Czy prawica we Francji ma jeszcze szansę?

Charles BEIGBEDER

Polityk, pisarz, przedsiębiorca, współtwórca liberalno-konserwatywnego think-tanku "Phénix". Członek Académie Catholique de France. Kawaler Legii Honorowej.

Ryc. Fabien Clairefond

Weszliśmy w epokę postideologii, polegającej na skupianiu obywateli nie wokół projektu społecznego, ale wokół osoby. Mamy do czynienia ze swego rodzaju wypaczonym bonapartyzmem, ubranym w szaty ultranowoczesnego progresywizmu, w którym postać zbawcy została zastąpiona przez menedżera. Emmanuel Macron jedynie wykorzystuje dezintegrację obu wielkich obozów politycznych, które od dawna nie opierały się już na żadnej solidnej podstawie ideologicznej.


Tekst dostępny jedynie w wariancie PREMIUM. Aby założyć Konto PREMIUM - [TUTAJ]. Obecnie Konto PREMIUM jest kontem BEZPŁATNYM.

Jeśli posiadasz już konto PREMIUM, zaloguj się.

Emmanuel Macron wykorzystuje dezintegrację obu wielkich obozów politycznych, które od dawna nie opierały się już na żadnej solidnej podstawie ideologicznej — pisze Charles BEIGBEDER

.Czas, który obecnie przeżywamy, jest z wielu względów szczególny. Jest również, nie bójmy się tego słowa, zdumiewający.

Szczególny, ponieważ nikt nie był w stanie przewidzieć, że komuś nieznanemu jeszcze trzy lata temu uda się namieszać na francuskiej scenie politycznej do tego stopnia, że obejmie on najwyższy urząd w państwie i rozbije w drobny mak obie wielkie dotychczas dzielące się władzą partie. Zdumiewający, ponieważ pozycjonowanie się obecnego rządu, opartego na charyzmie jednego człowieka i odrzuceniu podziału na prawicę i lewicę, zostawia mało miejsca na debatę o ideach i w konsekwencji nie daje sposobności, by narodziła się jakaś forma opozycji względem niego.

Weszliśmy w epokę postideologii, polegającej na skupianiu obywateli nie wokół projektu społecznego, ale wokół osoby, której zresztą w naszym przypadku nie można odmówić talentu politycznego, pierwszych obiecujących kroków dyplomatycznych, komunikowania się ze społeczeństwem w sposób iście królewski ani pełnego patosu stylu, całkowicie odpowiadającego duchowi instytucji V Republiki. Postać szefa jednoczącego ludzi wokół siebie zastępuje dotychczas obowiązujące ideologiczne i polityczne podziały.

Mamy do czynienia ze swego rodzaju wypaczonym bonapartyzmem, ubranym w szaty ultranowoczesnego progresywizmu, w którym postać zbawcy została zastąpiona przez menedżera.

Emmanuel Macron jedynie wykorzystuje dezintegrację obu wielkich obozów politycznych, które od dawna nie opierały się już na żadnej solidnej podstawie ideologicznej. Bo cóż wspólnego mają ze sobą Benoît Hamon i Manuel Valls albo Laurent Wauquiez i Alain Juppé? Wybór Emmanuela Macrona na prezydenta kończy z tą hipokryzją. Jest równocześnie doskonałą okazją dla Alaina Juppé i Manuela Vallsa do wzięcia odwetu na wyborcach biorących udział w prawyborach, odpowiednio, na prawicy i lewicy.

