Galia ACKERMAN: Boris Nadieżdin – złudna nadzieja

Boris Nadieżdin – złudna nadzieja

Photo of Galia ACKERMAN

Galia ACKERMAN

Moskwianka, od 1984 roku mieszka w Paryżu, wieloletnia dziennikarka Radio France International, autorka m.in. Le Régiment immortel. La Guerre sacrée de Poutine (2019), Traverser Tchernobyl (2016).

Boris Nadieżdin, głoszący hasła antywojenne rosyjski polityk, nie został dopuszczony przez Centralną Komisję Wyborczą do udziału w marcowych wyborach prezydenckich w Rosji. Kim jest ten, który miał być jedynym oficjalnym konkurentem dla Władimira Putina – pisze Galią ACKERMAN

.Media na Zachodzie interesują się postacią Borisa Nadieżdina, niezarejestrowanego wciąż kandydata w wyborach prezydenckich w Rosji – wyborach, których wynik jest z góry przesądzony. To zainteresowanie jest w dużej mierze związane z tym, że Nadieżdin (nazwisko ma źródłosłów „nadieżda”, czyli: nadzieja) budzi nadzieję w środowiskach kontestujących reżim Putina jako ten, który opowiada się otwarcie za natychmiastowym zatrzymaniem wojny.

Gdy jednak popatrzymy bliżej, program Nadieżdina jest nie do przyjęcia dla tych, którzy uważają, że rosyjska wojna przeciwko Ukrainie jest wielkoskalową agresją, i domagają się bezwarunkowego wycofania wojsk rosyjskich z najmniejszej nawet okupowanej części ukraińskiego terytorium.

Jego oficjalna strona internetowa krytykuje wojnę (zwaną „specjalną operacją wojskową”) tylko dlatego, że nie przyniosła spodziewanych rezultatów i zbyt dużo kosztuje rosyjską gospodarkę i demografię. Następnie Nadieżdin domaga się szacunku dla rosyjskich żołnierzy, którzy „ryzykują życie i przelewają krew”, spełniając „swój obowiązek”. Ani słowa skruchy za zbrodnie popełniane przez tychże żołnierzy, ani słowa współczucia dla ukraińskich ofiar wśród cywilów, ani słowa o systematycznym niszczeniu kraju! Nadieżdin uważa wręcz, że Ukraińcy cieszą się mniejszymi swobodami niż mieszkańcy Federacji Rosyjskiej…

.Co gorsza, Nadieżdin wzywa do natychmiastowego zawieszenia broni i negocjacji. Co do przyszłości terytoriów okupowanych (które nadal mają być okupowane po zawieszeniu broni) proponuje zorganizowanie tam referendów (sic!). W jednym z wywiadów wypowiedział się przeciwko pozostawaniu Zełenskiego u władzy, wątpiąc, czy ten „będzie w stanie wynegocjować rozejm”. W przypadku zwycięstwa Nadieżdin proponuje więc negocjacje z nowym ukraińskim prezydentem, a przede wszystkim z zachodnimi „sponsorami” Ukrainy. To niewiele odbiega od oficjalnej rosyjskiej narracji: Rosja mogłaby zadowolić się podpisaniem zawieszenia broni, w każdym razie tymczasowego, gdyby nowy reżim ukraiński przyjął postawę prorosyjską i zgodził się na definitywne porzucenie nie tylko obecnie okupowanych przez Rosjan terytoriów, ale także tych, które znajdują się pod kontrolą Ukrainy w czterech częściowo okupowanych obwodach (Donieck, Ługańsk, Chersoń i Zaporoże), gdyż obwody te zostały oficjalnie przyłączone do Federacji Rosyjskiej.

Sprzeciw wobec Putina jest tak silny w łonie rosyjskiej opozycji na emigracji, że duża jej część, z wyjątkiem Garriego Kasparowa i paru innych osób, jednomyślnie popiera kandydaturę Nadieżdina. Po raz pierwszy zwolennicy Nawalnego, jak na przykład Chodorkowski, wzywają do zbierania podpisów pod kandydaturą Nadieżdina. Dzięki temu apelowi ten radny miejski z obwodu moskiewskiego, z jawnie liberalną przeszłością, który często występował w programach rosyjskiej telewizji, pełniąc tam rolę worka treningowego, zebrał już ponad 160 tysięcy podpisów – co zresztą wciąż nie spełnia wymogów tamtejszej komisji wyborczej ze względu na kwoty głosów przydzielane poszczególnym regionom.

