James Bradford DELONG: Czy nadal zmierzamy w kierunku utopii?

James Bradford DELONG: Czy nadal zmierzamy w kierunku utopii?

Photo of Prof. James Bradford DELONG

Prof. James Bradford DELONG

Historyk gospodarki. Profesor ekonomii na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Pełnił funkcję zastępcy asystenta sekretarza Departamentu Skarbu USA w administracji Clintona.

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Globalna Północ miała szczęście, że po II wojnie światowej odnalazła ścieżkę, którą uznała za drogę do utopii – James Bradford DELONG

.Wiele osób, w tym przede wszystkim brytyjski historyk komunistyczny Eric Hobsbawm, uważa przewrót bolszewicki Lenina i późniejsze wprowadzenie realnego socjalizmu przez Stalina za oś, wokół której obraca się historia XX wieku. Zgodnie z tą interpretacją główny wątek dwudziestowiecznej historii obejmuje lata 1917–1990 i opowiada o trójstronnej walce między liberalnym, quasi-demokratycznym kapitalizmem, faszyzmem oraz realnym socjalizmem. Możliwe, że jest to epicka opowieść o zwycięstwie dobra nad złem. Ale dla Hobsbawma jest to historia tragiczna, ponieważ jego zdaniem realny socjalizm był ostatnią deską ratunku ludzkości. I choć socjalizm został okaleczony przez okoliczności swoich narodzin, stał się na tyle silny, by uratować świat przed faszyzmem. Ostatecznie jednak uległ rozpadowi, zamykając jedyną prawdziwą drogę do socjalistycznej utopii. Krótko mówiąc, wygrało zło, chociaż nie najgorsze.

Nie zgadzam się z tym poglądem. W pewnym sensie jestem większym optymistą. Uważam, że rozwój technologii i organizacji oraz opracowanie lepszych sposobów zarządzania nowoczesnymi gospodarkami są ważniejsze niż starcia frakcji na Kremlu po 1917 roku. Ale walka o ludzką wolność i dobrobyt nie została zdecydowanie i trwale wygrana, z czego prawie wszyscy doskonale zdają sobie dziś sprawę.

Z tego powodu postrzegam historię długiego wieku XX jako historię czterech aspektów – wzrostu napędzanego technologią, globalizacji, wyjątkowej Ameryki oraz wiary w to, że ludzkość może powoli podążać w kierunku utopii dzięki rządom rozwiązującym problemy polityczno-ekonomiczne. Aczkolwiek nawet ten powolny marsz miał odbywać się w nierównym i niesprawiedliwym tempie zależnym od koloru skóry i płci. Jednak dwa razy w ciągu tego długiego stulecia, w latach 1870–1914 i 1945–1975, zbliżyło się gwałtownie coś, co każde poprzednie pokolenie nazwałoby prawie-utopią. Ale te trwające dziesiątki lat epizody ekonomicznego eldorado nie przetrwały. Jednostki, idee i możliwości dostarczają możliwych odpowiedzi na pytanie dlaczego.

Przed rokiem 1870 tylko skrajni optymiści żywili przekonanie, że ludzkość ma szansę wkroczyć na drogę prowadzącą do utopii. Przy czym nawet dla optymistów droga ta jawiła się jako wyboista oraz wymagająca ogromnych przekształceń ludzkiego społeczeństwa i ludzkiej psychiki.

