Kacper PŁAŻYŃSKI: Wszystkie pionki Putina. Rosyjski lobbing

Wszystkie pionki Putina. Rosyjski lobbing

Photo of Kacper PŁAŻYŃSKI

Kacper PŁAŻYŃSKI

Poseł na Sejm RP. Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego. Zaangażowany w rozwój społeczeństwa obywatelskiego w Gdańsku aktywnie wspierający organizacje pozarządowe i oddolne ruchy miejskie.

zobacz inne teksty Autora

Ratowanie świata przed zagładą klimatyczną to kolejna faza operacji mającej uczynić z RFN mocarstwo moralne. Wcześniej na pierwszym planie był pacyfizm, który odpowiedzialne za horror drugiej wojny światowej Niemcy przyjęły za ideologię państwową – pisze Kacper PŁAŻYŃSKI

.Drogę neoimperialnego marszu Rosji brukowano ideami będącymi odniesieniem dla dzisiejszych europejskich elit i instytucji: parareligijnym klimatyzmem, usakralizowaniem liberalnej demokracji, obyczajowym i społecznym tolerancjonizmem oraz antyamerykańskim pacyfizmem. W wykonaniu Zachodu mieliśmy tu do czynienia z mieszanką cynizmu (tego było najwięcej), konformizmu i wynikającej z niechęci do własnego dziedzictwa podatności na obce wpływy. A także, rzecz jasna, ze zwykłą głupotą.

Energiewende — po polsku „zwrot energetyczny” — to niemiecki program transformacji energetycznej, mającej być odpowiedzią na wywołane przez człowieka zmiany klimatyczne. Zakłada on zastąpienie paliw kopalnych odnawialnymi źródłami energii. Energiewende wykluwał się od lat 80., a jego korzenie sięgały lat 70. ubiegłego wieku, kiedy w ramach nowej Ostpolitik Republika Federalna Niemiec rozpoczęła gazową współpracę z Sowietami. Rodzicami ostatecznego kształtu są Gerhard Schröder i Angela Merkel. Kanclerz z SPD wprowadził postulat konieczności dokonania transformacji energetycznej w oficjalny obieg rządowy, podkreślając kluczowe znaczenie rezygnacji z paliw kopalnych dla przyszłości Niemiec i świata. Schröder zastosował przy tym tak dobrze znaną nam dzisiaj hiperbolizację języka, jakim opisywane są zagadnienia klimatyczne — to kolega Putina opowiadał, że Energiewende nie jest jakąś tam zmianą preferowanych źródeł energii, a panaceum na wszelkie utrapienia współczesności. Dla przykładu, niemiecki plan proklimatyczny miał być zdaniem Schrödera skuteczną bronią w wojnie z międzynarodowym terroryzmem.

Angela Merkel utrzymała kurs i wzmocniła retorykę. To ona rozpoczęła formułowanie „celów klimatycznych”, a wystąpieniem na sesji ONZ w 2007 roku, kiedy nazwała walkę ze zmianami klimatycznymi „zadaniem globalnym, które dotyczy wszystkich”, Klimakanzlerin zasiadła na tronie liderki światowego obozu proklimatycznego. Podjęcie się zadania „ratowania planety” miało być jej spuścizną, zapewniającą trwałe miejsce w panteonie najważniejszych polityków nowoczesnej Europy.

.Tu krótka dygresja. Bladym odbiciem tych marzeń są postulaty formułowane przez mini-Merkel, obecną szefową Komisji Europejskiej Ursulę von der Leyen. Mimo pandemii, wojny i największego od dekad kryzysu gospodarczego von der Leyen podziela marzenia swojej dawnej szefowej, pragnąc być zapamiętana jako ta, która zatrzymała katastrofę klimatyczną. Nie mam wątpliwości, że uparte trzymanie się twardego, ideologicznego kursu skończy się dla von der Leyen tak, jak w przypadku Merkel — klęską i wstydem.

Energiewende oznaczał przede wszystkim odejście od węgla jako najbrudniejszego źródła energii. Rząd Schrödera poszedł jednak znacznie dalej, podejmując decyzję o zamknięciu niemieckich elektrowni atomowych i opracowując harmonogram wyłączania kolejnych zakładów. Ani w czasach Schrödera, ani obecnie odnawialne źródła energii nie mogły zapewnić Niemcom wystarczającej ilości energii, jasne więc się stało, że paliwem „przejściowym” musi być gaz. Tuż przed odejściem z urzędu kanclerz zapewnił możliwość budowy Nord Stream. Umowę, w obecności pary serdecznych przyjaciół Schrödera i Putina, podpisały 8 września 2005 roku rosyjski Gazprom oraz niemiecki E.ON Ruhrgas i BASF. Gazociągiem Północnym miało popłynąć z Rosji do Niemiec 55 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie. Rząd Angeli Merkel wspierał rosyjską inwestycję, a wykorzystując katastrofę elektrowni w Fukushimie, Klimakanzlerin postanowiła przyspieszyć program uwolnienia Niemiec od atomu.

