Ewa FABIAN: Biblioteka. Nie tylko książki

TSF Jazz Radio

Biblioteka. Nie tylko książki

Ewa FABIAN

Warszawska adwokat, entuzjastka nowych technologii, alumna Politechniki Warszawskiej, międzynarodowych kancelarii prawniczych i Instytutu Arbitrażowego SCC w Sztokholmie.

zobacz inne teksty autora

Ktoś może zapytać, po co nam biblioteki, skoro jest internet. Po co książka drukowana, skoro mamy komputery? Argumentujących w ten sposób odsyłam do opowiadania „Biblioteka Babel” J.L. Borgesa (1941) – pisze Ewa FABIAN

.Lata temu przez niecały rok mieszkałam w Szkocji. Niedawno udało mi się odwiedzić ten kraj ponownie i skonfrontować wspomnienie bycia młodą imigrantką z teraźniejszością. Na pierwszy plan wysunęła się niezwykle przyjazna szkocka biblioteka. Przypadkowo nastąpiło to akurat w momencie, kiedy w polskiej prasie pojawiły się propozycje, by otwierać biblioteki w niedzielę.

Kiedy wróciłam do Polski, aby rozejrzeć się za jakimiś studiami — nie miałam najmniejszego zamiaru studiować muzyki — pierwsza rzecz, jaką zrobiłam, był telefon do Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina. Zdumionej bibliotekarce zadałam pytanie, czy biblioteka jest otwarta dla wszystkich, także dla niestudentów. W odpowiedzi usłyszałam, że nie, biblioteka jest tylko dla studentów. Na tym skończyło się dla mnie wypożyczanie partytur.

Za moim pytaniem stała pewna historia. Mieszkając w Szkocji, zajmowałam się nauką języka, poznawaniem ludzi i kraju, okazjonalną pracą. Któregoś dnia zaszłam do pięknej Biblioteki Narodowej w Edynburgu. Prawdopodobnie po obejrzeniu kilku zabytkowych ścian zapytałam, czy można założyć kartę biblioteczną, ponieważ już po chwili taką kartę biblioteczną miałam w ręku. Założenie jej trwało dosłownie chwilę, a stanie się czytelniczką tej biblioteki było jednym z najprzyjemniejszych momentów w moim imigranckim życiu. Wydarzyło się to przy jakimś niewysokim biurku — miła pani wyjaśniła mi zasady w trzech zdaniach.

Z biblioteki korzystałam jak dziecko w sklepie z cukierkami. Nie ograniczałam się do wypożyczania powieści (co najbardziej pomagało mi w nauce języka), ale i bywałam w czytelni raz w tygodniu, by poczytać „The Economist” i „New Yorkera”, napisać kilka maili do rodziny i znajomych z tamtejszych komputerów, przeglądałam zbiory i po prostu czułam się tam fantastycznie. Właśnie z „New Yorkera” dowiedziałam się o śmierci Czesława Miłosza. W pierwszej chwili radość, że wiersz poety jest na pierwszej stronie, a chwilę później smutek, gdy pod wierszem zobaczyłam dwie daty zamiast jednej. Potem zajęłam się turystyką biblioteczną. Któregoś dnia odkryłam, że obok głównego gmachu biblioteki znajdował się jeszcze jeden: biblioteka muzyczna. Stamtąd można było wypożyczać nie tylko zbiory nut, ale nawet płyty CD. Zbiory te może nie były specjalnie imponujące, ale w zupełności mi wystarczały. Zresztą biblioteka w Edynburgu znajduje się w sąsiedztwie The Elephant House — kawiarni, w której powstała pierwsza część Harry’ego Pottera. Być może to sprawiało, że ciemne mury tego miasta były mniej dołujące i zdawały się kryć jakiś niewyczerpany potencjał komercjalizacji.

Podczas ostatniej podróży po Szkocji skupiłam się dla odmiany na Glasgow, gdzie moją uwagę przykuło Narodowe Konserwatorium Szkocji. Jest to wielki budynek z czerwonej cegły, utrzymany w starej, utylitarnej estetyce; wisi na nim wielki niebieski napis: „Life is not a rehearsal”. Życie to nie przesłuchanie. Trudno to lepiej ująć, pomyślałam, szczególnie w moim języku. Uznałam zatem spontanicznie, że muszę tę instytucję odwiedzić. Znów zdarzyło się coś podobnego do mojego doświadczenia sprzed lat, kiedy wyrobiono mi w pięć minut kartę biblioteczną, zanim zdążyłam się zastanowić, czy rzeczywiście jest mi to potrzebne. Przy samych schodach konserwatorium, na ulicy, znajdował się mały pulpit z informacją, że konserwatorium jest zachwycone tym, że jestem tutaj akurat dzisiaj, ponieważ ma dni otwarte. Po wejściu do budynku znalazłam biurko z broszurami i gadżetami, a po chwili byłam na darmowej wycieczce oprowadzanej po konserwatorium i przeglądałam ofertę nauczania ustawicznego, gdzie jedną z pozycji były „techniki przełamywania tremy” za 70 funtów szterlingów w programie „otwartym dla wszystkich”.

