaksandra Łukaszenkę.

Prezydent przypomniał, że w drugiej połowie 2025 r. Rosja rozmieściła na terytorium Białorusi system przekaźników do sterowania dronami uderzeniowymi, co zwiększyło możliwości rosyjskiej armii w zakresie ataków na północne obwody Ukrainy – od kijowskiego po wołyński.

Według Wołodymyra Zełenskiego Łukaszenka nie tylko udostępnił Rosji terytorium Białorusi dla systemu rakietowego średniego zasięgu Oriesznik, ale również białoruskie przedsiębiorstwa dostarczały Rosji kluczowe komponenty do tej broni.

Amerykańska beztroska zwiększyła ryzyko wojny na Ukrainie

.Nieudolna dyplomacja administracji George’a W. Busha na szczycie NATO w 2008 roku stworzyła idealne warunki dla katastrofy – pisze Edward LUCAS

Każdy, kto kiedykolwiek zaglądał do typowej amerykańskiej restauracji, wie, że apetyt Amerykanów jest na ogół większy niż pojemność ich żołądków. Dlatego, choć porcje są tam ogromne, sporo jedzenia ląduje w koszu lub w pojemnikach do zabrania na wynos.

Tak samo jest w przypadku amerykańskiej polityki zagranicznej. Po przejrzeniu menu zamawia się talerz pełen efektownych dań: trwałą geopolityczną zmianę z przystawką w postaci praw człowieka. Tyle że wiele z tego zostaje nietknięte. Tak było w Afganistanie, tak było w Iraku i, niestety, tak może być również w Iranie.

Podobny schemat rządzi europejskim bezpieczeństwem. Amerykańscy decydenci przez lata pragnęli coraz większego sojuszu pod przewodnictwem USA, ale nie byli skłonni do podjęcia działań niezbędnych do osiągnięcia tego celu, a mianowicie obrony tych, którzy chcieli do takiego sojuszu przystąpić. Dziś płacą za to Ukraińcy. Wkrótce zapłacą też inni mieszkańcy Europy.

W 2008 roku podczas szczytu w Bukareszcie administracja Busha z beztroską lansowała członkostwo Ukrainy i Gruzji w NATO. Był to projekt z gatunku tych, które wymagają ciężkiej pracy i politycznej determinacji. Większość dużych, bogatych państw europejskich – przede wszystkim Francja i Niemcy – była tym planom przeciwna, ponieważ mogły one rozdrażnić Rosję. Lecz te obawy nie powinny były przeważyć szali. To od Ukrainy zależy, czy chce zostać członkiem sojuszu, a od NATO – czy chce mieć Ukrainę w swoich szeregach. Rosja nie powinna mieć w tej kwestii prawa weta, rzeczywistego czy dorozumianego.

Należało wykazać się raczej podejściem praktycznym, łączącym ostrożność z determinacją, tak jak we wcześniejszych przypadkach poszerzania sojuszu. Stany Zjednoczone powinny były zakomunikować Rosji, że chętnie podejmą rozmowy na temat kontroli zbrojeń, broni atomowej oraz innych kwestii związanych ze stabilnością i bezpieczeństwem, jednocześnie dając jasno do zrozumienia, że są większe i bogatsze i tak czy inaczej dopną swego. Europejczykom zaś powinny były zawczasu powiedzieć: „Jesteśmy waszym hegemonem bezpieczeństwa. To ważne w dłuższej perspektywie, dlatego nie opóźniajcie tej sprawy i nie wdawajcie się w sprzeczki”.

Tymczasem rząd Busha stracił zainteresowanie tematem. W ostatniej chwili wywrócono na lewą stronę zasadę polityki zagranicznej Theodore’a Roosevelta: krzyczano głośno, ale bez wizji istotnych konsekwencji. Źle przygotowane i działające bez przekonania Stany Zjednoczone nie potrafiły pociągnąć za sobą kluczowych europejskich sojuszników. Ukraina musiała zadowolić się obietnicą przyszłego członkostwa (co podziałało na Rosję jak płachta na byka), za którą nie stał jednak żaden konkretny plan (co dało Rosji zielone światło do podjęcia „działań zapobiegawczych”).

Zachód zlekceważył wówczas liczne, złowieszcze sygnały płynące z Rosji i brnął dalej w śmiertelną mieszankę ambicji i niezdecydowania. W 2014 roku, podczas rewolucji na Majdanie, nasi przywódcy dodawali otuchy Ukraińcom opowiadającym się za prozachodnim kursem. Symboliczne wsparcie przychodzi nam nader łatwo. Tak samo jak uparte ignorowanie trudności w nadziei, że same znikną.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/edward-lucas-amerykanska-beztroska-zwiekszyla-ryzyko-wojny-na-ukrainie/

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 23 marca 2026