„Podążając za ekologicznymi organizacjami pozarządowymi, Niemcom prawie udało się narzucić reszcie UE rezygnację z energii jądrowej. Zielona doktryna, którą Niemcy narzucają Polsce i innym państwom członkowskim, to z jednej strony iluzja redukcji globalnej emisji CO2, a z drugiej rezygnacja z energetyki jądrowej. Ta niechęć do energii jądrowej prowadzi do postrzegania polityki energetycznej wyłącznie przez pryzmat energii elektrycznej. Jest to poważny błąd, ponieważ zapotrzebowanie na energię elektryczną stanowi w UE średnio tylko 23 procent końcowego zapotrzebowania na energię. Główną energią końcową jest ciepło, dlatego 70 procent gazu ziemnego zużywanego w UE służy do produkcji ciepła. Jak Niemcy będą ogrzewać domy i fabryki i jak będą produkować ciepło, którego potrzebują wszystkie procesy przemysłowe?” — pytał na portalu Wszystko Co Najważniejsze prof. Samuele Furfari. Jego ocena zwraca uwagę, bo Furfari nie jest jakimś zdziwaczałym „klimatycznym negacjonistą”. Swoją drogą — okropne pojęcie, którym okłada się po równo prostaków, dla których śnieg w styczniu jest dowodem, że nie ma żadnych zmian klimatu, jak i tych, którzy słusznie kwestionują sensowność poszczególnych polityk klimatycznych czy wskazują na fakt, że za niewspółmiernie do efektów kosztowną transformację zapłacą przede wszystkim przeciętnie i słabo zarabiający mieszkańcy Europy. Furfari nie tylko przez 36 lat był urzędnikiem Komisji Europejskiej, ale zajmował się tam właśnie kwestiami energetyki.

„Polityka energetyczna stała się ofiarą ideologicznych targów. Obywatele ryzykują, że słono zapłacą za energię, która powinna być tania, a niektórzy mogą nawet cierpieć z powodu mrozu tej zimy, ze względu na Energiewende — niemiecki polityczny eksperyment narzucony całej Unii Europejskiej. Ważne jest, aby być tego świadomym. Teraz nadszedł czas, aby działać i przestać marzyć o szybkiej transformacji energetycznej” — powiada Furari. „Ludzie borykający się z niebotycznymi rachunkami za energię powinni pamiętać, że są one wynikiem niemieckiej ideologii zwanej Energiewende, której celem jest zniszczenie energii jądrowej i paliw kopalnych. Strategia ta jest realizowana w całości lub częściowo również przez inne rządy europejskie. Kryzys na Ukrainie tylko zaostrzył ten problem, ale to nie Władimir Putin wymyślił kryzys, w którym pogrążyły nas Niemcy. Ceny energii zaczęły rosnąć już we wrześniu 2021 roku, pięć miesięcy przed wybuchem wojny. Jesteśmy ofiarami niemieckiej polityki Energiewende i związanego z nią uzależnienia od importu rosyjskiego gazu” — wskazywał ekspert.

.Mimo szkodliwej nieracjonalności Energiewende „niesamowita maszyna PR-owa sprawiła, że w Europie wzorem przebudowy systemu energetycznego są Niemcy, a nie Brytyjczycy, którzy m.in. wytyczyli znacznie skuteczniejszą drogę dekarbonizacji niż ta niemiecka”. W związku z pozycją Niemiec jako najsilniejszego kraju Unii Europejskiej doktryna Schrödera i Merkel miała oczywisty wpływ na kierunek unijnych rozwiązań w zakresie transformacji energetycznej. Republika Federalna nie szczędziła pieniędzy i czasu, żeby budować coś, co nazwano nad Łabą dyplomacją klimatyczną (Klimadiplomatie), a szerzej Umweltaußenpolitik (zagraniczna polityka ekologiczna). W teorii chodziło o budowanie politycznego konsensusu jak największej liczby państw wokół konieczności tak czy inaczej (to się wszak zmieniało) rozumianego zapobiegania gwałtownym zmianom klimatycznym. W praktyce — poszukiwanie polityk mających jakoby uchronić nas przed końcem świata było (i jest, czego dowodzą chociażby oficjalne informacje rządu RFN na temat polityki zagranicznej tego państwa w 2022 roku) niezwykle wygodnym narzędziem budowania niemieckiej dominacji na kontynencie. Na Umweltaußenpolitik składają się oczywiście działania na rzecz środowiska naturalnego, ale także obszar badań i rozwoju, polityka handlowa, zdrowotna oraz, co znamienne, polityka bezpieczeństwa. Niemcy, jak na światowe centrum klimatyzmu przystało, utrzymują na swoim terytorium jego ważne ośrodki, jak organizujący coroczne szczyty klimatyczne COP Sekretariat Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (UNFCCC) czy Centrum Innowacji i Technologii Międzynarodowej Organizacji Energii Odnawialnej (IRENA). Działania proklimatyczne zakrojone na gigantyczną skalę (wystarczy przyjrzeć się chociażby ich aktywnościom w Polsce) prowadzą niemieckie organizacje pozarządowe, od chadeckiej Konrad-Adenauer-Stiftung, przez Fundację im. Heinricha Bölla niemieckiej partii Zielonych, po socjaldemokratyczną Friedrich-Ebert-Stiftung.