Konserwatorium jest piękną, jasną, świetnie zarządzaną i nowoczesną instytucją kultury. Broszury i strona internetowa zachwycają, podobnie jak koncerty i przedstawienia. Oprowadzający wycieczkę nie zapomnieli poinformować, że od tego roku ich szkoła plasuje się na trzecim miejscu na świecie (po Juilliard School w Nowym Jorku i Royal College of Music w Londynie). Jak stwierdzili, przyczyniło się do tego wcześniejsze rozbudowanie infrastruktury, w szczególności wybudowanie wielu nowych pomieszczeń do przeprowadzania prób. Tych jest zawsze za mało, a wokół grafiku prowadzone są „regularne działania wojenne”. W salach koncertowych podziwialiśmy drewniane panele wytłumiające dźwięk i wędrujące fortepiany (konserwatorium ma ich ponad 30 i musi je nieustannie przenosić, bo przestają się mieścić). W korytarzach wisiały wystawy instrumentów w gablotach, podsłuchiwaliśmy próby studentów, ale moją uwagę znowu przykuła biblioteka. Whittaker Library posiada obecnie ponad 110 000 woluminów, ogromne zbiory elektroniczne i świetnych ekspertów z każdej z dziedzin nauki w konserwatorium. Dziedziny te to nie tylko muzyka klasyczna, w tym balet i opera, ale również folk (ważny element szkockiej kultury), teatr, film, produkcja artystyczna i wiele innych. Same pomieszczenia biblioteki są przytulne, jasne i przemyślane. I najważniejsze: biblioteka jest, jak nam od razu powiedziano, „open to the public”. Gdybym mieszkała dzisiaj w Szkocji, mogłabym z tej biblioteki normalnie korzystać. Mogłabym napisać muzycznego Harry’ego Pottera w kawiarni na pierwszym piętrze w lobby.

Niedługo przed wyjazdem do Szkocji przeczytałam artykuł prof. Jana M. Piskorskiego „Władza nie nauczy nas wolności” („Plus Minus”, magazyn „Rzeczpospolitej”, 25.08.2017). Był tam taki fragment: „Przykładem pierwszym z brzegu gorąco dyskutowana niedziela wolna od handlu. Nasi eksperci twierdzą, że obniży ona obroty sklepów, choć największej gospodarce Europy jakoś to nie przeszkadza. Że przysłuży się spójności wspólnoty, która zachowa jasno określony i wszystkim dostępny czas na refleksję, nie dostrzegają. Z perspektywy nowych demokracji wiele do myślenia daje fakt, że przejęły one amerykański handel niedzielny, ale już nie otwarte biblioteki. Odwrotnie niż w Szwajcarii, gdzie w niedzielę otwiera się próbnie biblioteki, podczas gdy sklepy pozostają zamknięte. Szwajcarzy dowodzą, że w dobrze zorganizowanym państwie handel niedzielny zwiększa tylko koszty, ale nie obroty”.

Nie chcę wypowiadać swojego zdania na temat handlu w niedzielę, natomiast chętnie wypowiem się na temat otwierania bibliotek.

Oczywiście należy otwierać biblioteki. I to nie tylko w niedzielę, ale także dla osób o niepewnej przynależności do naszego kraju. Na przykład dla imigrantów zarobkowych ze Wschodu. Moim najlepszym doświadczeniem jako imigrantki była dostępność szkockiej biblioteki. Co zapamiętają z naszego kraju ludzie próbujący odnaleźć się w polskiej rzeczywistości? Czy zapamiętają niekończące się kolejki w urzędach, czy ciszę jakiejś przyjaznej instytucji kultury?

Ktoś może zapytać, po co nam biblioteki, skoro jest internet. Po co książka drukowana, skoro mamy komputery? Argumentujących w ten sposób odsyłam do opowiadania „Biblioteka Babel” J.L. Borgesa (1941). Jest to opowiadanie o bibliotece, w której znajdują się „książki” określonej objętości, obejmujące wszystkie kombinacje wszystkich podstawowych liter, przecinków, kropek i spacji. Pewna odsłona takiej biblioteki już istnieje, i to od niedawna już nie tylko w wersji tekstowej, ale także w wersji wszystkich możliwych obrazów rozumianych jako kombinacje pikseli w podstawowych 4096 kolorach. Co taka „biblioteka wszystkiego” w internecie może dać człowiekowi?

.W opowiadaniu Borges zaproponował przejmującą tezę, że jedyne, co taka biblioteka daje, to podziały i szaleństwo upadającej ludzkości. Dlatego zamiast wstydzić się swoich zasobów albo się bać, czy ktoś nie ukradnie z biblioteki pierwszej części Harry’ego Pottera, dobrze by było te instytucje odkurzyć i otworzyć. Ich cicha atmosfera ma do zaoferowania przyjazne wytchnienie.

Ewa Fabian

1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Iza napisał(a):

Pani Ewo banalnie prosty, a taki genialny pomysł. To co – tworzymy własną otwartą bibliotekę czy przejmujemy w weekendy już te istniejące? :)

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam