
Historia obrazu i sanktuarium
Wizerunek Matki Bożej przywędrował do Dzikowa aż z Wołynia, a przynajmniej takie najwcześniejsze miejsce jego pobytu podają dominikanin o. Wawrzyniec, autor Wonności rozy ierychontskiej (1686) oraz zeznający przed komisją biskupią państwo Tarnowscy – pisze Elżbieta WIATER
.Właśnie na Rusi pewien husarz w ramach wdzięczności za leczenie go z ran miał ofiarować ten obraz państwu Białkowskim, mimo że sam był bardzo do niego przywiązany. Ci następnie przenieśli się do Korony i osiedli w Biechowie, prawdopodobnie tym leżącym w Świętokrzyskiem. Po siedmiu latach od przybycia do Korony, w 1668 roku, przekazali oni wizerunek hrabiemu Janowi Stanisławowi Tarnowskiemu, o przydomku Amor, i jego żonie, Zofii z Firlejów. Dar zawieszono w jadalni we dworze, a kiedy właściciele przenosili się do nowego zamku, zabrali go ze sobą. Po przeprowadzce, jak notuje o. Święcki, obraz „z ram zdjęty, w trąbkę zwiniony, parę czasów leżał w skarbcu” (co, tak na marginesie, wskazuje, że nie był wtedy jeszcze naklejony na deskę). Upomniała się o niego, zobaczywszy go kiedyś przypadkiem, panna Szlichtynówna, służąca pani Tarnowskiej – wizerunek ponownie naciągnięto na poprzednie, na szczęście zachowane, ramy i zawieszono w sypialni hrabiostwa. Tam co wieczór pani domu wraz z pannami dworskimi i pokojowymi odmawiała przed nim różaniec.
Kiedy w 1669 roku pod zamkiem zaczął się palić jeden z drewnianych budynków, w obawie przed tym, że pożar rozszerzy się na główny gmach, zaczęto z tego ostatniego wynosić cenne rzeczy, najpierw obrazy. Do kaplicy po wizerunek Matki Bożej wysłana została jedna z pobożnych panien dworskich i młody mężczyzna opisany jako heretyk (zapewne protestant). Ten ostatni nie był w stanie zdjąć obrazu, musiała to zrobić towarzysząca mężczyźnie katoliczka – jej udało się to bez trudu (Tarnowski zaznaczył, że nie do końca daje temu wiarę). Kiedy obraz trafił w ręce pani Tarnowskiej, ta przeżegnała nim pożar i w tym momencie ogień zaczął słabnąć, nie wyrządziwszy większych szkód. Od tej chwili właściciele Dzikowa zaczęli traktować wizerunek z jeszcze większą pobożnością. Może dlatego, kiedy pewnego dnia odwiedził ich cysters z Koprzywnicy, o. Mikołaj Zielopolski, Zofia postanowiła pokazać mu Panią Dzikowską. Oglądający był pod tak dużym wrażeniem tego, co zobaczył (a zapewne i usłyszał), że stwierdził, iż obraz ten zasługuje na większą cześć, dlatego przeniesiono go do zamkowej kaplicy.
Tu okazało się, jak dobrą intuicją co do jego wartości wykazała się panna Szlichtynówna i goszczący u Tarnowskich mnich. Pierwszym świadkiem nadzwyczajnych zjawisk poświadczających cudowność wizerunku był Stanisław Broński, zamkowy szafarz (osoba odpowiedzialna za zaopatrzenie, głównie w produkty spożywcze). Widział on w wigilię św. Mikołaja z Tolentino, niedługo po przeniesieniu wizerunku do kaplicy zamkowej, otaczające jej ściany i dach światło. Myśląc, że bije ono od lampy wewnątrz pomieszczenia, zajrzał przez okno, ale lampka świeciła słabo, nadto w tamtym momencie zgasła jasność nad dachem. Zataił jednak to, czego był świadkiem.
Do tego, by szczególna duchowa wartość obrazu stała się szerzej znana, potrzeba było najazdu Tatarów i zawiązania konfederacji szlacheckiej pod Gołębiem (1672). Uciekając przed związanymi z nimi niebezpieczeństwami, do Dzikowa trafiły dwie brygidki: Anna Lanckorońska i Katarzyna Moczarzanka. One to, odprawiając nocne modlitwy brewiarzowe w wigilię uroczystości św. Jacka, ujrzały taką samą światłość. Niestety, zamiast od razu podzielić się wieścią o tym fenomenie, zaczęły się spierać między sobą o jego charakter, to znaczy, czy był nadprzyrodzony, czy nie. Na szczęście tej samej nocy i o tej samej późnej godzinie obok zamku przejeżdżał proboszcz parafii w Miechocinie, ksiądz kanonik Paweł Złomański. On także ujrzał tę jasność, ale pomyślał, że to pani Zofia Tarnowska jako gorliwa katoliczka tak późno modli się z dworkami w kaplicy. Wszystko to działo się z soboty na niedzielę, więc dopiero w poniedziałek ksiądz przyjechał, by wybadać dokładnie, co takiego miało miejsce. Dzięki temu zakończył też spór między zakonnica-mi, zdecydowanie rozstrzygając go na korzyść tej, która uważała to, co zobaczyły, za fenomen nadzwyczajny (o. Święcki w swojej delikatności nie podał, która z nich wątpiła w cudowny charakter zjawiska).
