
Świat, w którym żyjemy
Siedem cech współczesnego świata przedstawił w corocznym wykładzie dla Ron Paul Institute Nassim Nicholas TALEB, światowej sławy amerykański ekonomista i filozof libańskiego pochodzenia, autor takich bestsellerów, jak „Antykruchość” czy „Czarny łabędź”.
Od łączności do technofeudalizmu
.Pierwsza kwestia dotyczy koncentracji, jednej z cech wyróżniających współczesny świat, często powiązanej z tym, co nazwałem problemem czarnego łabędzia. Gdziekolwiek spojrzymy, zauważymy wzmagany przez internet i łączność trend „zwycięzca bierze wszystko”. Wyobraźcie sobie wyspę, na której żyje wiele gatunków, ale ich gęstość na metr kwadratowy jest wysoka. A teraz porównajcie ją z kontynentem: tam większa przestrzeń oznacza, że gatunków na metr jest mniej, bo z czasem kilka z nich zacznie dominować. Tak samo dzieje się dziś w kulturze i gospodarce. Weźmy choćby książki czy muzykę. Wszyscy czytają te same pozycje i słuchają tych samych zespołów. Na myśl przychodzi tu Harry Potter do spółki z The Beatles. W świecie wydawniczym dominuje garstka autorów. Albo sprzedajesz dwadzieścia milionów egzemplarzy, albo parzysz kawę w Starbucksie (chyba że go bojkotujesz – jak ja). To samo dotyczy śpiewaków operowych. Dawniej mogli utrzymać się z występów w swoim mieście, bo nie istniały nagrania audio ani wideo. Dziś większość dochodów tej branży trafia do kilku gwiazd.
Taka koncentracja sama w sobie nie jest niczym złym – to po prostu element mechanizmu rynkowego, naturalny sposób działania systemu. Kiedyś droga od pokoju w akademiku do światowej dominacji, jak w przypadku Google’a, była krótka. Wyszukiwarki takie jak AltaVista znikały w ciągu kilku dni, ustępując miejsca nowym, powszechnie przyjętym rozwiązaniom. Dziś zastąpienie Google’a jest znacznie trudniejsze, bo jego pozycja została utrwalona – i to już zjawisko niezdrowe. W ten sposób rodzi się coś, co Warufakis nazywa technofeudalizmem.
Zjawisko koncentracji dotyczy także wirusów. COVID-19 opanował świat w ciągu zaledwie tygodnia. Dla porównania – kiedyś dżuma potrzebowała lat, by przedostać się z Konstantynopola do północnej Anglii, a do obu Ameryk nigdy nie dotarła ze względu na ograniczenia komunikacyjne. Współczesna globalna sieć powiązań wzmacnia efekt koncentracji. I nie byłoby w tym nic złego, gdybyśmy nie trzymali się archaicznych, podręcznikowych koncepcji życia gospodarczego, społecznego, kulturowego i biologicznego.
Spójrzmy na to z perspektywy majątku. W Stanach Zjednoczonych po dwudziestu latach przetrwa zaledwie dwadzieścia procent rodzin miliarderów. W Europie jest odwrotnie – tam koncentracja bogactwa z czasem się utrwala. I wszystko wskazuje na to, że świat coraz bardziej zmierza właśnie w stronę skostniałego, europejskiego modelu.
Komentarz 1
Kapitalizm działa nie tylko dlatego, że umożliwia osiągnięcie sukcesu, ale także dlatego, że szybko eliminuje przegranych.
Dynamika procesów historycznych i ich błędne pojmowanie
.Drugi punkt dotyczy naszej trudności ze zrozumieniem dynamiki ważnych procesów, zwłaszcza geopolitycznych. Historycy i statystycy patrzą na dzieje w specyficzny sposób. Ponieważ zajmuję się procesami stochastycznymi, postrzegam historię nie jako statyczny opis z podręcznika, lecz jako proces.
Komentarz 2
Zarówno PKB, jak i tempo jego wzrostu potrafią wprowadzić w błąd przy prognozowaniu zmian. Ale błędy wynikające z ignorowania różnic we wzroście PKB mogą być ogromne przez ich kumulację w czasie. W razie wątpliwości należy przyjąć tempo wzrostu jako status quo.
Kiedy w 2007 roku opublikowałem Czarnego łabędzia – książkę, która niedawno znów trafiła na listy bestsellerów mimo ostrzeżeń, że przez moje tweety o Palestynie będzie można ją kupić za dolara w dyskontach – świat wyglądał inaczej. Udział Stanów Zjednoczonych w światowej gospodarce wynosił ok. 20 proc. (według parytetu siły nabywczej, czyli najbardziej sensownego wskaźnika). Udział Europy wynosił mniej więcej tyle samo, a Chin – ok. 6 proc. Dziś udział USA to mniej więcej 15 proc. i spada, Europy – 14 proc. i spada szybciej, podczas gdy Chiny przekroczyły już 20 proc. Ta zmiana dokonała się w czasie jednego cyklu życia książki.
Niewielkie różnice w tempie wzrostu składanego prowadzą z czasem do ogromnych różnic w rezultatach, jak od lat powtarza Warren Buffett. Nawet jeśli mierzyć PKB w realnych dolarach, efekty są podobne: tempo wzrostu jest takie samo, choć punkty wyjścia są zupełnie inne.
Spójrzmy teraz na wydatki wojskowe. Stany Zjednoczone przeznaczają na nie ok. biliona dolarów rocznie, podczas gdy Chiny wydają na ten sam cel mniej więcej jedną trzecią tej kwoty. Ale warto sprawdzić, co za te pieniądze dostają. Chińskie krzesło kosztuje dolara, amerykańskie – dziesięć razy tyle. Jeśli przełożyć to na produkcję wojskową, nietrudno dostrzec, kto wyrasta na prawdziwe supermocarstwo. Jeśli Chiny jeszcze nim nie są, to staną się nim za dwa tygodnie czy dwa miesiące. I nie ma tu znaczenia, czy ktoś jest „za”, czy „przeciw” Chinom. Tak po prostu wygląda dziś rzeczywistość.
Chiny produkują taniej niemal wszystko, a w dziedzinie zbrojeń – znacznie taniej. Stany Zjednoczone natomiast borykają się z problemem śmietnika za 53 000 dolarów, co jest klasycznym przykładem absurdalnych kosztów w amerykańskiej zbrojeniówce.
Amerykański przemysł zbrojeniowy, jak zauważył pułkownik Macgregor, nie jest konkurencyjny. To jedna z trzech branż, które w Stanach Zjednoczonych kosztują „nieprzyzwoicie dużo”, obok ochrony zdrowia i edukacji. Ta ostatnia potrafi być droższa nawet o dwa rzędy wielkości w porównaniu z Chinami.
Nominalnie Chiny wydają na zbrojenia jedną trzecią tego, co Stany Zjednoczone, lecz różnica w efektywności mówi sama za siebie – tam nie ma jeszcze problemu „śmietnika za 53 000 dolarów”.
Z powodu dziwnego błędu poznawczego ludzie mylą stan gospodarki z jej wzrostem. A to nie to samo. Nie liczy się poziom PKB, lecz jego wzrost. Chiny zwiększyły swój udział w światowym PKB (według parytetu siły nabywczej) z 6 proc. do ponad 20 proc. w ciągu 15 lat. Łatwo więc wyobrazić sobie, jak może wyglądać geopolityka w 2035 roku.
Nasze prognozy często zawodzą, bo opieramy je na prymitywnych analizach przeszłości i pomijamy efekty drugiego rzędu. W przyszłości rozmowy o wojnie mogą więc toczyć się nie w Waszyngtonie, lecz w Pekinie – tam, gdzie zrozumienie tych procesów przychodzi łatwiej niż przepłacanym urzędnikom z USA.
Krzywa s i ekonomiczne nasycenie
.Trzeci punkt dotyczy „krzywej S”, o której pisałem w Antykruchości. W biologii i w ekonomii każdy organizm, każda struktura najpierw rośnie w tempie przyspieszonym, by zwolnić, gdy osiągnie stan nasycenia. Wzrost może trwać dalej, ale staje się coraz słabszy i nie przekracza pewnej granicy logarytmicznej. Kiedy masz już garaż na dwa samochody, to czy potrzebujesz garażu na pięć samochodów? Niektórzy tak, większość nie – motywacja po prostu maleje.