Niestety, Niemcy osiągnęły spektakularny sukces. Wdrożony przez to państwo model transformacji energetycznej stał się jedynym obowiązującym. Ci, którzy chcieli inwestować w atom, a nie kupować gaz od Putina, mieli być dyscyplinowani — jak atakowana przez niemieckie media i organizacje pozarządowe Polska. Umowa koalicyjna zawarta pomiędzy CDU/CSU i SPD w 2018 roku oficjalnie i w sposób otwarty nakazywała powstającemu rządowi walkę o zakaz wykorzystywania unijnego i państwowego wsparcia dla jakichkolwiek projektów jądrowych w UE. Niemcy domagały się, by planując programy strukturalne na czas wychodzenia z kryzysu spowodowanego pandemią koronawirusa, kraje Unii Europejskiej nie oszczędzały na ochronie klimatu. Bacznie obserwując rosnące sondaże Zielonych, ostatni rząd Merkel tylko zaostrzał proklimatyczną retorykę, zapowiadając radykalne przyspieszenie odchodzenia od węgla i innych emisyjnych źródeł energii. Niemcy miały osiągnąć neutralność klimatyczną szybciej niż reszta UE, co miało potwierdzić ich dziejową misję i wyjątkową rolę.

.Rosnące ceny energii, a także coraz bardziej realne zagrożenie pełnoskalową inwazją Rosji na Ukrainę nie zatrzymały niemiecko-unijnego marszu ku świetlanej przyszłości. „Niemcy postawiły na radykalny sposób wdrażania założeń Europejskiego Zielonego Ładu” — narzekał w styczniu 2022 roku premier
Czech Petr Fiala, krytykując m.in. zamykanie niemieckich elektrowni atomowych i nieuwzględnianie sytuacji krajów, które, jak Czechy, sporą część energii czerpią z węgla.

Także po szturmie na Kijów, masakrze w Buczy i wielu miesiącach krwawych walk problem zmiany klimatu stał najwyżej na agendzie uzależnionej politycznie od Niemiec Komisji Europejskiej. Przejście na wyłącznie odnawialne źródła energii ma teraz nie tylko ratować klimat, ale i dobić Putina. „W żadnym wypadku nie może być powrotu do uzależnienia od rosyjskich paliw kopalnych” — mówiła w styczniu 2023 roku Ursula von der Leyen, wzywając państwa do konsekwentnego przechodzenia na OZE. Trzeba przyznać, że w ustach minister rządu Angeli Merkel słowa te brzmią wyjątkowo cynicznie.

„Specjalne relacje”, jakie Niemcy miały z Rosją — czołowym producentem gazu, centralne położenie RFN czy sieć połączeń logistycznych z sąsiadami ustawiały Berlin na pozycji niekwestionowanego hegemona gospodarczego i politycznego. Dzięki Nord Stream Niemcy miały więcej gazu, niż potrzebowały; stawały się hubem dla tego surowca. Przed pandemią RFN handlowała wolumenem 30 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie, a możliwości te miały znacznie wzrosnąć dzięki Nord Stream 2. Ostatecznie chodziło więc o to, żeby odsprzedawać Europie rosyjski gaz, jeszcze bardziej ugruntowując pozycję lidera gospodarczego Niemiec i uzależniając od siebie państwa mniejsze i biedniejsze. „Idea genialna w swojej prostocie, prawda?” — konstatował Jakub Wiech, nadając swojej książce o Energiewende podtytuł „Nowe niemieckie imperium”.