Jak zatem można się przeciwstawić Emmanuelowi Macronowi? Francuska prawica nie znajduje na razie odpowiedzi na to pytanie, oddając monopol na opozycję Jean-Lucowi Mélenchonowi i Marine Le Pen. Na płaszczyźnie ekonomicznej należałoby się spodziewać jakichś rozsądnych propozycji, tym bardziej że pięcioletnia kadencja poprzednika Macrona była pod tym względem jedną wielką katastrofą. A tymczasem pierwsze sygnały wysyłane przez rząd Édouarda Philippe’a są negatywne. Francja bowiem pod naciskiem Niemiec dalej ma zamiar więzić się w sztywnych ramach rygoru budżetowego, planując zmniejszenie deficytu publicznego do poziomu poniżej 3% PKB już w 2017 roku. Trzeba jednak odróżnić deficyt strukturalny, związany ze zbyt dużym obciążeniem PKB przez wydatki publiczne, od deficytu koniunkturalnego, związanego z nadmiernym opodatkowaniem przedsiębiorstw. Deficyt strukturalny można zredukować poprzez ograniczanie wydatków na funkcjonowanie państwa oraz walkę z marnotrawstwem. Ale żeby zmniejszyć deficyt koniunkturalny i wrócić na drogę wzrostu gospodarczego, należy obniżać podatki.

Opozycja wobec obecnego rządu nie powinna jednakże ograniczać się jedynie do kwestii ekonomicznych i jakichś pojedynczych propozycji programowych. Musi odwoływać się, na płaszczyźnie metapolitycznej, do pewnej wizji człowieka i społeczeństwa. Bo przecież nie trzeba być prorokiem, żeby wiedzieć, że Emmanuel Macron przy wszystkich swoich zaletach nie powstrzyma nieuniknionego rozkładu naszego państwa.

Chorobą rozkładu dotknięta jest nie tylko Francja, cały świat zachodni, odkąd demokracje liberalne postanowiły zerwać z jakimkolwiek cielesnym zakorzenieniem we wspólnej kulturze.

Ponieważ uważano, że społeczeństwo może sprowadzać się do zbioru abstrakcyjnych reguł prawnych, zaniedbano potrzebę spoistości kulturowej, obecną przecież w sercu każdego człowieka. Potrzebę dzielenia wspólnej kultury i wspólnych obyczajów. „Zakorzenienie jest być może najważniejszą i najmniej rozpoznaną potrzebą ludzkiej duszy” — pisała Simone Weil w swojej książce Zakorzenienie. To ta wewnętrzna ojczyzna, stanowiąca sedno dobra wspólnego, łączy ludzi między sobą i pozwala im się zrozumieć, nawet bez słów. To właśnie powoduje, że jesteśmy narodem, ukształtowanym przez setki lat naszej historii, odnawianym ciągle na nowo przez sztafetę pokoleń.

Ten proces rozkładu nie jest nowy, ale osiąga dziś swoje apogeum. Uważano, że jedne byty można zastępować innymi. Uważano, że do tego, by ze sobą współistniały, wystarcza zamieszkiwanie jednego i tego samego terytorium i podleganie tym samym regułom. Uważano, że zbiór praw wystarcza do tego, by powstało społeczeństwo, niezależnie od wszelkiej istniejącej wcześniej kultury: nazwano to Prawami Człowieka. Otwarto szeroko granice naszego państwa, utrzymując przy tym, że Francja jest przestrzenią uniwersalną, w której wszystkie kultury mogą swobodnie współistnieć ze sobą: nazwano to zasadami współżycia społecznego. Wszystko to sprawiło jednak, że zamiast spoistości kulturowej mamy we Francji do czynienia z multikulturalizmem, w którym każdy ma poczucie utraty swojej głębokiej tożsamości. Dotyczy to zarówno ludzi urodzonych we Francji, jak i nowo przybyłych.

To tu właśnie przebiega prawdziwe polityczne pęknięcie. Oddziela ono tych, którzy chcą zatrzymać proces rozkładu, w prostej linii wywodzący się z rewolucyjnej koncepcji „tabula rasa”, od tych, którzy są przekonani, że mogą dalej rządzić Francją, biernie patrząc, jak rozpada się na kawałki. Tych, którzy chcą, żeby kraj rozwijał się w duchu wierności potrójnemu dziedzictwu: grecko-rzymskiemu, judeochrześcijańskiemu i humanistycznemu, od tych, dla których naród jest czystą kartką, którą można zapisywać dowolnie, w zależności od chwilowego widzimisię. Ci pierwsi odbudują spoistość narodu, sprawią, że odrodzi się wspólna kultura, czerpiąca z soków wielowiekowej historii, powstrzymają napływ imigrantów oraz dadzą pierwszeństwo asymilacji, w szczególności poprzez szkołę. Ci drudzy ubiorą swoją bierność w tej kwestii w piękne słowa.