Chcąc nie chcąc, Nadieżdin przyjmuje rolę, jaką w wyborach prezydenckich w 2012 i 2018 roku odgrywali już inni kandydaci, m.in. oligarcha Michaił Prochorow i prezenterka telewizyjna Ksienija Sobczak. Byli oni wykorzystywani przez propagandę Kremla, aby pokazać społeczeństwu, ale także na zewnątrz, że opozycja jest możliwa, co wszak nie prowadziło do jakiejkolwiek destabilizacji władzy Putina.

Od poprzednich wyborów prezydenckich w Rosji wiele się jednak zmieniło. Kary za jakąkolwiek formę manifestacji przeciwko wojnie są tak dotkliwe, że jest nie do pomyślenia, aby ktokolwiek, kto odstąpi od oficjalnej linii, choćby w najmniej istotnych kwestiach, mógł prowadzić kampanię. Kilka dni temu w programie LCI Jean-François Bouthors dał do zrozumienia, że celem „operacji Nadieżdin” jest uzyskanie wykazu popierających go osób. Wielu innych komentatorów uważa, że ​​reżim jak gdyby zarzuca sieć. Dzieje się to w czasie, gdy rosyjscy propagandyści domagają się, aby wszyscy, a w każdym razie każda osoba publiczna, jasno się „określili”: czy popierają „specjalną operację wojskową”, czy nie. Kraj pędzi na łeb na szyję w stronę stalinowskiej przeszłości, a „demaskowanie” „wrogów wewnętrznych” wydaje się coraz pilniejszą potrzebą.

Niezależnie od intencji reżimu to frenetyczne poparcie części społeczeństwa i wielu Rosjan na emigracji dla Nadieżdina jest haniebne, ponieważ te wybory odbędą się nie tylko w Rosji, ale także na okupowanych przez nią terytoriach Ukrainy. W tej sytuacji jedyną przyzwoitą postawą powinien być bojkot wyborów, dla których administracja prezydenta już wyznaczyła minimalny poziom frekwencji (79 proc.) i poparcia dla Władimira Putina (80 proc.). Jak zauważa żyjący na emigracji filozof Aleksander Morozow: „Samo wsparcie ze strony sztabu Chodorkowskiego, Katza i Nawalnego to polityczna śmierć Nadieżdina. Stał się on obecnie – w języku Naryszkina, Patruszewa i Pamfiłowej – narzędziem »zewnętrznej ingerencji w wybory w Rosji«”. Nadieżdin albo wyjedzie z kraju, albo postara się zrobić wszystko, żeby po 17 marca wrócić do politycznego show na kanale pierwszym państwowej telewizji. Z drugiej strony, wspierając kandydaturę Nadieżdina, przeciwnicy reżimu wspierają wybory na okupowanych terytoriach.

.Powiedzmy to sobie otwarcie: można w pełni zrozumieć zwykłych Rosjan popierających Nadieżdina. W skali kraju liczącego 146 milionów mieszkańców 160 tysięcy to niewiele, ale ci ludzie widzą w tym swoim geście poparcia rodzaj protestu, z przekonaniem, że w ten sposób wyrażają swój sprzeciw wobec Putina, a jednocześnie nie ryzykują ukaraniem przez reżim. Ale co innego rosyjscy dysydenci poza Rosją. Ci popełniają poważny błąd. Ich jedyną spójną strategią powinno być uznanie całkowitej bezprawności tych wyborów (po aneksji Krymu w 2014, a tym bardziej po zmianie konstytucji w 2020 i frontalnej agresji na Ukrainę w 2022 roku). A co powiedzieć o zachodnich mediach, dla których Nadieżdin jest powiewem nadziei, jak gdyby demokratyczna przyszłość Rosji nadal była możliwa? Być może na to właśnie liczy Kreml.

Galia Ackerman
Tekst pierwotnie ukazał się w jęz. francuskim na znakomitym portalu opinii „Desk Russie” [LINK].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 8 lutego 2024
Fot. Maxim SHEMETOV / Reuters / Forum