Po 24 lutego 2022 roku niemieckie władze zapowiedziały zmiany w koncepcji Energiewende (m.in. poprzez budowę gazoportów na LNG), a wicekanclerz i minister gospodarki Robert Habeck mówił o skutkach energetycznego zwrotu zaordynowanego przez Berlin: „Wiemy to i musimy to przyznać, że przez ostatnie 20 lat wmanewrowaliśmy się w jeszcze większą zależność od importu energii z paliw kopalnych z Rosji”. Jednocześnie poszczególne niemieckie partie licytowały się, która z nich ponosi większą odpowiedzialność za katastrofę. Tymczasem rację miał były doradca gospodarczy Angeli Merkel Lars-Hendrik Röller, który, broniąc dorobku swojej szefowej, powiedział prawdę: w sprawie rosyjskiego gazu „istniał wewnętrzny konsensus polityczny, w który wszyscy byli zaangażowani”.


.Ratowanie świata przed zagładą klimatyczną to kolejna faza operacji mającej uczynić z RFN mocarstwo moralne. Wcześniej na pierwszym planie był pacyfizm, który odpowiedzialne za horror drugiej wojny światowej Niemcy przyjęły za ideologię państwową. Berlin konsekwentnie budował swoją pozycję „nie za pomocą hard power ([Niemcy] mogły sobie na to pozwolić za sprawą stacjonowania na terenie RFN sporego amerykańskiego kontyngentu wojskowego), ale przy użyciu soft power — statusu globalnego ambasadora liberalnej demokracji, jakości gospodarki sygnowanej ikonicznym made in Germany czy wreszcie mitu kraju, który rozliczył się z trudną przeszłością”.

Niemiecka lewica radośnie wiązała się z ruchem pokojowym rozwijającym się w Europie Zachodniej i USA za sprawą Sowietów. Zaszczepiały go fasadowe organizacje, z założoną i kontrolowaną przez KGB Światową Radą Pokoju (World Peace Council) na czele. Apogeum ruchu pokojowego przypadło na lata 80. XX wieku, które upłynęły pod znakiem protestów przeciwko Stanom Zjednoczonym i NATO w związku z planem rozmieszczenia na Zachodzie amerykańskich pocisków średniego zasięgu. Najliczniejsze i najgwałtowniejsze protesty miały miejsce w Republice Federalnej Niemiec. Stymulowała je enerdowska tajna policja Stasi, która w znacznym stopniu kontrolowała zachodnioniemieckich pacyfistów. Aktywiści pacyfistyczni byli wśród twórców współrządzącej dziś Niemcami Partii Zielonych, a radykalnie marksistowską, pacyfistyczno-antynatowską frakcją SPD dowodził w latach 80. dzisiejszy kanclerz Olaf Scholz. „SPD obaliła swojego kanclerza Helmuta Schmidta, Zieloni po raz pierwszy weszli do Bundestagu, a w tle za sznurki pociągali agenci radzieccy i wschodnioniemieccy” — przypominał wydarzenia z lat 80. polityk niemieckiej FDP Alexander Graf Lambsdorff.

Po zjednoczeniu Niemiec SPD kontynuowała pacyfistyczny i antynatowski kurs. Chadecy z kolei „chcieli zadowolić zielonoalternatywne środowiska metropolitalne”. Dlatego, jak dowodził były naczelny „Handelsblatt” Gabor Steingart, „pozwolili na niedofinansowaną Bundeswehrę ze zniesioną obowiązkową służbą wojskową. Dlatego właśnie wysłali celowy sygnał o swojej militarnej niemocy, mianując na to stanowisko Annegret Kramp-Karrenbauer, a wcześniej Ursulę von der Leyen. Polityka Merkel wobec Rosji była niczym innym jak pacyfizmem w oliwkowej zieleni” — pisał Steingart.

Niemiecki ruch antywojenny ma silne oparcie w elitach kulturalnych i dziennikarskich, wśród których nienawiść do wojny idzie zazwyczaj w parze z miłością do Rosji. Ikona niemieckiego pacyfizmu (a zarazem matka tamtejszego feminizmu) jest czołową, chyba najbardziej bezwstydną wśród bezwstydnych miłośniczką Moskwy. Alice Schwarzer, bo o niej mowa, jako przedstawicielka „drugiej fali feminizmu”, walczyła skutecznie o zliberalizowanie przepisów dotyczących aborcji w Niemczech. W założonym przez nią piśmie „Emma” publikują intelektualiści i gwiazdy niemieckiego życia publicznego; to tutaj po szturmie na Kijów ogłaszane były płomienne listy niemieckich uczonych, artystów i dziennikarzy domagających się „zatrzymania wojny” — oczywiście poprzez zaakceptowanie warunków Putina. Kolejny i z pewnością nie ostatni z takich haniebnych apeli, sporządzony w lutym 2023 roku przez Schwarzer i Sahrę Wagenknecht Manifest dla pokoju, został podpisany przez 69 prominentnych przedstawicieli niemieckich elit. Wśród nich byli politycy (z byłym wiceszefem Komisji Europejskiej Günterem Verheugenem na czele), naukowcy, artyści, znani prawnicy, biznesmeni i szefowie izb gospodarczych a także popularni aktorzy, muzycy i osobistości medialne. Wszyscy oni domagali się od Scholza „natychmiastowego zaprzestania dostarczania broni” walczącym o przetrwanie Ukraińcom.

