Prof. Jacek KORONACKI: Czy Zachód upadł? Wspomnienie o świecie, którego już nie ma

Czy Zachód upadł? Wspomnienie o świecie, którego już nie ma

Photo of Prof. Jacek KORONACKI

Prof. Jacek KORONACKI

Profesor nauk technicznych, doktor habilitowany nauk matematycznych, były długoletni dyrektor Instytutu Podstaw Informatyki PAN. W ostatnich latach zajmował się analizą molekularnych danych biologicznych.

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Przez ponad tysiąc lat Zachód był nie tylko pojęciem geograficznym, lecz przede wszystkim wspólnotą cywilizacyjną opartą na chrześcijaństwie, filozofii klasycznej i prawie rzymskim. Dziś coraz częściej pojawia się pytanie, czy ten świat jeszcze istnieje. Kryzys demokracji liberalnej, zmiana globalnego układu sił, słabnąca pozycja Europy oraz przemiany kulturowe każą na nowo postawić pytanie o przyszłość cywilizacji zachodniej i miejsce, jakie zajmie ona w XXI wieku.


Jak upadł dawny Zachód

Ostatnio coraz częściej można czytać i słuchać znawców tematu, mierzących się z pytaniem, jak scharakteryzować oblicze dzisiejszego Zachodu. Najczęściej brakuje mi w tych wypowiedziach jasnego stwierdzenia, iż Zachodu kultury łacińskiej już na tym świecie nie ma. Co zatem jest? W niniejszym tekście chcę spróbować odpowiedzieć na to pytanie. Po części odpowiadam w mojej książce „Między obłędem a trwaniem” (wyd. von borowiecky, 2026), w publikacjach głównie na stronach portalu „Wszystko Co Najważniejsze”. Konkluzję, do której dochodziłem, ważę się wyrazić ostrzej i jaśniej, niż to czyniłem wcześniej.

Pomijam drogę, którą Zachód zmierzał od Christianitas przez państwa – narody oraz sekularyzację kultury do proponowanego nam obecnie obłędu, o którym słowo za chwilę. O tej drodze pisałem w rozdziałach 3, 7 i 8 wspomnianej książki, gdzie rozwijałem wcześniejsze zapiski publikowane w latach 2020 i 2021 na stronach portalu „Teologia Polityczna” i właśnie we „Wszystko Co Najważniejsze”.

Tu wspomnę tylko, iż chrześcijaństwo uznawało konieczność panowania w społeczeństwie ładu politycznego, ale na ile człowiek to potrafi pojąć i wcielić w życie, pochodzącego od Boga. Pytaniem było, jak ma się mieć do siebie władza polityczna – państwo i jego prawo – oraz Kościół jako władza duchowa oraz instytucja moralnej edukacji człowieka. Pytaniem fundamentalnym było, jak się mają do siebie państwo doczesne (civitas terrena) i państwo Boże (civitas Dei).

I wspomnę też, że precyzyjnej odpowiedzi na to pytanie udzielił już papież Gelazy I (pontyfikat w latach 492 – 496) sformułowawszy teorię „dwóch mieczy” o właściwie pojętym współdziałaniu dwóch władz – kościelnej i monarszej (państwowej) – z których każda od Boga pochodzi, ale które mają różne kompetencje. Państwo jest suwerenne i autonomiczne w zakresie utrzymania ładu naturalnego i publicznego, stoi na straży bezpieczeństwa państwa i jego pomyślności, ale to Kościół jest władzą suwerenną i jedyną w świecie wiary, głoszenia i obrony Bożej Prawdy, wydawania orzeczeń o prawie naturalnym. Władza pochodziła od Boga, akt namaszczenia króla czynił go posłańcem bożym w służbie poddanym i wierności prawu Bożemu nauczanemu przez Kościół. Władca mógł stanowić prawo pozytywne, ale zgodne z wpisanym w ludzkość prawem naturalnym i tym samym służące dobru ogółu.

Od Christianitas do sekularyzacji

Taki był fundament ładu zachodniej cywilizacji chrześcijańskiej – zachodniej Christianitas. Potem przyszła rewolucja reformacji, odrodzenie, zaczął się proces sekularyzacji kultury i – jak pisał historyk amerykański Christopher Dawson – była to kolejna rewolucja, być może jeszcze ważniejsza niż rewolucja reformacji. Jej bieg był powolny, stopniowy, ale dogłębny i trwał do końca XVIII wieku. Potem, od rewolucji francuskiej, która była jednym ze skutków tej wcześniejszej półtorawiecznej rewolucji, Europa osuwała się już tylko niżej i niżej po wcześniej zbudowanej równi pochyłej.