Wieść o tym, a potem kolejne cuda, uproszone przed tym wizerunkiem lub przez zwrócenie się do niego, sprawiły, że kaplica zamkowa nie była w stanie pomieścić pielgrzymów i proszących. Nadto uzdrowienia doświadczył też ówczesny pan na Dzikowie, Jan Stanisław Amor Tarnowski. Był słabego zdrowia i kiedy przez dłuższy czas cierpiał z powodu choroby serca, naszła go myśl, by przyłożyć na pierś obraz z kaplicy. Ledwo tak się stało, dolegliwości ustały. Podobnie cierpiąca żona hrabiego, Zofia, wielokrotnie doznawała ulgi po tym, jak pomodliła się przed Panią Dzikowską. Postano-wili więc, z wdzięczności i by ułatwić dostęp modlącym się (a zapewne też uciec od niewygody związanej z przychodzącymi wciąż do ich zamku wiernymi), ufundować sanktuarium, a na jego opiekunów wybrali dominikanów, którym wybudowali klasztor.
Najpierw jednak należało ustalić, czy obraz jest rzeczywiście cudowny. W tym celu biskup krakowski Andrzej Trzebicki w 1675 roku wysłał do Dzikowa specjalną komisję (w źródłach z epoki jest nazywana „inkwizycyją”, zresztą jednym z jej członków był dominikanin). Przesłuchała ona właścicieli zamku, świadków cudów (w tym obie brygidki) i ostatecznie wydała opinię, że wizerunek spełnia wymagania do tego, by zyskał opinię cudownego. Oficjalny akt potwierdzający to orzeczenie wydał w Kielcach 11 listopada tego samego roku wspomniany krakowski hierarcha.
Akt fundacyjny sanktuarium pochodzi z 1676 roku, fundacja zaś została oficjalnie zatwierdzona przez biskupa pomocniczego krakowskiego Mikołaja Oborskiego 17 lutego 1677 roku. Uroczyste przeniesienie obrazu z zamku do kościoła odbyło się nieco ponad rok później, 20 maja 1678 roku. Na utrzymanie klasztoru, który w zamyśle miał pomieścić do dwunastu zakonników, przeznaczono dochody z dziedzicznej wsi Tarnowskiego, Radowąża. Zapisano ponadto sumę 6 tysięcy talarów ze wsi Wojeczka, wniesionej w posagu przez Zofię z Firlejów, na pokrycie potrzeb kaznodziejów.
Budowa kościoła i klasztoru
Zarówno kościół, jak i klasztor pierwotnie były drewniane. O wysokiej jakości ich wykonania pewne świadectwo daje ocalały portal, prawdo-podobnie znad wejścia do kościoła, który można obecnie zobaczyć, wchodząc na krużganki głównym wejściem, od strony kancelarii. Widnieje na nim data anno Domini 1676. Budowę murowanego kościoła rozpoczęto w 1693 roku i w roku 1706 konsekrował go biskup Franciszek Biegański, chociaż prace budowlane i wykończeniowe trwały do przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XVIII wieku. Aby zapewnić sobie materiał budowlany, w latach dziewięćdziesiątych XVII wieku zakonnicy założyli na swoim terenie cegielnię. Niestety, kolejne wojny i przemarsze wojsk z pierwszej połowy kolejnego stulecia oraz powodowane przez nie zniszczenia spowalniały tempo prac. Ponadto okoliczna szlachta, której dobra także cierpiały w wyniku wojennej pożogi, wymuszała na kaznodziejach oddawanie wyprodukowanych przez nich cegieł. Aby wreszcie zakończyć ten proceder, przeor o. Florian Siewierski w desperacji wystarał się u prowincjała o zakaz, pod posłuszeństwem zakonnym, oddawania materiału budowlanego osobom spoza zakonu. Na podstawie dokumentów kasowych i tego, że prace przy sanktuarium przyśpieszyły, należy uznać, że metoda rozwiązania problemu najwyraźniej podziałała.
Różnie układały się także relacje z fundatorami, czyli rodziną Tarnowskich. Zdarzały się nawet zajazdy klasztoru z ich strony oraz opór, jeśli chodzi o współpracę, ze strony zakonników. O tym, na ile przyjazne panowały układy między dominikanami a wspomnianą rodziną, najczęściej świadczyło pewne wotum. Otóż na zwieńczeniu tabernakulum znajduje się wykonana ze srebra gwiazda, nawiązująca do tej w herbie Tarnowskich. Na płycinie w jej centrum widnieje napis: Luna pulchiori, stellis nitidiori („Piękniejsza niż księżyc, jaśniejsza od gwiazd”). Jest to dar złożony przez rodzinę panów na Dzikowie i kiedy ci wchodzili w konflikt z dominikanami, bracia mieli zwyczaj odkręcać to wotum i je chować. Drobna złośliwość, ale chyba dolegliwa, skoro Tarnowscy reagowali na nią emocjonalnie.