Jednym z takich utopistów był Karol Marks. On i jego bliski współpracownik Fryderyk Engels stwierdzili w 1848 roku, że ludzkość znajduje się w środku tzw. epoki burżuazji – okresu, w którym własność prywatna i wymiana rynkowa służyły jako podstawowe zasady organizujące społeczeństwo, tworząc potężne bodźce dla badań naukowych i rozwoju inżynierii oraz pobudzając inwestycje biznesowe w cuda technologii wdrażane w celu zwiększenia ludzkiej produktywności do poziomu wykraczającego poza wszelkie wcześniejsze wyobrażenia. Marks i Engels postrzegali wzajemnie powiązane zjawiska definiujące tę burżuazyjną epokę jako odkupienie i szatańską zgubę. Zjawiska te stanowiły odkupienie w takim stopniu, w jakim umożliwiały stworzenie zamożnego społeczeństwa, w którym ludzie mogliby współpracować i dzięki temu robić to, co pozwalałoby im żyć pełnią życia. Ale jednocześnie szatańskie działanie tych zjawisk utrzymywało przytłaczającą większość ludzi w ubóstwie, a wręcz ubóstwo to powiększało, by w końcu wpędzić społeczeństwo w niewolnictwo bardziej gorzkie niż wcześniej. Marks był zdania, że droga do utopii wymagała od ludzkości zejścia w przemysłowe piekło, ponieważ tylko to mogło wywołać zstąpienie z nieba Nowego Jeruzalem w formie rewolucji komunistycznej i całkowitego obalenia istniejącego porządku społecznego. Ale przekonanie, że ta droga istnieje i że ludzkość na pewno nią pójdzie, wymagało niezachwianej pewności, że to, na co mamy nadzieję, naprawdę może się ziścić, i że to, co niewidoczne, faktycznie istnieje.

Inny względny optymista, John Stuart Mill, przewidywał mniej spektakularną utopię, która wymagałaby mniejszego przewrotu. Mill był gorącym zwolennikiem wolności, inicjatywy jednostki, nauki oraz technologii, ale jednocześnie obawiał się pułapki maltuzjańskiej. Uważał, że wynalazki naukowe i rozwój technologii przyniosłyby fortunę bogaczom i zwiększyłyby ilość wygód dostępnych dla klasy średniej, ale ogromna większość ludzkości pozostałaby klasą robotniczą i nadal żyłaby w znoju i niewoli. Mill widział tylko jedno wyjście: rządowy nadzór nad ludzką płodnością w postaci obowiązkowej kontroli urodzeń. Wówczas wszystko potoczyłoby się tak jak należy.

Jednak dość dziwny optymizm Marksa i Milla sprawił, że w swoich czasach byli oni w pewnym sensie outsiderami, choć wcale nie dlatego, że ich optymizm był dziwny, ale dlatego, że w ogóle byli optymistami. W 1870 roku istniały poważne podstawy, by wątpić, że równość społeczna, wolność jednostki, demokracja polityczna i ogólny (a co dopiero obfity) dobrobyt mogą cechować przyszłość ludzkości. Stany Zjednoczone ledwie przetrwały krwawą wojnę domową, w której zginęło 750 000 ludzi, czyli jedna dwunasta dorosłej populacji białych mężczyzn. Typowy standard życia nadal oznaczał poważne ubóstwo. Większość społeczeństw stanowili ludzie prości, jak na nasze standardy, a przy tym często głodni i niepiśmienni.

Czy Marks i Mill widzieli tendencje swoich czasów wyraźniej niż inni? A może mieli po prostu szczęście, że dostrzegli cząstkę ogromu nadchodzącego bogactwa materialnego i możliwości, jakie bogactwo to może dać ludzkości? Przed 1870 rokiem ludzkość próbowała forsować barykadę. A w 1870 roku kilka istotnych zmian pozwoliło wreszcie przez nią przejść. Pojawienie się przemysłowych laboratoriów badawczych, nowoczesnych korporacji i globalizacji stworzyło, po raz pierwszy w historii, możliwość rozwiązania problemu niedostatku materialnego. Co więcej, na szczęście dla ludzkości, w tamtym momencie gospodarka rynkowa miała już niemal charakter globalny. Jak zauważył genialny Friedrich von Hayek, gospodarka rynkowa gromadzi – motywuje i koordynuje – rozwiązania problemów, które stawia. Po 1870 roku gospodarka ta była w stanie ludziom posiadającym zasoby cennej własności zapewnić obfitość artykułów pierwszej potrzeby, a także wygody i luksusy, których pragnęli i które uważali za ważne.

