Jan ROKITA: Zmiana ordynacji wyborczej. Czemu nie chcą spróbować?

Zmiana ordynacji wyborczej. Czemu nie chcą spróbować?

Photo of Jan ROKITA

Jan ROKITA

Filozof polityki. Absolwent prawa UJ. Działacz opozycji solidarnościowej, poseł na Sejm w latach 1989-2007, były przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej. Wykładowca akademicki. Autor felietonów "Luksus własnego zdania", które ukazują się w każdą sobotę we "Wszystko co Najważniejsze".

Ryc.: Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Włoska nowela ordynacyjna, uchwalona na parę miesięcy przed przyszłorocznymi wyborami, zaintrygowała mnie również pro domo sua. Zastanawiam się bowiem od pewnego czasu nad tym, dlaczego partie polskiej centroprawicy nawet nie próbują zmienić obecnej polskiej ordynacji, choć ta jest dla nich ze wszech miar niekorzystna? – pisze Jan ROKITA

.Premier Giorgia Meloni zaliczyła ostatnio spory sukces, gdyż po długiej i upartej walce przeforsowała w obu izbach włoskiego parlamentu dużą nowelę ordynacji wyborczej. Pomijając inne kwestie, wcale niebłahe dla przyszłorocznych włoskich wyborów, dwie zmiany zaciekawiły mnie w szczególności.

Najpierw ta, dla samego wyniku wyborów zapewne mniej istotna, likwidująca ustrojową regułę zwaną w Italii „Rosatellum” (od nazwiska lewicowego polityka, który swego czasu był promotorem owej reguły), czyli feministyczny system przymusowej segregacji płciowej na szczytach list partyjnych, która dotąd dawała przywilej kobietom ubiegającym się o mandat poselski. Jest jasne, że taka zmiana ma wymiar symbolu we włoskiej polityce, co najmniej z dwóch powodów. Raz – bo jest bodaj pierwszym w unijnej Europie przypadkiem cofnięcia „dżenderowego” modelu wyborczego, a więc zwiastuje trend do przywrócenia równych i uczciwych reguł demokracji, za którym być może pójdą inne kraje.

Dwa – bo ustrojową rozprawę z „dżenderowymi” wyborami przeprowadził akurat pierwszy w dziejach Włoch rząd, na którego czele stoi kobieta. I co tu dużo mówić – kobieta nadzwyczaj politycznie utalentowana. W przeszłości najbliżej takiej nominacji wydawała się być znana komunistka Nilde Iotti, ale z braku większości parlamentarnej musiała zrezygnować z premierowskiej „misji sondażowej” powierzonej jej przez prezydenta.

Likwidacja „Rosatellum” jest oczywiście symbolicznie ważną, ideologiczną porażką włoskiej lewicy, ale inna zmiana włoskiej ordynacji ma zasadnicze polityczne znaczenie. Italia pod rządami Meloni wraca do idei wielkiej premii wyborczej dla partii bądź koalicji partyjnej, która potrafi zyskać w wyborach 42 proc. głosów. Zarówno w Izbie Deputowanych, jak i w Senacie premia ta będzie wynosić aż 17,5 proc. ogółu mandatów (70 w Izbie, a 35 w Senacie), co w praktyce oznacza zapobieżenie sytuacji bezrządu, rządu bez większości albo rządu trzymającego się cudem na kilku posłach, bez których cała konstrukcja rządowa wali się w pył. Przed erą Meloni taki stan rzeczy był swoistą „normalnością” włoskiej polityki, choć była to w istocie patologiczna nienormalność.

Z perspektywy bieżącej włoskiej polityki ów 42-procentowy poziom bariery, od której należeć się ma premia, ma wymiar dość praktyczny, bo taki właśnie maksymalny poziom poparcia osiągają ostatnio łącznie trzy partie rządzącej prawicowej koalicji. Jeśli zatem utrzymają ten wynik w przyszłorocznych wyborach, to pod nową ordynacją Giorgia ma zapewnioną następną kadencję i pełnienie funkcji włoskiego premiera. Rzecz jasna, włoska lewica podnosi teraz lament o „zamachu na demokrację”, ale Meloni odpowiada na to jasno i przekonująco. Mówi: „Ci, którzy wygrywają wybory, muszą mieć możliwość rządzenia, a ci, którzy zostają wybrani, muszą ponosić odpowiedzialność przed wyborcami, którzy ich wybrali”.