Chiny rozwijają się szybko, bo wielu obywateli tego kraju wciąż nie ma nawet podstawowych dóbr, choćby własnego samochodu. Tymczasem Europa i Stany Zjednoczone osiągnęły już punkt nasycenia, w którym bodźce do dalszego wzrostu są znikome. Coraz więcej ludzi odkrywa też, że poprawa jakości życia – ścieżki rowerowe czy miasta przyjazne pieszym i rowerzystom – wcale nie musi przekładać się na wzrost gospodarczy.
Problem w tym, że to właśnie gospodarki nasycone, takie jak amerykańska i europejska, mają dziś największe zadłużenie. Francuzi mawiają: On ne prête qu’aux riches – „pożycza się tylko bogatym”. Ale gdy jesteś bogaty i zadłużony po uszy, musisz to zadłużenie udźwignąć, co jest znacznie trudniejsze, gdy znajdujesz się na szczycie krzywej S.
Co więcej, niektóre działania rządu, np. w zakresie polityki celnej, mogą dławić wzrost, wymuszając przesunięcie zasobów do obszarów generujących niższe przychody. To tak, jakby kazać neurochirurgowi dwa dni w tygodniu zajmować się ogrodem, żeby nie dać się „oskubać” zawodowym ogrodnikom. Taka zamiana wysokiej wartości dodanej na niską wartość dodaną obniża PKB – z czym, co ciekawe, zgadzają się nawet ortodoksyjni ekonomiści. A dzieje się to właśnie wtedy, gdy wzrost jest nam najbardziej potrzebny.
Tempo wzrostu zawsze maleje, gdy zabraknie biednych. Wzrost przebiega zgodnie z krzywą S, choć z dłuższym, otwartym ogonem po prawej stronie. W naturze każdy proces w końcu spowalnia. Łatwiej jest rosnąć, gdy wydobywa się ludzi z ubóstwa, niż gdy trzeba biednych importować. Problem w tym, że ciężar długu nie pozwala krajom na luksus zwolnienia tempa. Niestety państwa – podobnie jak ludzie – pożyczają najwięcej wtedy, gdy są bogate, a nie gdy naprawdę tego potrzebują. W ten sposób wpadają w spiralę zobowiązań finansowych.
Ten proces dodatkowo pogłębiają rozrośnięte aparaty rządowe i nieodpowiedzialna polityka fiskalna. Wkrótce większość wydatków USA pochłonie obsługa długu. Niestety brakuje nam mechanizmów politycznych, by temu zapobiec. Co gorsza, staliśmy się zależni od zagranicznych inwestorów i własnych emerytów, którzy kupują nasz dług. Działania byłego prezydenta Bidena, jak na przykład zamrażanie aktywów w dolarach, skutecznie zniechęciły do inwestowania w amerykańskie papiery wartościowe. Jeśli twoje aktywa mogą zostać zamrożone, bo kiedyś spotkałeś osobę, która jadła lunch ze szwagrem bankiera powiązanego z Putinem, to po co ryzykować posiadanie dolarów (albo euro, odkąd USA wymusiły na Europie pójście tą samą drogą)? Banki centralne przechodzą na złoto, którego popularność znacznie wzrosła, ponieważ kraje BRICS odchodzą od rezerw dolarowych.
Imigracja
.Nie ma społeczeństwa, które przyjmowałoby imigrantów z powodów innych niż gospodarcze. Wraz z bogaceniem się Zachodu ubywa ludzi, którzy chcieliby sprzątać łazienki, naprawiać dachy, zajmować się dziećmi i kosić trawniki. Nie sposób oczekiwać, by dentysta dwa dni w tygodniu pielił chwasty dla „równowagi”. Młodzi z klasy średniej też raczej nie marzą o karierze dozorcy. Dlatego biednych – choć niechętnie – trzeba sprowadzać z zewnątrz.
Komentarz 3
Imigracja w niewielkich dawkach jest społecznie nieszkodliwa; w dużych – narusza u miejscowych poczucie ciągłości historycznej, na którym opiera się ich wizja „państwa-muzeum”, i zaczyna przypominać inwazję, nawet jeśli nią nie jest.
Stany Zjednoczone i Europa stały się strukturalnie uzależnione od taniej pracy imigrantów. Zbudowano zbyt duże domy z rozległymi trawnikami wymagającymi nieustannej pielęgnacji i całych zastępów pracowników. Gwałtowne ograniczenie napływu siły roboczej wywołałoby hiperinflację z powodu nieliniowych skutków takiego zatoru. Wystarczy przypomnieć rok 2022.
