Éric ZEMMOUR: Macrona wojna z koronawirusem

Macrona wojna z koronawirusem

Photo of Éric ZEMMOUR

Éric ZEMMOUR

Francuski pisarz, felietonista "Le Figaro". Kandydat w wyborach prezydenckich w 2022 r. Autor m.in. "Le Suicide français", "Destin français", "Francja nie powiedziała ostatniego słowa" (wyd. Wszystko co Najważniejsze, 2021). Absolwent Instytutu Nauk Politycznych w Paryżu. 

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Książka Érica ZEMMOURA “Francja nie powiedziała ostatniego słowa” wydana została przez Wydawnictwo “Wszystko co Najważniejsze” [LINK]. Publikujemy jej fragment.

Przez długi czas myślałem, że Macron to mniej wulgarny Sarkozy. Po raz pierwszy uświadamiam sobie, że jest on lepiej ubranym Hollande’em.

„Jesteśmy w stanie wojny… Jesteśmy w stanie wojny… Jesteśmy w stanie wojny…”. Powtórzone sześć razy. Bez obaw o emfazę czy śmieszność. Taka sama buńczuczna anafora jak u jego poprzednika. A przysięgał, że w niczym nie będzie go naśladował. Hollande miał być antymodelem jego prezydentury.

„Jesteśmy w stanie wojny”. Hollande powiedział to przed zgromadzeniem obu izb parlamentu w Wersalu w listopadzie 2015 roku po zamachu na teatr Bataclan. Macron odwołuje się do tej samej retoryki pięć lat później w obliczu wirusa. Trzeba przyznać, że z nich dwóch Macron jest bardziej groteskowy. Dżihadyści są przynajmniej żołnierzami, co prawda w wojnie asymetrycznej, ale którzy zabijają, ryzykując własnym życiem. Wiemy także, że Hollande wydał służbom specjalnym rozkaz zabicia każdego członka grupy, która przeprowadziła zamach.

Wypowiedzenie wojny wirusowi wydało mi się kiepskim żartem i nie byłem w tym osamotniony. Obruszył się na to także prezydent Niemiec.

Ale wojna czyni z ciebie mężczyznę. Zwłaszcza jeśli nigdy wcześniej na wojnie nie byłeś. To zresztą łączy Macrona z Sarkozym i Hollande’em: wszyscy trzej są z pokolenia, które nie zaznało wojny. Żyli i przejmowali władzę w okresie pokoju, najdłuższym w długiej francuskiej historii. Wojna jest dla nich konceptem PR-owskim. Bawią się w nią „na niby”, jak robią to dzieci. Pamiętam żywiołowy, niemal wzruszający, gdyż dziecięcy entuzjazm Hollande’a witanego w Mali jako wyzwoliciela i wykrzykującego do tłumu: „To jest najszczęśliwszy dzień w moim życiu politycznym”. Pamiętam nieskrywaną satysfakcję Sarkozy’ego wypowiadającego wojnę Kaddafiemu. Wojny tandetne, które w rzeczywistości były zwykłymi operacjami policyjnymi, przeprowadzonymi przez społeczność międzynarodową, ale które służyły naszym zniewieściałym liderom do zaspokajania niewielkim kosztem męskich fantazji.

Odkąd bowiem weszliśmy w erę atomową, nie było już prawdziwej wojny między mocarstwami. Retoryka wojenna daje naszym liderom sposobność do porównywania się z chwalebnymi poprzednikami. Macron pośród chorych w szpitalu mógł odegrać rolę Clemenceau, który odwiedzał żołnierzy w okopach.

Historyczna niewiedza rozzuchwala. Jest zarazem nieprzyzwoita i groteskowa.

Ale chwyćmy ich za słowo. Nie wiedząc tego, Hollande i Macron poszli śladami swoich przodków. Na tym polega francuski geniusz: początek wojny zawsze jest obwieszczany uroczyście, przy dźwiękach muzyki, która szybko zamienia się w kakofonię, a kakofonia w katastrofę. 1870, 1914, 1940: za każdym razem Francja jest niegotowa, Francja się cofa, Francja panikuje. W 1914 roku słynny „cud nad Marną” pozwolił zapanować nad sytuacją, ale za olbrzymią cenę. Francuscy żołnierze ubrani na starą modłę szarżowali z bagnetami na wroga wyposażonego w karabiny maszynowe. Niemieccy oficerowie podziwiali ich, wiedząc, że są wysyłani na rzeź przez spanikowane dowództwo. „Lwy prowadzone przez osły”. Przypomniałem sobie to powiedzenie, obserwując godne największego podziwu poświęcenie lekarzy i pielęgniarek pozbawionych masek, testów, respiratorów przez działania technokratów, którzy dobre zarządzanie w służbie zdrowia rozumieli jako likwidowanie łóżek i zamykanie szpitali.

Lwy prowadzone przez osły.

Przysłuchując się mglistym wystąpieniom Emmanuela Macrona, który uwięził całe społeczeństwo, nie mogłem powstrzymać się od sparafrazowania słynnego zdania generała de Gaulle’a zapisanego w pamiętnikach po spotkaniu z nieszczęsnym prezydentem Lebrunem w Pałacu Elizejskim: „Prezydent Macron pożegnał się. Ścisnąłem jego dłoń ze współczuciem i serdecznością. Jako szefowi państwa zabrakło mu zasadniczo dwóch rzeczy: nie był szefem i nie było państwa”.

Nasze państwo pokazuje niepokojące oznaki dezintegracji. Zjawisko to jest wypadkową dziesięcioleci dyskursu menedżerskiego, który zawsze forsował logikę przepływów zamiast logiki zapasów. To on wychwalał plusy delokalizacji naszej produkcji do Chin – tak leków, masek, respiratorów, jak wszystkiego innego. To on nazywał populistami tych nielicznych, którzy mówili o zagrożeniu dla „niepodległości narodowej”.

Ponieważ epidemia covid-19 jest w zasadzie momentem prawdy, można ją przyrównać do wojny. Po każdym wielkim konflikcie w historii objawiał się nowy hegemon. W 1648 roku po wojnie trzydziestoletniej była nim Francja, która weszła w „złoty wiek Ludwika XIV”. W 1815 roku po bitwie pod Waterloo hegemonem została Wielka Brytania, panując nad „imperium, nad którym słońce nigdy nie zachodzi”. Rok 1945 oznaczał początek dominacji Stanów Zjednoczonych. Koronawirus potwierdził, że słońce rzeczywiście wschodzi na Wschodzie. Nie tylko w Chinach, ale także w Korei Południowej, na Tajwanie, w Singapurze, a nawet w Japonii. Na Zachodzie Niemcy odpierają widmo upadku, opierając się na przemyśle i żelaznej organizacji, podczas gdy kraje łacińskie – Włochy, Hiszpania, Francja – liczą zmarłych, będących ceną za degradację, upadek i dryfowanie w stronę państw Trzeciego Świata.

Macron został wybrany, aby Francja stała się beneficjentem triumfującej nowoczesności, a tymczasem jest bezsilnym obserwatorem postępującej dewastacji, jaką owa nowoczesność przyniosła.

Macron został wybrany, aby Francja przeistoczyła się w start-up nation, grzebiąc sześć stóp pod ziemią stary ukochany kraj.

Tymczasem stary ukochany kraj, którym gardzono i który pochowano, budzi się z grobu na oczach aroganckiego, start-upowskiego prezydenta. Najpierw były „żółte kamizelki” – ci „bezzębni”, jak powiedział o nich Hollande, ci, którzy „nic nie znaczą”, jak stwierdził Macron, chcący odbić, choćby na jeden dzień w tygodniu, centra metropolii zawładnięte przez zwycięzców globalizacji. Następnie pojawił się wirus, który wymusił na naszym dziarskim prezydencie – owocu miłości Jacques’a Attalego i Alaina Minca, apostole wolnego rynku oraz piewcy nomadyzmu – przejrzenie na oczy i zrozumienie, jak ważny jest własny przemysł, jak kluczowe są „krótkie łańcuchy dostaw”, jak pilna jest relokalizacja przedsiębiorstw, jak wielkimi wartościami są naród, państwo i obywatele. Znalazły się pieniądze, które teraz płyną strumieniami, a minister finansów odkrywa socjalistyczne uroki kapitalizmu państwowego.

.Nie wiedząc już, co robić, Emmanuel Macron puścił z dymem to, co pokochał, i pokochał to, co puścił z dymem. Jego prezydentura jest jego drogą do Damaszku.

Éric Zemmour
Fragment książki “Francja nie powiedziała ostatniego słowa” (Wydawnictwo “Wszystko co Najważniejsze”, 2021). [LINK].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 20 lutego 2022