Ich herb, Leliwa, idealnie pasuje do rodu fundatorów maryjnego sanktuarium. Na jego błękitnym tle umieszczona jest sześcioramienna gwiazda, a pod nią półksiężyc. Zarówno kolorystyka, jak i oba godła mieszczą się w symbolice Maryi, noszącej tytuł m.in. Gwiazdy morza, a w Apokalipsie przedstawianej jako depcząca księżyc (zob. AP 12,1).
Wróćmy jednak do fundacji: w ramach prac budowlanych powstał jednonawowy barokowy kościół, bez wież, jedynie z sygnaturką. Auto-rem jego projektu był Jan Michał Link (projektował dla dominikanów także sanktuarium w Krasnobrodzie). Sygnaturka zresztą stała się przyczyną nieszczęścia, gdyż w 1807 roku uderzył w nią piorun, przy okazji rażąc przeora Florusa odprawiającego właśnie mszę przy głównym ołtarzu, na szczęście nie śmiertelnie. Obok kościoła postawiono drewnianą dzwonnicę, ta jednak spłonęła w pożarze z 1862 roku. Wtedy stopiły się także dzwony. Zastąpiła ją murowana, którą rozebrano po rozbudowaniu kościoła na początku XX wieku.
Mimo narzekań na brak funduszy bracia nie mieli zamiaru zadowalać się, jeśli chodzi o wyposażenie kościoła i jego wystrój, poślednimi pracami. Świetnym przykładem jest tabernakulum z 1753 roku, którego twórcą był znakomity gdański złotnik Jan Gotfryd Schlaubitz. Przeznaczono na nie część wotów złożonych przez wiernych. Mimo kolejnych rabunków wyposażenia przez wojska oraz z przyzwolenia władz austriackich po zaborze tych terenów, tabernakulum dotrwało w ołtarzu do dziś, co można uznać za swego rodzaju cud i dowód na opiekę Maryi. Ołtarz główny, w którym je umieszczono, powstał w 1717 roku i także prezentuje wysokiej klasy rzemiosło – do niego dostosowano resztę wystroju, w tym cztery ołtarze boczne, idąc od lewej nawy: św. Jacka, Krzyża Pańskiego, św. Dominika (ostatnie dwa znajdują się w nawie głównej, po bokach wejścia do prezbiterium) i św. Antoniego z Padwy. Szczególnie drugi z nich zwraca uwagę, gdyż odstaje od pozostałych formalnie: przedstawienie Ukrzyżowanego nawiązuje do gotyku, a w tle umieszczono rzeźbione arma Christi, czyli narzędzia męki Pańskiej. Sam wizerunek znajdował się pierwotnie w prywatnej kaplicy ostatniego króla Polski, Stanisława Augusta Poniatowskiego, i uratowany przez jednego z jego przyjaciół trafił do Tarnowskich, ci zaś przekazali go do sanktuarium.
Klasztor pozostawał drewniany o wiele dłużej niż kościół, a decyzję o zastąpieniu go murowanym przyśpieszył pożar z 1703 roku, który zniszczył go w znacznym stopniu. Zanim dotknęła go ta klęska, zdążyła się w nim odbyć kapituła prowincji (1701), co świadczy o tym, jak szybko tarnobrzeskie sanktuarium nabrało znaczenia w tej ostatniej (zdąży się tu odbyć jeszcze jedno takie spotkanie, w 1717 roku). Budowa klasztoru trwała w latach 1728–1782, a jego ostateczne ukończenie było możliwe dzięki znacznemu wsparciu ze strony hrabiego Joachima Tarnowskiego. Budynek przylegał jednym z krużganków do ściany kościoła, co okazało się pomocne przy rozbudowie na początku XX wieku. Chociaż plany fundatorów od razu zakładały konwent, na początku w Tarnobrzegu było tylko dwóch dominikanów: Wawrzyniec Święcki oraz Reginald Rympka. Starania o nadanie klasztorowi rangi konwentu podjęto już w 1688 roku, co wskazuje, że zwiększyła się w nim liczba zakonników. Spotkały się one z życzliwym odzewem ze strony władz zakonu: mistrz generalny dominikanów, o. Antoine Cloche, potwierdził tę zmianę. Pierwszym przeorem został o. Święcki. Tarnobrzescy bracia kaznodzieje podejmowali bardzo dynamiczne działania duszpasterskie: w sanktuarium był całodzienny dyżur w konfesjonale (po dwóch dominikanów na tydzień), głoszono kazania różańcowe i maryjne, wydano specjalne grafiki promujące wizerunek (zob. il. na s. 12). W 1676 roku nakładem polskiej prowincji zakonu w Krakowie ukazała się książka przeora opowiadająca o historii obrazu i uproszonych przed nim cudach: Wonność rozy ierychontskiey, lubo łaski, dary nadprzyrodzone nabożnym ludziom w roznych potrzebach, przypadkach, chorobach, niebezpieczeństwach od szczodrobliwości Boskiey oświadczone za pośrednictwem Przeczystey Bogarodźice Panny Maryey w obraźie dźikowskim kośćiele zakonu dominikańskiego cudowney. Ponownie wydał ją w XVIII wieku, w wersji rozszerzonej o cuda z pierwszej połowy tego stulecia, przeor o. Bazyli Barski. Publikację wznowiono, ze zmienionym tytułem, w 1901 roku, w ramach przygotowania do pierwszej koronacji obrazu (1904). W 1995 roku Muzeum Tarnowskich wydało reprint pierwszej wersji dzieła, które, jak widać, odegrało istotną rolę nie tylko w początkach sanktuarium i jest czytane do dziś.
