Eugénie BASTIE: Inteligencja nie może dezerterować

Inteligencja nie może dezerterować

Photo of Eugénie BASTIE

Eugénie BASTIE

Eseistka. Redaguje kolumny opinii w „Le Figaro”. Autorka m.in. głośnej krytyki feminizmu „Adieu mademoiselle”. Ostatnio ukazała się jej książka „La Guerre des idées: Enquête au cœur de l’intelligentsia française”.

Ryc. Fabien CLAIREFOND

Doprowadzono do sytuacji, w której każdy uczestnik debaty czuje się depozytariuszem swojej własnej „prawdy”, czyniąc z niej dogmat i starając się przekonać do niego opinię publiczną. Nikt nie przydaje wartości opiniom drugiego człowieka, a dojście do prawdy stało się już niemożliwe – pisze Eugénie BASTIE

W książce Le siècle des intellectuels (Wiek intelektualistów) z 1997 roku Michel Winock przywołuje Raymonda Arona i jego koncepcję „widza i uczestnika”, w myśl której intelektualista to ktoś „moralny, ale bez moralizowania, zaangażowany, ale nie zaślepiony, dający pierwszeństwo temu, co realne, nad tym, co jest projekcją własnej wyobraźni…”. Po czym dodaje: „Gdyby model ten miał się upowszechnić, bylibyśmy świadkami końca intelektualistów rozumianych jako świadomość zbiorowa społeczeństwa”.

Ćwierć wieku temu teza o „końcu historii” wydawała się uprawniona, tak bardzo bowiem poprzednie stulecie naznaczone było ideologiami. Nowa epoka nie potrzebowała już intelektualistów kreatorów zmian; odtąd mieli oni pełnić rolę strażników demokracji liberalnej. Dziś jednak obserwujemy powrót intelektualisty zaangażowanego. Przestrzeń publiczna, która w utopijnej wizji miała stać się teatrem przyjaznego ścierania się ze sobą opinii lekko tylko odmiennych, stała się areną jawnej i bezwzględnej walki. Z tym, co najgorsze: rzucaniem anatem, dyskredytowaniem oponentów, odrzucaniem pluralizmu. I z tym, co najlepsze: zamiłowaniem do debaty, wiarą, że idee mogą odmienić świat, przekraczaniem tabu.

„Każda dyskusja jest początkiem wojny”, pisał Alain. Walka na idee nigdy nie miała w sobie nic z uroczystego bankietu, idee nie są jakimś niedzielnym hobby, ale zmuszają ludzi do pełnego zaangażowania się w to, co w nich najistotniejsze – poszukiwanie prawdy.

Debata intelektualna a postprawda. To właśnie w tym aspekcie zmieniły się dziś najmocniej ramy sporu intelektualnego. Jest on bowiem kształtowany przez „żałobę po prawdzie”. W 2016 roku, roku brexitu i wyboru Donalda Trumpa, słowo postprawda (post-truth) zostało wybrane słowem roku przez wydawców Oxford English Dictionary. Zdefiniowano je jako „okoliczności, w których fakty obiektywne mają mniejszy wpływ na kształtowanie opinii publicznej niż odwoływanie się do osobistych emocji i opinii”.

A może zamiast uskarżać się na kłamstwa populistów i rozprzestrzenianie się coraz to nowych teorii spiskowych, należałoby się zastanowić, jaką odpowiedzialność za to osłabianie prawdy ponoszą intelektualiści? Kto bowiem metodycznie dekonstruował instytucje, kto podważał samo pojęcie autorytetu? Kto twierdził, że „prawda” nie istnieje, bo istnieje tylko to, co nam się subiektywnie wydaje? Kto w najbardziej banalnych wypowiedziach dopatrywał się obecności utajonej mocy? Kto rozprawiał się z wszelkimi oczywistościami pod pozorem walki z uprzedzeniami? Fakty i rzeczywistość nie istnieją, istnieje tylko ich interpretacja. Realizm jest reakcyjny. Oto, co wykłada się od czterdziestu lat na zachodnich uniwersytetach. „Postmodernistyczna pochwała kłamstwa wytrąca adwersarzom populistów oręż z dłoni”, twierdzi włoski filozof Maurizio Ferraris. „Postmodernizm chciał odtrąbić hymn ku czci wolności, ale wybrzmiały jedynie dźwięki kłamstw Donalda Trumpa”. Relatywizując prawdę, czyniąc z niej na zachodnich uniwersytetach jakąś starożytną metaforę, postmodernistyczna lewica umożliwiła nadejście potworów, których teraz sama nie jest w stanie pokonać.

Relatywizm i nietolerancja. Jak przenikliwie zauważył Allan Bloom w swoim arcydziele Umysł zamknięty, relatywizowanie prawdy stało się główną zasadą edukacji na Zachodzie. „Bez relatywizmu nie ma otwartego umysłu; otwarty umysł to jedyna cecha, jaką od ponad pięćdziesięciu lat stara się wpajać szkoła, jedyny cel nauczania. Otwartość – i relatywizm, który czyni z niej jedyną cnotę godną obrony przed dążeniem jednostek do życia w zgodzie z prawdą – stała się największą ideą naszych czasów”, pisze konserwatywny włoski filozof.