Każda zachodnia partia, która doszła do władzy dzięki hasłom antyimigracyjnym, kończyła kadencję z większą liczbą imigrantów niż przed objęciem rządów. Najnowszy przykład to Fratelli d’Italia Giorgii Meloni.
W tym kontekście ostatnie działania na rzecz deportacji zdają się jedynie symbolicznymi gestami obliczonymi na wygranie wyborów. Niektóre z nich są wręcz okrutne i wynikają wyłącznie z potrzeby upokorzenia imigrantów.
Czy Zachód może w ogóle obejść się bez imigrantów? Nie, jeśli nie chce osłabić własnego udziału w globalnym PKB, a na taki scenariusz nie stać gospodarek już obciążonych narastającymi deficytami. W teorii byłoby to rozwiązanie racjonalne, w praktyce jednak prawie nikt nie jest gotów zapłacić takiej ceny.
Nie mam nic przeciwko zamkniętym, ksenofobicznym państwom etnicznym jako takim, o ile nie napadają na innych i zajmują się własnymi sprawami. Współczesne warunki sprawiają jednak, że nie da się pogodzić takiego modelu z długiem publicznym, który wymaga nieustannego wzrostu gospodarczego.
Znajdujemy się więc w osobliwej sytuacji: ci sami ludzie, którzy głosują przeciw imigracji, sprowadzają imigrantów, by zaspokoić własne potrzeby. To swoista tragedia wspólnego dobra.
Komentarz 4
Postrzegana liczba imigrantów jest zazwyczaj znacznie wyższa od rzeczywistej, prawdopodobnie ze względu na wyraźne różnice i widoczność nowo przybyłych, wynikającą z ich koncentracji w gęsto zaludnionych obszarach centralnych (błąd widoczności).
Odsetek muzułmanów w Europie nie przekracza jednej dwudziestej populacji, a w większości krajów waha się między jedną dziesiątą a jedną setną. Mimo tego w percepcji ogółu liczby te bywają zawyżone niemal dziesięciokrotnie.
Panuje złudzenie, że z imigracji korzystają wyłącznie imigranci. Tymczasem większość osób podzielających ten pogląd w rzeczywistości sama opiera swoje „lepsze życie” na ich pracy, chyba że ich pojęcie „lepszego życia” nie ma nic wspólnego z dobrami materialnymi.
Kilka słów o imigracji wykwalifikowanych pracowników
.Między Europą a Stanami Zjednoczonymi istnieje wyraźna różnica, jeśli chodzi o tzw. odwrotny drenaż mózgów, czyli napływ wysoko wykwalifikowanych imigrantów. To właśnie ten aspekt tłumaczy różnice w tempie wzrostu między tymi dwoma obszarami. Stany Zjednoczone oferują hojniejsze (choć mniej egalitarne) wynagrodzenia akademickie i mają mniej ograniczeń emerytalnych, dlatego od lat przyciągają najbardziej ambitnych i produktywnych naukowców z Europy.
W Tandon School of Engineering na Uniwersytecie Nowojorskim, gdzie spędziłem ponad piętnaście lat, niemal cały zespół wykładowców i doktorantów składał się z cudzoziemców.
Komentarz 5
Odwrócenie kierunku drenażu mózgów (poprzez ograniczenia wizowe) może w istocie pomóc państwom borykającym się z odpływem wykwalifikowanych pracowników, ponieważ ci będą częściej zostawać w kraju.
Wyzwalający efekt mediów społecznościowych
.Kolejne zagadnienie jest bardziej optymistyczne. Media społecznościowe całkowicie odmieniły obieg informacji. Dawniej ludzie wymieniali się wiadomościami w zakładzie fryzjerskim czy na targu rybnym, a zatem byli jednocześnie nadawcami i odbiorcami. Wielkie media ten model zburzyły, zamieniając nas w biernych konsumentów państwowych pogadanek telewizyjnych i ugrzecznionej prasy. Dziś platformy takie jak TikTok czy X przywracają naturalny porządek, pozwalając zarówno przekazywać, jak i odbierać informacje.