Duszpasterstwo
Dominikanie nie mieli zresztą łatwego zadania: ówczesny Tarnobrzeg był w większości zasiedlony przez ludność żydowską, więc jedyny napływ wiernych, na jaki mogli liczyć, pochodził z ościennych wiosek, w tym przypisanego do klasztoru Radowąża, nadto Miechocina (siedziba parafii, na terenie której pierwotnie leżał klasztor) i Dzikowa. Co prawda obecność sanktuarium, jak słusznie zauważają badacze, stymulowała handel, szczególnie w uroczystości maryjne, kiedy wzrastała liczba pątników, ale nie był to wystarczający powód, by Tarnobrzeżanie wyznania mojżeszowego przechodzili na chrześcijaństwo. Nie da się jednak zakonnikom odmówić gorliwości. Zgodnie z zaleceniami prowincjała, o. Alberta Ochabowicza (wizytacja z 1735 roku), mieli dla wygody pielgrzymów odprawiać msze przy ołtarzach jedną po drugiej, a nie jednocześnie (jak było przyjęte – wówczas nie było koncelebry, każdy kapłan odprawiał osobno), wyznaczano całodzienne dyżury w konfesjonale, przy odsłanianiu obrazu śpiewano hymn Witaj, Gwiazdo morza, przy zasłanianiu zaś: Salve Regina. Ponadto promotor różańca miał w każdą niedzielę i uroczystości maryjne głosić kazania na temat tej formy modlitwy. Wiemy też, ze świadectwa Pawła Sadrakuły, że w Dzikowie było bractwo różańcowe i to zanim jeszcze bracia oficjalnie przejęli obraz. Nie zachowały się niestety księgi wpisowe – najstarsza, do której udało mi się dotrzeć, znajduje się w archiwum klasztoru i zaczyna się w pierwszej połowie XIX wieku. Działało także bractwo św. Wincentego Ferreriusza, a w XX wieku powstało bractwo św. Tomasza z Akwinu (promujące czystość), do którego należeli tutejsi ministranci.
Kryzys i powolny powrót do świetności w XIX wieku
Dużym ciosem dla klasztoru były zabory, a następnie wojny napoleońskie i utworzenie Księstwa Warszawskiego. Pierwsze, co było związane z polityką władz józefińskich, spowodowały rabunek sanktuarium. Przedstawiciele władz austriackich zabrali wszystko, co uznali za cenne. Drugie odebrało klasztorowi źródło utrzymania, gdyż Radowąż znajdował się po przeciwnej stronie Wisły, a więc od 1815 roku na rosyjskim brzegu, i czerpanie z niego zysków nie było już możliwe. Z konwentu liczącego kilkunastu zakonników wspólnota zredukowała się, w okresach największego kryzysu, do dwóch. W ramach desperackiego poszukiwania środków do życia w 1850 roku dominikanie wydzierżawili część klasztoru władzom cywilnym na urzędy. Jakby tego było mało, w 1862 roku miasto dotknął wielki pożar. Na szczęście Tarnowscy zdążyli na czas wyjąć wizerunek Matki Bożej z ram i przenieść do zamku, dzięki czemu ocalał; niestety, nie da się tego samego powiedzieć o kościele i klasztorze. Zniszczenia były tak duże, że myślano nawet o likwidacji tej placówki dominikanów. Na szczęście ówczesny przeor nie poddał się i zaczął zbierać fundusze na odbudowę. Klasztor wsparli także, po raz kolejny, Tarnowscy, którzy wspomogli kwestę także tym, że podzielili się swoimi kontaktami wśród dobrze urodzonych i równie dobrze sytuowanych.
Nie oznacza to, że wizerunek nie cieszył się we wspomnianym stuleciu sławą cudownego i nie przyciągał pątników. Zachowały się relacje o cudach, które miały miejsce w tym czasie, a wieść o łaskach udzielanych przez Maryję w tym miejscu roznosiła się za pomocą naj-skuteczniejszej metody promocji, mianowicie poczty pantoflowej.