Oświeceniowe proklamowanie autonomii rozumu zniszczyło integralność osoby ludzkiej, ponieważ został jej odebrany transcendentny cel istnienia. Ład nie mógł być przywrócony, chyba że funkcję jego odnowiciela przejmował ekspert występujący w roli prawodawcy. Tym „ekspertem” mogła być panująca opinia pseudoelity opiniotwórczej, dziś piejącej peany na cześć demokracji liberalnej.

Zarówno ten „ekspert”, jak i rządy państw zachodnich są zakładnikami – bez względu na to, że ów „ekspert” tego nie rozumie – oligarchii finansowej, chcącej panować nad światem. Ale o tym można przeczytać w rozdziale 8 książki.

Demokracja liberalna bez fundamentów

Zachód jako podmiot społeczno–polityczny oparty na ideologii demokracji liberalnej jest widmem. Alain Besançon wykazywał kiedyś, że fundamentem Rosji miała być filozoficzna negacja Zachodu, ale czysta negacja nie może być uzasadnieniem — jak powie filozof, racją — żadnego rzeczywistego bytu (podobnie rzecz się ma ze złem, które jest brakiem dobra). Także demokracja liberalna nie ma żadnego fundamentu, który by ją pozytywnie określał i nie może przeto dać żadnej legitymacji organizacji społecznej (państwu, prawu).

Powyższe stwierdzenie, które po raz pierwszy zawarłem w druku dziesięć lat temu, wydaje się niektórym zbyt ostre. A przecież ów brak fundamentu jest tym, z czego liberałowie są dumni i przeto nic dziwnego, że dziś — by użyć porównania Ryszarda Legutki — możemy wymarzony świat liberałów uznać za podobny do domu towarowego, w którym dostępne są wszelkie towary i każdy może sobie wybrać jemu odpowiadający, nie zwracając uwagi na zdanie jakiegoś autorytetu, o przywołaniu racji głębszych nawet nie wspominając. Liberalizm chciał być filozofią, ale przyjąwszy fałszywą wizję człowieka stał się programem — dziś się mówi projektem — ucieczki od namysłu nad istotą człowieczeństwa oraz od tego, co dotąd dla człowieka kultury łacińskiej było najważniejsze. Ograniczył się do ucieczki, której celu nie potrafił podać.

Ideologia przeciw naturze

Św. Ireneusz z Lyonu tak pisał ponad 1800 lat temu: Jeśli oddasz się refleksji przeciwnej twojej naturze, staniesz się głupcem, a jeśli będziesz trwał na tej drodze, popadniesz w prawdziwy obłęd („Przeciwko herezjom”, Ks. 2, Rozdz. XX). I oto dzisiaj koryfeusze postępu wydają wojnę naturze – biologii i prawu naturalnemu – i ogłaszają, że naturę wybieramy sobie sami, jako jednostki i jako społeczeństwo. Głoszą też, iż najlepiej przestać myśleć o tym, co prawdziwie ludzkie oraz proponują ulokować naszą nadzieję w postępie technicznym (dziś mówi się niepoprawnie technologicznym), ponieważ to on pozwala nam coraz bardziej odseparowywać się od przyrody. A są to tylko niektóre odmiany proponowanego nam obłędu.

Jeżeli wypowiedzi rzeczonych koryfeuszy odwołują się do takich pojęć jak dobro czy godność człowieka, to dlatego, że pasożytują na języku kultury łacińskiej, ale używają tych terminów pozbawiwszy je właściwego znaczenia, jako zaklęć bez treści (staremu człowiekowi na myśl wraca Victora Klemperera „Lingua Tertii Imperii”). I czyż dzisiejsze teksty oraz wypowiedzi rzeczników „wolnego wyboru”, „różnorodności”, promocji LGBT i transpłciowości, wśród profesury i w mediach, nie są wyłącznie taką pełną zaklęć nowomową?

Świat po końcu globalizacji

Budowane tymczasem przez oligarchię finansową cyberkapitalistyczne imperium chciwości miało ogarnąć cały świat. W epoce najnowszej to USA miały być jego centrum, nieco wcześniej – i to dlatego USA weszły do I oraz II wojny światowej – Ameryce zależało na tym „tylko”, by zachować równowagę sił i nad Europą nie zapanowało jedno mocarstwo (szeroko wyjaśniał to realista polityczny John Mearsheimer, np. w rozdziale 7 książki „The Tragedy of Great Power Politics”). Imperium nie było przeciwne walce „elit” z tradycją, historią, religią i patriotyzmem narodowym ludów Zachodu, ponieważ walka ta sprzyjała tworzeniu „obywatela świata”, wolnego od przywiązania do czegokolwiek, co lokalne, co buduje godziwe życie konkretnych osób, żyjących w konkretnym miejscu i w konkretnym czasie. Ale samo to imperium niesłychanie przyspieszyło rozwój potęgi Chin i w rezultacie jego plan panowania nad światem leży w gruzach.