.Przyznam, że włoska nowela ordynacyjna, uchwalona na parę miesięcy przed przyszłorocznymi wyborami, zaintrygowała mnie również pro domo sua. Zastanawiam się bowiem od pewnego czasu nad tym, dlaczego partie polskiej centroprawicy nawet nie próbują zmienić obecnej polskiej ordynacji, choć ta jest dla nich ze wszech miar niekorzystna?

Wydawałoby się przecież, że przynajmniej od czasu, gdy rozłam w PiS sprowadził tę partię do poziomu poniżej 20 proc. poparcia, a więc uczynił z niej – tak to nazwijmy – partię-średniaka, to na prawicy nie ma już nikogo, kto mógłby chcieć zachować w wyborach 2027 roku system D’Hondta, uprzywilejowujący wyłącznie dominującą na polskiej scenie partię Donalda Tuska.

To oczywiste, że partie małe – Rozwój Plus Morawieckiego i Konfederacja Bosaka i Mentzena – znacząco poprawiłyby swoje szanse na współtworzenie przyszłej władzy, gdyby udało się wrócić do tego systemu przeliczania głosów na mandaty, który przewidziała ordynacja wyborcza z roku 2001, zwanego systemem Sainte-Laguë. A od czasu, gdy PiS stało się średniakiem, ten system znacząco podniósłby szanse partii Kaczyńskiego na pokierowanie takim rządem, logika wskazuje zatem na to, że PiS skazane by było na poparcie takiej inicjatywy.

Ale ciekawe jest to, jak dalej mogłyby potoczyć się losy takiego projektu. Jeśli czytać uważnie prorządowe media, to całkiem jasno przebija z nich ostatnio opinia, wedle której ani Kosiniakowi-Kamyszowi, ani Czarzastemu nie uśmiecha się wcale podporządkować się premierowi w pełni i pójść w końcu na wspólną, czyli Tuskową listę wyborczą. To zresztą zrozumiałe, bo odwrotu od takiego wyborczego wpisania się w obóz Tuska w praktyce już nie będzie, a w każdym razie byłby on na przyszłość piekielnie trudny. Decyzja o tzw. „wspólnej”, czyli de facto Tuskowej liście byłaby zatem aktem realnej politycznej anihilacji zarówno PSL-u, jak i Nowej Lewicy. I jeśli obaj albo któryś z tych dwóch liderów taką decyzję podejmie, to nie tylko bez entuzjazmu, ale raczej w swoistym akcie rozpaczy.

.Gdyby w sejmie pojawił się projekt noweli odchodzącej od systemu D’Hondta, to obaj koalicjanci Tuska mieliby oczywisty interes w tym, żeby w jakiś sposób umożliwić uchwalenie takiego projektu w sejmie i odrzucenie weta senatu. Nie wiem – rzecz jasna – czy starczyłoby im odwagi, aby narazić się w taki sposób premierowi, ale z pewnością nikt tego nie wie, a sprawdzić można to tylko w jeden sposób: przedkładając stosowny projekt w sejmie.

Nie przedstawi takiego projektu PiS, bo zrobić tego nie może, gdyż Kaczyński naraziłby się na kpinę, iż sam już nie wierzy w siłę swego stronnictwa. Nie zrobi tego również ani Kosiniak-Kamysz, ani Czarzasty, bo byłby to akt zbyt daleko idącego buntu wobec premiera. Buntu, który Tusk zdołałby pewnie wyprzedzająco spacyfikować. Może to zrobić albo Morawiecki, albo Bosak z Mentzenem. I coraz bardziej się dziwię, czemu nie chcą spróbować rzeczy, na której w razie przegranej niczego nie tracą (są przecież opozycją), a w razie wygranej, ach… w razie wygranej niemal łapią Pana Boga za nogi.

Jan Rokita

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 16 października 2026