Utworzenie parafii
Kiedy udało się przywrócić kościół do stanu, w którym możliwe było jego godne użytkowanie, Tarnowscy w 1872 roku uroczyście, po raz kolejny, przenieśli wizerunek na jego stałe miejsce w ołtarzu głównym. Zmiany na tym się nie skończyły. Dużą rolę w rozwoju sanktuarium w drugiej połowie XIX wieku odegrało dwóch przeorów: o. Stanisław Markiewicz i o. Stefan Płaszczyca. Pierwszy z nich podjął starania o to, by dominikanie w Tarnobrzegu otrzymali własną parafię. Być może idea ta zrodziła się już w latach czterdziestych tego stulecia, kiedy remontowano kościół parafialny w Miechocinie i kościół braci kaznodziejów de facto pełnił funkcję parafialnego. Planowana nowa jednostka administracyjna miała objąć Tarnobrzeg, Dzików i Podłęże. Jak łatwo się domyślić, plany te spotkały się z ostrym sprzeciwem proboszcza z Miechocina. Starania rozpoczął w 1883 roku wspomniany o. Markiewicz, ale ostatecznie do utworzenia parafii doszło dopiero w roku 1922, po tym, jak działania w tym kierunku podjęły tarnobrzeskie władze samorządowe. Najpierw, w lipcu, utworzono ekspozyturę, którą 27 października przekształcono w parafię. Pierwszym proboszczem został o. Bruno Janiewski. Zmiana ta miała znaczenie nie tylko duszpasterskie. Dominikanie, jako prowadzący jednostkę administracyjną Kościoła, otrzymali kilkanaście hektarów ziemi, do których hrabia Tarnowski dodał od siebie 20 morg. To pozwoliło konwentowi zyskać materialną stabilizację, przynajmniej do okresu stalinowskiego, kiedy władze komunistyczne dokonały upaństwowienia gruntów należących do klasztoru.
Koronacje obrazu
Starania o koronację obrazu podjął o. Markiewicz już pod koniec XIX wieku, a myśl tę kontynuował jego następca, o. Płaszczyca. Zachowała się pełna dokumentacja tych wysiłków, łącz-nie z historią obrazu, sanktuarium oraz świadectwami cudów, a także księgą darczyńców, która świadczy o tym, jak bardzo w zbieranie funduszy zaangażowali się państwo Tarnowscy, ponieważ wiele stron zajmują nazwiska najświetniejszych polskich rodzin ziemiańskich. Starania zakończyły się powodzeniem i w uroczystość Narodzin Matki Bożej, 8 września 1904 roku, biskup Józef Sebastian Pelczar uroczyście koronował wizerunek. Wydarzenie to poprzedziły trzy dni kazań głoszonych przez uznanych dominikańskich kaznodziejów i specjalnych nabożeństw. Koronacji towarzyszyła też procesja do dzikowskiego zamku.
Ołtarz koronacyjny ustawiono, rozmyślnie, przy fasadzie kościoła widocznej zza Wisły (obecnie na tej ścianie znajduje się pamiątkowa tablica). Chodziło o to, by wierni z Kongresówki także mogli, przynajmniej śledząc to wzrokiem, uczestniczyć w wydarzeniu. Nie zapominajmy, że właśnie tam leżała wioska należąca przed 1815 rokiem do sanktuarium, w tamtym czasie odcięta granicą państwa. Zebrały się tam tłumy, a zgromadzenie to szczelnie otaczał (jak wspominali starsi mieszkańcy Tarnobrzega) kordon carskiej policji. Trudno się dziwić – w następnym roku w Rosji wybuchła rewolucja, nastroje były więc napięte.
W ramach przygotowań do uroczystości postanowiono rozbudować kościół. Plany rozbudowy sporządził Jan Sas Zubrzycki, uznany architekt, projektujący dość dużo także dla dominikanów. Budynek zyskał dwie nawy (jedną z nich stał się krużganek klasztoru przylegający poprzednio do kościoła), rozbudowaną sygnaturkę oraz dwie wieże, z których jednej, z powodu braku funduszy, nie ukończono. To nadało bryle obecny wygląd – charakterystyczny, niesymetryczny, kojarzący się nieco z wieżami Bazyliki Mariackiej w Krakowie, tyle że w neobarokowym stylu. Powstała tradycja, że na dobudowany wokół sygnaturki balkonik w miesiącach maryjnych (maj i październik) oraz w uroczystości Matki Bożej wychodzili muzycy i grali melodie poświęconych Jej pieśni.
To, jak wyglądały nałożone w 1904 roku korony, można zobaczyć w dobudowanej w tamtym okresie kruchcie, na witrażu nad wejściem głównym do kościoła. Niestety, w 1927 roku zostały one skradzione. Stało się to impulsem do starań o rekoronację, a przy okazji także do wzmocnienia kultu Pani Dzikowskiej.
Już sześć lat później, w 1933 roku, obraz koronowano ponownie. Dokonał tego biskup Franciszek Burda, a główne uroczystości miały miejsce u stóp zamku Tarnowskich. Korony, stylizowane na insygnia Kazimierza Wielkiego, zamówiono we Lwowie, w pracowni Ungera. Co prawda skradziono je już w następnym roku, ale tym razem złodziei udało się w porę schwytać i klejnoty wróciły do Właścicielki. Zdjęto je w 1939 roku, kiedy wybuchła ii wojna światowa, i zastąpiono kopiami. Tarnowscy, przekonani, że na wschodzie będzie bezpieczniej, wysłali je do Żółkwi. Tamtejszy klasztor po zajęciu przez sowietów we wrześniu 1944 roku został obrabowany, zniknął wtedy także depozyt panów na Dzikowie.
Wspomniane kopie również nie miały szczęścia. Zostały skradzione w nocy z 15 na 16 kwietnia 1959 roku. Stworzyło to okazję, by wielka nowenna przed rocznicą chrztu Polski dla sanktuarium w Tarnobrzegu stała się czasem przygotowania do zdecydowanie bardziej lokalnej uroczystości. Odbyła się ona 7 września 1966 roku, a więc w roku obchodów wspomnianego wydarzenia. Tym razem koronatorem wizerunku był kardynał Stefan Wyszyński, mszę sprawował biskup przemyski Ignacy Tokarczuk, a następnego dnia główną mszę odprawił kardynał Karol Wojtyła, arcybiskup krakowski. Specjalnie na tę okazję wykonano sukienkę, którą dziś można oglądać w zakrystii kościoła.
Tak na marginesie można zaryzykować stwierdzenie, że Matka Boża Dzikowska miała szczęście do świętych biskupów, bo zarówno biskup Pelczar, jak i kardynałowie Wyszyński i Wojtyła zostali wyniesieni na ołtarze.
Dwie wojny i okres komunistyczny
Koronacje były jasnymi momentami w dość mrocznym czasie. Dziesięć lat po pierwszej z nich wybuchła i wojna światowa. Tarnobrzeg, a przede wszystkim leżące tuż przy granicy Rosji z Austrią kościół i klasztor, stały się ofiarą wyjątkowo silnego ostrzału. Oszczędzono zamek Tar-nowskich, ale zdjęcia sanktuarium z 1915 roku mówią same za siebie: potężne wyrwy w murach ponad nie tak dawno przecież postawioną lewą nawą, nad chórem muzycznym (zniszczone zostały m.in. organy) i na końcu nawy głównej, brak szyb w oknach, zakopany w gruzach piękny żyrandol pająk, z kryształowymi szkłami. Obraz na szczęście został po cichu zabrany już we wrześniu 1914 roku przez hrabiego Zdzisława Tarnowskiego i bezpiecznie wisiał w zamku. Podmuchy od wybuchów zmiotły z klasztoru dużą część dachu. Doliczmy do tego rabunki ze strony żołnierzy, chociaż w tej kwestii nie zawsze było najgorzej. Jeden z dowódców rosyjskich, widząc stan materialny mieszkańców miasta, uznał, że w kościele nie ma co kraść, bo i tak pewnie wszystko podrabiane i bez wartości, dzięki czemu srebrne osiemnasto-wieczne tabernakulum nie zmieniło właściciela. Z powodu rekwizycji żywności spadły też dochody z gruntów, co sprawiło, że tarnobrzescy bracia kaznodzieje mieli swój udział w powojennej biedzie i kolejnych kryzysach gospodarczych. W 1933 roku zdążyli z koro-nacją tuż przed wybuchem kolejnego z nich. W tym czasie budynki były już odnowione po wojennych szkodach, wkrótce jednak wybuchł kolejny konflikt. Przez dłuższy czas oszczędzał on sanktuarium (niestety, nie można tego powiedzieć o żydowskiej ludności miasta). Kry-zys przyszedł w 1944 roku. Znów przyczyną problemów było położenie sanktuarium nad Wisłą, stanowiącą naturalną granicę, a więc i dobrze nadającą się na linię obrony. Rosja-nie ostrzeliwali kościół i klasztor granatami zapalającymi, przypuszczając, że Niemcy na sygnaturce urządzili punkt obserwacyjny. We wspomnieniach mieszkańców zachowała się pamięć po gigantycznym leju obok wejścia do kościoła, o takiej głębokości, że mógł w nim stanąć dorosły człowiek i nie byłoby go widać.
W budynkach dominikanów schroniła się duża liczba cywili, licząc na opiekę Matki Bożej i solidnych murów. Jak notuje w liber consiliorum (księdze rad) klasztoru o. Fabian Madura, ówczesny przeor, Pani Dzikowska nie dała się bezskutecznie prosić: pomimo dużego ostrzału w klasztorze nikt nie zginął, zaledwie kilka osób miało lekkie obrażenia. Kościół stracił co prawda wszystkie witraże, ale granat zapalający, który wpadł do środka, nie wybuchł, odłamki innego pocisku zaś, które dosięgły obrazu, co prawda rozbiły osłaniającą go szybę, ale jego samego nie uszkodziły. Ojciec zapisuje dalej, że w tym samym czasie w wyniku bombardowania i ostrzału w mieście zginęło kilkanaście osób i wiele zostało ciężko rannych. To, jak małe szkody ponieśli uciekinierzy w sanktuarium, przypisuje cudownej opiece Matki Bożej Dzikowskiej.