Druga linia pęknięcia jest konsekwencją pierwszej. Chodzi o pogodzenie się prawicy z tym, że media pokazują ją w negatywnym świetle jako tych, którzy myślą niepoprawnie. Przez długi czas prawica starała się, by media traktowały ją poważnie, ale tak się nigdy nie stało. Zdarzało się to jedynie wtedy, gdy przestawała być prawicą (czytaj: zakorzenioną). Nie rozumiała, że przestrzeń medialna jest wytyczona niczym plac zabaw, że granice poprawnego myślenia są określone w sposób zupełnie arbitralny i że każda wypowiedź odbiegająca od dogmatów progresywizmu będzie od razu napiętnowana. Jeśli ktoś na przykład odważy się podać w wątpliwość reformy społeczne, będzie uważany niechybnie za okropnego reakcjonistę… Taka postawa wymaga intelektualnej odwagi, a ta cechuje niewielu polityków francuskich. Jest ona jednak niezbędna do tego, aby nastąpiła rewolucja serc i ducha, która pozwoli podważyć dogmaty progresywizmu, na których od bardzo już dawna budowano nasze społeczeństwo.

Trzecia linia pęknięcia dotyczy już nie słów, ale czynów. Możemy być pewni, że obecny rząd przy całej swojej dobrej woli nie będzie miał politycznej odwagi, aby zmierzyć się z kulturowymi i tożsamościowymi wyzwaniami, które osłabiają Francję: terytoria, gdzie państwo jest nieobecne, radykalny islam, pełzający komunotaryzm, zdziczenie przedmieść, zostawienie Francji peryferyjnej samej sobie… W tych kwestiach, zasadniczych dla przyszłości narodu, rząd pozwoli, aby sytuacja powoli się pogarszała. Nie będzie miał odwagi, tak jak i jego poprzednicy, aby przeprowadzić dogłębną naprawę państwa. Nie będzie podejmował koniecznych, radykalnych kroków, sięgających korzeni zła, w dziedzinie utrzymania porządku publicznego, kontroli napływu imigrantów, przywrócenia granic oraz walki z gettoizacją.

.Prawdziwa opozycja powinna zatem opierać się na trzech filarach. Po pierwsze, zachowanie naszej kultury i tradycji oraz sprzeciw wobec wszystkiego, co deformuje rodzinę, szkołę, terytorium i naród. Po drugie, walka z poprawnością polityczną, która niszczy debatę publiczną. I w końcu zawrócenie społeczeństwa z drogi komunotaryzmu. Ludzie prawicy mogliby więc zdefiniować się wokół następującej triady: konserwatyści, odrzucający poprawność polityczną i reformatorzy.

Charles Beigbeder

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Chcę otrzymywać powiadomienia o najnowszych tekstach.

Kikuici Nippon napisał(a):

Obawiam się, że francuska chrystianofobia jest jeszcze zbyt duża, by zadziałały właściwe mechanizmy obronne skłaniające do kompromisu i wspólnego działania różne przecież prawicowe środowiska we Francji. A współdziałanie prawicy z centrum jest tu kluczem do sukcesu ponieważ bez zdobycia centrum nie będzie można ograniczyć wpływów drugiej strony. Może się też okazać, że już jest pozamiatane ponieważ środowiska lewicowo-liberalne już poddały się, miękkiemu na razie, terrorowi islamskiemu i zgłaszają chęć do dialogu i ustanowieniu szariatu w wyznaczonych przez islamistów strefach.

Dodaj komentarz

Autorzy wszyscy autorzy

A B C D E F G H I J K L M N O P R S T U W Y Z