W ten sposób ścieżka do utopii i ogólnoludzkiej obfitości materialnej stała się widoczna oraz możliwa do przejścia czy wręcz przebiegnięcia. I wszystko inne powinno było z tego wyniknąć. Wiele faktycznie wynikło. Do 1914 roku dominujący pesymizm z roku 1870 stał się staromodny, jeśli nie całkowicie nieuzasadniony. Lata, które upłynęły od tego czasu, były dla świata naprawdę niezwykłym epizodem w zakresie ekonomicznego postępu ludzkości. Istniały też wszelkie powody, by sądzić, że tak będzie dalej. Wydawało się, że ludzie mogą oczekiwać prawdziwej utopii obfitości, przyszłości, w której w światowych przemysłowych laboratoriach badawczych będą dokonywane kolejne odkrycia naukowe, a następnie dzięki globalnej gospodarce rozpowszechniane przez nowoczesne korporacje.

Tymczasem wybuchła I wojna światowa. Po niej zaś stało się jasne, że to, co optymiści uważali za anormalne i skandaliczne, było regułą i że nadchodzą poważne problemy. Ludzie nie byli zadowoleni z tego, co oferowała im gospodarka rynkowa. Rządy okazały się niezdolne do zarządzania gospodarkami tak, by utrzymać ich stabilność i zapewnić coroczny wzrost. Czasami społeczności demokratyczne odrzucały swój ustrój na rzecz autorytarnych demagogów. Innym razem bogaci i najlepsi wojskowi świata próbowali zapewnić sobie dominację. Technologia i organizacja umożliwiły istnienie tyranii na niespotykaną dotąd skalę, a nierówności ekonomiczne – zarówno między krajami, jak i wewnątrz nich – narastały. Demograficzne zmiany w kierunku zmniejszonej płodności i niskiego przyrostu naturalnego zachodziły szybko, ale nie na tyle szybko, by zapobiec ogromnemu zwiększeniu liczby ludności w XX wieku, skutkującemu dodatkowymi obciążeniami oraz przekształceniami porządku społecznego.

W trakcie tego procesu globalne Południe pozostawało coraz bardziej w tyle – rozwijało się, ale nie nadążało za Północą, ponieważ z dekady na dekadę miało coraz mniejszą produkcję, a więc relatywnie mniej inżynierów i naukowców, na których mogłoby budować zasoby wiedzy produkcyjnej swojej gospodarki. Poza dwoma kręgami – grupą odbiorców pomocy w ramach planu Marshalla oraz tymi, którzy trzymali się azjatyckich obręczy Pacyfiku – globalne Południe nie zaczęło nawet poprawiać swojej sytuacji, co wyrażałoby się poprzez rozwój w tempie szybszym niż na globalnej Północy. Byłby to pierwszy krok ku dogonieniu regionów lepiej rozwiniętych. Tymczasem aż do ponad dekady po neoliberalnym zwrocie w 1979 roku globalne Południe pozostawało coraz bardziej w tyle. Najgorzej sprawa miała się w przypadku tych, których zniewolił czar Lenina i którzy w latach 1917–1990 podążali drogą realnego socjalizmu.

Globalna Północ miała szczęście, że po II wojnie światowej odnalazła ścieżkę, którą uznała za drogę do utopii. Zawrotne tempo wzrostu gospodarczego w ciągu trzech wspaniałych dekad po wojnie sprawiło, że pod koniec lat 70. ludzie byli oszołomieni sukcesem: oczekiwali więcej i denerwowali się przeszkodami, które z perspektywy czasu wydają się stosunkowo niewielkie. Jednak szybki wzrost nie zadowalał osób o prawicowym usposobieniu, które uważały, że zbyt równomierny podział dobrobytu jest niesprawiedliwy i poniżający. Szybki wzrost nie zadowalał również przedstawicieli podejścia lewicowego, ponieważ rozwiązanie problemów przez rynek, nawet podrasowany i zarządzany przez socjaldemokratów, nie pozwoliło na urzeczywistnienie takiej wersji utopii, jakiej pragnęli. W ten sposób świat skręcił w kierunku neoliberalizmu. Ale neoliberalne recepty polityczne nie spowodowały szybszego podążania w kierunku utopii w żadnym z aspektów.

Od 1870 do 2010 roku minęło 140 lat. Kto w 1870 roku, klepiący typową wówczas biedę, pomyślałby, że w roku 2010 ludzkość będzie w stanie zapewnić każdemu człowiekowi więcej zasobów materialnych, niż można było sobie wtedy wyobrazić? I kto by pomyślał, że ludzkość nie będzie w stanie wykorzystać tych zasobów do zbudowania czegoś na kształt prawdziwej utopii?

Przypomnijmy, że na początku długiego XX wieku Edward Bellamy uważał, że możliwość wyboru dowolnej z czterech „orkiestr” i puszczenia jej przez głośnik doprowadzi nas do „granic ludzkiego szczęścia”. Na początku 1600 roku w Wielkiej Brytanii była tylko jedna osoba, która mogła oglądać w swoim domu przedstawienie teatralne o czarownicach: król Jakub I. I to tylko wtedy, gdy Szekspir i spółka mieli aktualnie w repertuarze Makbeta. W 1836 r. Nathan Mayer Rothschild, najbogatszy człowiek pierwszej połowy XIX wieku, pragnął tylko jednej rzeczy – antybiotyku, który uchroniłby go przed śmiercią na zakażenie ropne w wieku pięćdziesięciu kilku lat. Dziś możemy nie tylko produkować rzeczy, które były produkowane w 1870 roku, ale także robić to przy znacznie mniejszym nakładzie pracy. Możemy również z łatwością produkować wygody (które teraz uważamy za konieczne), dawne luksusy (które teraz uważamy za wygody) oraz rzeczy, których wcześniej nie można było wytworzyć w ogóle, nawet dysponując ogromnymi kwotami. Jednak czy powiedzenie, że jesteśmy ponad dziesięć razy bogatsi niż nasi poprzednicy z 1870 roku, rzeczywiście oddaje tę zmianę w zadowalający sposób?

W 2010 roku stwierdziliśmy, że nie dotarliśmy do końca utopijnego szlaku. Co więcej, nie możemy już dostrzec mety, choć wcześniej byliśmy pewni, że ją widzimy.

Motorem tych wszystkich zmian i wydarzeń – zawsze w tle, a często na pierwszym planie – były przemysłowe laboratoria badawcze, odkrywające i wytwarzające różne rzeczy, wielkie korporacje rozwijające i wdrażające te rzeczy oraz zglobalizowana gospodarka rynkowa koordynująca cały proces. Jednak pod pewnymi względami gospodarka rynkowa była bardziej problemem niż rozwiązaniem. Uznawała jedynie prawa własności, a ludzie chcieli praw Polanyiego – prawa do wspólnoty, która dawałaby im wsparcie, prawa do dochodu, który pozwalałby im nabywać należące się im zasoby, oraz prawo do stabilności gospodarczej, która zapewniałaby im stałą pracę. I pomimo całego postępu gospodarczego osiągniętego w długim XX wieku, jego historia uczy nas, że bogactwo materialne ma ograniczoną przydatność w budowaniu utopii. Jest warunkiem koniecznym, ale dalece niewystarczającym.

.I tu właśnie pojawia się ponownie uwaga Keynesa o tym, że najtrwalszym problemem jest znalezienie odpowiedzi na pytanie, jak „żyć mądrze, przyjemnie i dobrze”. Jego przemowa stanowiła niezwykle istotne wydarzenie, ponieważ doskonale wyraziła kwestię, która okazała się największym wyzwaniem dla ludzkości.

James Bradford Delong

Fragment niewydanej w Polsce książki “Slouching Towards Utopia: An Economic History of the Twentieth Century”, wyd. Basic Books.

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 8 października 2022