Jak podaje s. Kazimiera Korzeniewska OP, wsparciu tej Patronki dominikanki przypisywały ocalenie domu zakonnego w Wielowsi. W 1939 roku oddały go pod Jej opiekę, a na ławkach kaplicy porozkładały obrazki z dzikowskim wizerunkiem. Pomimo intensywnego ostrzału tamtego rejonu, klasztor nie ucierpiał, co zdziwiło nawet niemieckich oficerów, którzy po zajęciu tego rejonu, przyszli obejrzeć budynek, szukając miejsca na lazaret.
Po wojnie klasztor tarnobrzeski dość szybko wrócił do stabilnej sytuacji, choć utracił swoich dotychczasowych dobroczyńców, ponieważ rodzinę Tarnowskich wyrzucono z zamku i zagrabiono jej dobra. Do pierwszej połowy lat pięćdziesiątych zakonnicy wciąż posiadali ziemię, z której uprawy lub dzierżawy mogli się utrzymać, a przy sanktuarium hodowano zwierzęta i drób. Sytuacja się zmieniła, kiedy nowe władze odebrały dominikanom pola, na szczęście dając coś w zamian, choć z pewnością nieświadomie. W 1953 roku potwierdzono w okolicach obecność bogatych złóż siarki, co dało impuls do otwarcia w 1954 roku kopalni tego surowca i tak powstało tamtejsze zagłębie siarkowe. Tarnobrzeg zaczął się intensywnie rozwijać, najpierw demograficznie, w wyniku napływu ludzi chętnych do pracy w kopalni, a potem także rozbudowywać. Ludność napływowa szukała nie tylko możliwości zarobku, potrzebowała także opieki duszpasterskiej. Do tego gwałtownie rosła liczba dzieci i młodzieży potrzebujących katechizacji, szczególnie po tym, jak religię usunięto ze szkół.
Tu dużym wsparciem dla dominikanów okazały się dwa żeńskie zgromadzenia zakonne, z którymi zresztą współpracowali już wcześniej, nie tylko jeśli chodzi o edukację: dominikanki m. Kolumby Białeckiej i służebniczki dębickie. Szczególnie ciekawa jest historia relacji z pierwszym z nich. Jego dom powstał niedaleko Tarnobrzega, w Wielowsi. W planach założycielki oraz o. Wincentego Aleksandra Jandela siostry miały wspomóc reformę polskiej prowincji po wielkim kryzysie w pierwszej połowie XIX wieku. Ojcowie na ziemiach polskich odnieśli się do tego pomysłu, ujmując to delikatnie, z ograniczonym entuzjazmem. Mimo to sanktuarium w Tarnobrzegu pozostało ważnym punktem w historii dominikanek, gdyż ich założycielka odwiedzała to miejsce i tu zawierzała swoje siostry opiece Maryi, a jej spowiednikiem był jeden z tarnobrzeskich ojców, Donat Piątkowski. Po śmierci m. Kolumby siostry nadal współdziałały od czasu do czasu z dominikanami, angażowały się także we wszystkie wydarzenia religijne w sanktuarium. Klasztory służyły sobie też nawzajem materialną pomocą, jeśli było to możliwe i potrzebne. W okresie komunistycznym, jak podaje s. Kazimiera Korzeniewska OP, współpraca nabrała dużej intensywności, zwłaszcza w latach 1967–1991. To, że dominikanki katechizowały, było dla braci kaznodziejów tak dużym wsparciem, że w korespondencji przeora można znaleźć całe laudacje na temat tego, jak są dobre w tym, co robią, i jak potrzebne.
Wzrost liczby parafian nakłonił dominikanów do postawienia nowego kościoła. Wiedząc, że władze komunistyczne nie wydadzą zgody na budowę, rozpoczęli ją po cichu we wnętrzu stojącej na dziedzińcu stodoły. Prace rozpoczęły się w roku trzysetnej rocznicy fundacji klasztoru i już w następnym roku tzw. mały kościół został poświęcony przez krakowskiego arcybiskupa kardynała Karola Wojtyłę. Moment, kiedy rozebrano stodołę i ukazała się bryła świątyni, zostawił u parafian niezatarte wspomnienia. Kościół ten miał służyć głównie duszpasterstwu młodzieży, ostatecznie jednak odprawiano tam msze dla wszystkich. Parafian było tak wielu, że niektóre msze odbywały się prawie równolegle w sanktuarium i w nowym miejscu kultu. Wystrój i wyposażenie nowego kościoła wykonano zgodnie z estetyką końca lat siedemdziesiątych, a więc krótko po ii soborze watykańskim. Z tego względu wizyta w tym miejscu daje poczucie otwarcia kapsuły czasu i powrotu do tamtego okresu. Wnętrze jest harmonijne, opracowane w drew-nie, w ołtarzu głównym znajduje się natomiast dwudziestowieczny, metalowy krucyfiks, odpowiadający wezwaniu kościoła: Męki Pańskiej. Przestrzeń wypełniona jest ciepłym światłem, wpadającym przez witraże zaprojektowane zgodnie z estetyką lat siedemdziesiątych XX wieku.