Zadłużenie Zachodu sprawia, iż może nas czekać coś w rodzaju unieważnienia pieniądza. Demokracja liberalna jest trupem, nad Unią Europejską roztacza się widmo totalitaryzmów. Świat niezachodni nie chce już Pax Americana, w dużej mierze z winy samej Ameryki i pomimo tego, że owa hegemonia amerykańska niosła wzrost dobrobytu oraz pokój w wielu częściach globu. Jakkolwiek tempo rozwoju Chin zwolniło i Państwo Środka boryka się z różnymi problemami, to jednak jego potęga rośnie. Świat zwija się w konwulsjach rodzenia nowego porządku geopolitycznego. Prawie nikt nie chce tego zauważyć, ale nadszedł koniec ery globalizacji oraz zaczęło się przechodzenie w erę nową, czyli erę gospodarek regionalnych.

Wobec złożoności i siły konfliktów na Bliskim Wschodzie – w tym bezsensownej wojny USA z Iranem – i przede wszystkim wobec rosnącej potęgi Chin oraz postawy reszty świata, imperium amerykańskie stanęło przed wyzwaniami, którym nie może sprostać. Imperium amerykańskie względnie słabnie i musi zacząć się zwijać. Jakkolwiek dalece najpotężniejsze, musi przystać na świat w dalszej perspektywie wielobiegunowy i słusznie stara się skonstruować na najbliższe dekady świat jedno- wielo-biegunowy, z USA jako potęgą jeszcze największą, ale z coraz mniejszą przewagą nad resztą świata. Chiny chcą dziś świata dwubiegunowego, z nimi i USA jako dwoma mocarstwami światowymi, rywalizującymi m.in. o Europę (z Rosją u schyłku swej rzekomej potęgi, najpewniej bezowocnie starającą się uniknąć roli wasala Chin).

Europa wobec nowego ładu geopolitycznego

Na marginesie tego świata in statu nascendi, zacofana, tonąca w absurdach biurokracji oraz ideologicznego zaślepienia i przez to beznadziejnie słaba Unia Europejska staje przed ostatnią szansą w miarę udanej reanimacji. Niemcy robią wszystko, co mogą, by rozpocząć proces odbudowy swojego przemysłu, odbudować i rozbudować armię, stać się niekwestionowanym liderem w Europie. Zaczęły, na razie niemrawo, budowę Mitteleuropy, dziś w swego rodzaju porozumieniu z Ukrainą i przeciw Rosji, ale może jutro z odnowieniem współpracy z tąż Rosją. I na pewno w porozumieniu z USA oraz Chinami, a może pod przewodnictwem tych drugich pojutrze. Jeszcze nie dziś, ale niedługo, osłabione i zainteresowane obroną swoich interesów na zachodnim Pacyfiku USA oddadzą kontrolę nad Europą Niemcom, może z jakimś udziałem Francji. Unia Europejska w obecnym kształcie przestanie zapewne istnieć.

Czy Zachód może się odrodzić?

Kościoły protestanckie w Europie są w rozsypce i nie promieniują żadną kulturą. Rewolucja reformacji skończyła się klęską, po prawdzie nieuniknioną.

Katolicyzm się ostanie, to jeszcze nie koniec świata, ale to będzie nowy, „przedzachodni” katolicyzm, nierzadko do niedawna pogańskich, w przeogromnej większości niezachodnich ludów. Zbyt duża część watykańskiej i zachodniej hierarchii kościelnej skapitulowała pod naporem ideologii liberalnej, by Kościół instytucjonalny o takim obliczu mógł trwać. Dobrze to rozumieją biskupi katoliccy spoza Zachodu, zwłaszcza w Afryce wierni ortodoksji i swojej pasterskiej misji.

Można mieć nadzieję, że rdzenne ludy Europy się obudzą i stopniowo wrócą do Kościoła, ”jednego, świętego, powszechnego i apostolskiego”, tak jak to głosiło nicejsko-konstantynopolitańskie wyznanie wiary. Oby taki okazał się ten nowy europejski „Zachód”. Jak to zasygnalizowałem, nie wiemy, kto i w ramach jakiego podziału administracyjnego będzie nim rządzić. Tym bardziej nie wiemy, czy elity władzy będą zdolne przypomnieć sobie – albo przyjąć za swoje – łacińskie korzenie Europy i odbudować ład polityczny godny dawnego Zachodu. Dziś ów Zachód jest tylko wspomnieniem.

Przyszłość Stanów Zjednoczonych

A co z Ameryką? To państwo pogrążone w głębokim kryzysie instytucjonalnym i społecznym, z elitą opiniotwórczą tworzącą albo uległą wobec dyktatu tego obłędu, o którym wspomniałem wcześniej, oraz z klasą polityczną, która przynajmniej od napaści na Irak prowadzi z przerwami wojny najeźdźcze na Bliskim Wschodzie, nie leżące w interesie USA, lecz dyktowane przez lobby izraelskie. Trochę więcej o tym we wspomnianej na początku artykułu mojej książce, najwięcej i najgłębiej w książce prof. Jacka Bartyzela „Kłopot z Ameryką. Demoliberalne imperium w perspektywie tradycji europejskiej”, która ukaże się niebawem nakładem wydawnictwa von borowiecky.

Tu napiszę krótko, iż USA stoją na progu ich przebudowy. Muszą ją zacząć od naprawienia samych fundamentów. Tym to potrzebniejsze, że Ameryka „białych anglosaskich protestantów” (White Anglo-Saxon Protestants, czyli WASP’s) jest już tylko historią. Na swój koniec sami ci „biali anglosascy protestanci” zapracowali. I zbyt duży oraz zbyt społecznie znaczący staje się udział innych grup etnicznych, by nie miało to wpływu na dzień dzisiejszy oraz przyszłość Ameryki.

Wybitny amerykański myśliciel XIX-wieczny, Orestes Brownson, dowodził, iż powodzenie jego ojczyzny wymaga zrozumienia jej aktów założycielskich na sposób tomistyczny. Jego głos nie miał wówczas i nie ma dzisiaj szansy, by zostać wysłuchanym. Ale też głos ten nie umarł. Obecnie podnoszą tę kwestię najmądrzejsi katolicy amerykańscy, np. Patrick Deneen. Mają ci katolicy rację nie tylko dlatego, że arystotelizm chrześcijański jest najmocniejszym fundamentem Zachodu, całego Zachodu, ale również dlatego, że w myśli Kalwina – mimo również różnic teologicznych nie do pogodzenia – można znaleźć niemało z myśli Akwinaty, choć sam Kalwin mógł tego nie wiedzieć i po dziś dzień nie wie tego ogromna większość wyznawców kalwinizmu w jego wielu obecnych w USA odmianach1.

Ale też na wsłuchanie się w głos katolików przyjdzie Amerykanom poczekać, jeśli w ogóle do tego dojdzie. Obecnie ich głos spotyka się z wrogością środowisk nieporównanie mocniejszych, związanych z nacjonalistami chrześcijańskimi, również nawołującymi do rechrystianizacji USA, przecież państwa w swej istocie chrześcijańskiego, choć wyrosłego z ducha protestanckiego, ściślej kalwińskiego i zwłaszcza purytańskiego, a to znaczy – w największym skrócie – pod każdym względem antykatolickiego.

Quo vadis, Zachodzie?

Chrześcijański ruch nacjonalistyczny nabiera w Ameryce znaczenia coraz większego i jest częścią ruchu szerszego, zwanego konserwatyzmem narodowym. Niestety cały ten ruch dba o to, by z historii wyrugować wszystko, co katolickie. I nie dziwota, że w kraju, w którym syjonizm chrześcijański ma długą tradycję, jeszcze niedawno temu mniej więcej co szósty Amerykanin był takim syjonistą i na pewno jest to wiara dzielona przez ważną część klasy politycznej, owi konserwatyści piszą dziś historię na nowo – piszą protestancko-żydowską wersję konserwatyzmu i historii w ogóle, Ameryki oraz całego Zachodu (trochę o tym można znaleźć tutaj: [LINK] ).

Quo vadis, Ameryko, która z wymarzonego miasta na wzgórzu doszłaś do imperium u schyłku i bez sensu? Quo vadis dawny Zachodzie, który dziś jesteś tylko sypiącą się wspólnotą polityczną, również sensu głębszego pozbawioną?

Jacek Koronacki

1. Patrz np. Arvin Vos, „Aquinas, Calvin, and Contemporary Protestant Thought: A Critique of Protestant Views on the Thought of Thomas Aquinas” (1985) oraz Manfred Svensson i David VanDrunen [red.], „Aquinas and the Protestant Thought” (2017).

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 2 sierpnia 2026