To właśnie ten mocno uwewnętrzniony relatywizm czyni niemożliwą wszelką debatę. Jak wyjaśniał szkocki filozof Alasdair MacIntyre w książce Dziedzictwo cnoty. Studium z teorii moralności, liberalne pojęcie „pluralizmu” jest tylko powierzchowną maską, która ma za zadanie przykryć fragmentację naszej moralności. Koncepcje moralne, którymi się posługujemy, są bowiem jedynie fragmentami dużo szerszych teorii moralnych, dziś już zapomnianych. Jesteśmy arystokratami, jeśli chodzi o sport, liberałami, jeśli chodzi o obyczaje, chrześcijanami z perspektywy naszej laickości, egalitarystami, gdy chodzi o podatki, utylitarystami we wszystkim innym. Nasze zasady moralne są nieprzeniknione, gdyż przynależą do kontekstów, których już nie ma.

Nie wiemy już tak naprawdę, dlaczego bronimy „praw człowieka”, ponieważ metafizyka, na której oparta jest godność osoby ludzkiej, została doszczętnie zniszczona. Z tej przyczyny także wszelka debata (postrzegana przecież jako sól demokracji w cywilizacji liberalnej) jawi się dzisiaj jako zupełnie jałowa: każdy z adwersarzy broni swoich przekonań i twierdzeń wywodzących się z odmiennych tradycji filozoficznych. W debacie o aborcji jedni powoływać się będą na uświęcony charakter życia ludzkiego, podczas gdy drudzy forsować będą ujęcie utylitarystyczne, w myśl którego cierpienie i przyjemność to jedyne wyznaczniki moralności. Bezterminowość wszelkich dyskusji jest według MacIntyre’a konsekwencją emotywizmu etycznego, którego granice rozszerza on na wszelką oświeceniową filozofię moralną. Konfrontują się ze sobą już nie spójne wizje świata, ale rozsypanka rozmaitych moralności.

Współczesna debata intelektualna rządzi się dwoma antagonistycznymi zasadami: relatywizmem i nietolerancją dla opinii adwersarza. Doprowadzono do sytuacji, w której każdy uczestnik debaty czuje się depozytariuszem swojej własnej „prawdy”, czyniąc z niej dogmat i starając się przekonać do niego opinię publiczną. Nikt nie przydaje wartości opiniom drugiego człowieka, a dojście do prawdy stało się już niemożliwe.

Dokonał się więc Nietzscheański sen o zniszczeniu bożków. Młot krytyki rozbił w pył Prawdę, Piękno i Dobro, a my, pogubieni i otępiali, próbujemy zbierać skorupy dawnych ideałów. Niektóre fragmenty wynosi się do roli nowych bóstw. Czynią tak zazwyczaj te sekty, które mniej przejmują się przekonywaniem do swoich racji, a bardziej interesuje je uciszanie adwersarzy. Na arenie, na której ścierają się punkty widzenia, wygrywa nie najsilniejszy, ale najsłabszy, ten, który w licytacji na wiktymizowanie adwersarza najskuteczniej zagra swoją narcystyczną raną. Każde ego jest depozytariuszem niedającej się przekazać wrażliwości. Batalię ideologiczną wygrywa ten, kto żali się najmocniej. Nie ma już opinii, są tylko odczucia; nie ma już rzeczywistości, są tylko interpretacje.

Czy w tym wielkim miszmaszu subiektywności intelektualiści mają jeszcze jakąś rolę do odegrania? Jeśli jakiś pojedynczy tweet jest w stanie rozpętać wojnę, jeśli zdjęcie utopionego dziecka otwiera granice, jeśli płeć i kolor skóry człowieka liczą się bardziej niż przesłanie jego utworu bądź wystąpienia, dociera do nas, że rozum jest już bezradny, że przestaje kierować biegiem historii. Uważam, że intelektualiści są nam potrzebni bardziej niż kiedykolwiek. Nie po to, aby stanowić awangardę, która ma przecierać szlaki historii, nie po to, by oświecać jak pochodnią rewolucyjne masy, ale po to, by podjąć skromną próbę niuansowania wszędzie tam, gdzie panoszy się manicheizm, powątpiewania – tam, gdzie rządzi zmysł krytyczny pijany swoją potęgą, racjonalizowania – tam, gdzie królują emocje i rozmowy, tam, gdzie ciska się już tylko anatemy.

„Cywilizacja jest rozmową” (Roger Scruton). Przywołam na koniec postać brytyjskiego intelektualisty, ale także przyjaciela. Opuścił nas w styczniu 2020 roku, umykając na czas przed rokiem pandemicznego kataklizmu. Scruton był dandysem, człowiekiem wolnym i dystyngowanym. Ucieleśniał radosny konserwatyzm, taki, który nie polega na konserwowaniu dorobku i przywilejów, ale na umiłowaniu piękna tego świata i trosce o jego dobro.

Dlaczego przywołuję jego postać? Roger Scruton zwierzył mi się, że podziwia Francję, którą postrzegał jako ziemię oporu wobec politycznej poprawności i dyktatury tożsamości. Spoglądał z zainteresowaniem na nowe pokolenie młodych konserwatystów i zapewne przeceniał ich realny wpływ. Był pod wrażeniem witalności intelektualnej Francji. Uwielbiał powtarzać, że cywilizacja jest rozmową. Wymianą. Siecią nici utkaną przez wieki historii, w której funkcjonujemy bez określonego celu. Dziełem świadomym i wolnym, które nie ma kresu, a jedynie horyzont: poszukiwanie uniwersalnej prawdy, której żaden człowiek nie posiada na wyłączność.

.Reperowanie nici tej przerwanej rozmowy jest zadaniem – jakże wymagającym – intelektualisty XXI wieku.

Eugénie Bastie
Tekst ukazał się w nr 31 miesięcznika opinii “Wszystko co Najważniejsze” [LINK].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 14 stycznia 2022
Fot. Juan MEDINA / Reuters / Forum