Okres po transformacji ustrojowej
Przemiany polityczne po 1989 roku poskutkowały m.in. zamknięciem kopalń odkrywkowych siarki, co pociągnęło za sobą migrację, zwłaszcza młodych osób, do większych miast lub za granicę. Tym samym w dominikańskiej parafii spadła liczba wiernych, szczególnie młodzieży. Mimo to klasztor pozostał miejscem, w którym wiele się dzieje, także pod względem kulturalnym. Na początku lat dwutysięcznych ówczesny przeor, o. Maciej Złonkiewicz, wprowadził zwyczaj organizowania dorocznych jarmarków dominikańskich, przy kościele nie brak grup religijnych, podtrzymywany jest także kult różańcowy, a raz w tygodniu odprawiana jest msza za wstawiennictwem św. Dominika.
Wspomniany ojciec podjął decyzję o ponownej (poprzednia była w 1996 roku) konserwacji obrazu. Impulsu dostarczyła malarka i konserwator z krakowskiej ASP, Małgorzata Sokołowska. Poprosiła ona o możliwość obejrzenia z bliska wizerunku i po oględzinach zakomunikowała o. Złonkiewiczowi, że pod warstwą malarską pojawiły się pęcherzyki powietrza, konieczne jest zatem odnowienie obrazu. Matka Boża Dzikowska pojechała więc w 2004 roku do Krakowa, gdzie w setną rocznicę pierwszej koronacji poddano Ją gruntownym badaniom, łącznie z prześwietleniami i badaniami chemicznymi, a następnie rozpoczęto zabiegi konserwatorskie. Po powrocie do Tarnobrzega wspomniany przeor podjął decyzję o nienakładaniu ponownie na obraz sukienki, zarówno ze względu na umożliwienie podziwiania w pełni kunsztu, z jakim wykonano przedstawienie, jak i aby nie uszkodzić powierzchni malarskiej. Także z tego ostatniego powodu korony umieszczono na płytkach z pleksiglasu.
W 2024 roku sanktuarium doczekało się nowych elementów wystroju, mianowicie kamiennego ołtarza oraz ambonki. Pod względem wizualnym nawiązują one m.in. do znajdującego się w prezbiterium nagrobka Juliusza Tarnowskiego, który zginął jako młody chłopak w powstaniu styczniowym, oraz detali tabernakulum.
Fontanna
W mieście znajduje się jeszcze jeden element, który (nie wiem, na ile zgodnie z założeniem twórców) nawiązuje do wizerunku Matki Bożej Dzikowskiej. Jest to fontanna z 2004 roku, stojąca na Placu Bartosza Głowackiego. Jej głów-na część nawiązuje kształtem do krzewu róży i przypomina w dużej mierze rzeźbę, która znajduje się w ołtarzu głównym, pod obrazem Maryi. Na co dzień zasłania ją srebrna gwiazda, a więc wspomniane wyżej wotum Tarnowskich, dobrze można ją zobaczyć tylko z bliska. Jakakolwiek była inspiracja twórcy wodotrysku, miło, że kojarzący się tak maryjnie akcent znalazł się na głównym placu miasta.
Samo sanktuarium obecnie, po kolejnych remontach, wygląda wspaniale. Nadto wnętrze jest wypełnione, jak na tak wiekowy przybytek przystało, artefaktami przeszłości. Najcenniejsza pozostaje wciąż Ta, ku której odruchowo kieruje się wzrok każdego wchodzącego, czuwająca pod opieką dominikanów i rodziny Tarnowskich nad tutejszymi mieszkańcami już ponad 350 lat. I oby Jej opiece nie było końca.
Świadectwo

W XVII wieku szlachetnie urodzona Anna Zielińska, żona Szymona, zapadła na ciężką chorobę. Przyjaciele radzili jej, by prosiła o uzdrowienie Matkę Bożą w dzikowskim Obrazie, chora jednak uznała, że poszuka ratunku gdzie indziej.
Najpierw kazała się zawieźć do Sulisławic (Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej), a potem do Studzianny (Sanktuarium Świętej Rodziny), ale z tych podróży wróciła tylko bar-dziej chora i zmęczona. Wtedy przypomniała sobie o radach bliskich i przyszła, żałując swojego niedowiarstwa, do wskazanego przez nich miejsca modlitwy. Tu też została ostatecznie przywrócona do zdrowia.
Elżbieta Wiater
Fragment książki „Matka Boża Dzikowska”. Wyd. W Drodze, 2026. Polecamy: [LINK].