Nie jest łatwo kontrolować media społecznościowe, nawet stosując cenzurę, a sztuczna inteligencja sprawia, że jeszcze trudniej nimi manipulować bez uzyskania sprzecznych, chaotycznych efektów. Przykładowo – gdyby czystka etniczna w Gazie wydarzyła się w 1995 roku, w erze tradycyjnych mediów, dałoby się ją ukryć przed opinią publiczną. Jednak współczesne media społecznościowe natychmiast ją ujawniły. Dziś media tradycyjne liczą się już tylko dla polityków i ludzi oderwanych od rzeczywistości – nikt poniżej trzydziestki nie zawraca sobie głowy wiadomościami w ABC News.
I dobrze. Ktoś ostatnio wspominał mi o „cyklu medialnym” w Waszyngtonie. Odparłem, że jedyni ludzie, których to jeszcze obchodzi, to staruszkowie albo politycy. Sam jestem tu dzięki Facebookowi oraz platformie X (dawnemu Twitterowi), nie dzięki tradycyjnym mediom. Przy publikacji ostatnich książek odmówiłem nawet medialnego tournée.
Komentarz 6
Jednym ze skutków osłabienia wpływu tradycyjnych, scentralizowanych mediów na zachodnich odbiorców jest odebranie izraelskiej propagandzie możliwości ukazywania czystek etnicznych i apartheidu jako obrony „wartości Zachodu” przed islamskim fundamentalizmem.
Rozrost administracji publicznej
.Szósty punkt mojego wystąpienia dotyczy rozrostu aparatów państwowych. Jest to zjawisko, które uniemożliwia dokonywanie sensownych porównań między epokami. W książkach historycznych czytamy o królach takich jak Ludwik XIV i centralizatorach pokroju Colberta. Tymczasem dzisiejsze aparaty władzy są znacznie większe i mocniej ingerują w życie obywateli.
W Europie państwo odpowiada obecnie za 40–50 proc. PKB (we Francji odsetek ten jest wyższy, jeśli doliczyć edukację). W Stanach Zjednoczonych udział ten również jest większy, niż podają oficjalne raporty, należy bowiem uwzględnić samorządy i ostatnie interwencje. Sto lat temu udział państwa w PKB nie przekraczał 15 proc., a często wynosił mniej niż 5 proc.
Komentarz 7
Wielkość aparatu państwowego zależy od epoki, co uniemożliwia porównania obejmujące różne okresy. Co więcej, dzięki technologii dzisiejsze rządy mogą ingerować w życie obywateli w stopniu wcześniej nieosiągalnym.
Nawet w gospodarkach kierujących się zasadami Adama Smitha aparat państwowy znacząco się rozrósł. W 1500 roku nawet dyktator nie mógł kontrolować zbyt wielu obszarów, ponieważ rząd stanowił niewielką część gospodarki. Dzisiejsze administracje mają nieporównanie większy zasięg – i wygląda na to, że ten proces jest nie do zatrzymania. Współczesny konserwatysta marzący o „ograniczonym rządzie” pragnie dziś mniej więcej tego, o czym centralista śnił zaledwie kilka dekad temu.
Skala ma znaczenie
.Ostatni punkt, który chciałbym poruszyć, to kwestia skali i jej kluczowego znaczenia dla sposobu rządzenia. Moi przyjaciele sformułowali następujący aforyzm: „Na poziomie państwa jestem libertarianinem, na poziomie stanu – republikaninem, w samorządzie – demokratą, a w rodzinie – komunistą”.
Sedno tkwi w tym, że rządzenie zależy od skali. Kluby sportowe mają swoje zasady i organy egzekwujące ich przestrzeganie – czyli własny „rząd” – a jednak nikt nie nazywa ich dyktaturami.
W historii najlepiej sprawdzały się modele małych miast-państw, takich jak Wenecja, Dubaj czy Singapur. Mniejsza skala sprzyja skuteczniejszemu zarządzaniu. Gdy gospodarka – jak w Stanach Zjednoczonych – rośnie i staje się coraz bardziej złożona, zarządzanie również staje się trudniejsze. Współczesny świat wymaga większej decentralizacji władzy, lecz nasze systemy utknęły w przeszłości.
Wykład wygłoszony podczas dorocznego spotkania Ron Paul Institute w 2025 roku. Tekst ukazał się w nr 67 miesięcznika opinii „Wszystko co Najważniejsze” [PRENUMERATA: Sklep Idei LINK >>>]. Miesięcznik dostępny także w ebooku „Wszystko co Najważniejsze” [e-booki Wszystko co Najważniejsze w Legimi.pl LINK >>>].