To nie żaden margines, to czysty mainstream. Ze Schwarzer muszą liczyć się niemieccy politycy, z kanclerzami włącznie. Feministka numer jeden podziwiała, z wzajemnością zresztą, Angelę Merkel, dzięki której świat rzekomo „uniknął wojny światowej”.

Po aneksji Krymu w 2014 roku założycielka „Emmy” ogłosiła credo niemieckich Russlandversteherów. W tekście zatytułowanym Dlaczego rozumiem Putina mimo wszystko feministka-pacyfistka scharakteryzowała działania rosyjskiego przywódcy jako defensywne i przyznała mu prawo do „obrony za pomocą żelaznej pięści” przed ekspansją NATO. Według Schwarzer Ukraina była i powinna pozostać „pomostem między Wschodem a Zachodem”, czyli de facto pozostać w rosyjskiej strefie wpływów. Jej zdaniem należy też pamiętać, że nazistowskie Niemcy najechały Związek Sowiecki i zabiły miliony kobiet, dzieci i mężczyzn — wynikać ma z tego szczególne zobowiązanie Niemiec współczesnych wobec współczesnej Rosji.

Po szoku, jaki nastąpił 24 lutego 2022 roku w Niemczech i Europie, pacyfizm został uznany za czynnik, który ułatwił Rosji pełnoskalową inwazję na Ukrainę. Postawy i inicjatywy pacyfistyczne zazwyczaj krytykowano. Cytowany już Lambsdorff pisał na przykład, że uczestnicy wymyślonych i długo sponsorowanych przez Stasi niemieckich wielkanocnych marszów pokojowych, nawołując do rozbrojenia i proponując „pokojowe” wspieranie Ukrainy, „plują w twarz obrońcom Kijowa i Charkowa”. Podobnie ostro wypowiadała się lewica, także wschodnioeuropejska, mimo że jeszcze niedawno jej liderzy (albo wannabe liderzy, jak Robert Biedroń) mówili na przykład, że „kupowanie super rakiet i wypasionych czołgów to pieniądze w dużej mierze wyrzucone w błoto”.

Część lewicy (przynajmniej tymczasowo) próbuje budować swą narrację w kontrze do „pacyfistycznego dyskursu przywileju”. W polskim liberalno-lewicowym „Magazynie Kontakt” mogliśmy więc przeczytać, że „miło jest być pacyfistą przy butelce piwa IPA w Berlinie lub z francuską bagietką na placu Zbawiciela w Warszawie; natomiast nasi przyjaciele na Ukrainie mieszkają teraz w podziemnych schronach przeciwbombowych, zostali uchodźcami lub wstąpili do wojska”. „Tymczasem Europie Zachodniej do tej pory nie udało się znaleźć odpowiedniej odpowiedzi na polityczne i moralne wyzwanie, jakim jest agresja Rosji przeciwko Ukrainie” — pisali w czerwcu 2022 roku Elżbieta Kwiecińska i Pavel Skigin.

.Retoryka zerwania z przeszłością nie szła jednak szła w parze z faktycznymi działaniami. Przestraszony dość jednoznaczną początkowo i krytyczną wobec dotychczasowej polityki RFN postawą niemieckiego społeczeństwa socjalistyczny kanclerz Niemiec Olaf Scholz wielokrotnie dystansował się po 24 lutego 2022 roku od idei pacyfizmu, a podczas związkowego wiecu oskarżył przeciwników dozbrajania Ukrainy o cynizm. Scholz zapewnił, że szanuje pacyfizm, „ale obywatelom Ukrainy musi wydawać się cyniczne, że każe im się bronić przed agresją Putina bez broni”. Jednocześnie jednak Scholz „scholzował”, zwlekając z dostarczeniem obiecywanej nieustannie pomocy wojskowej. We wrześniu 2022 roku SPD Scholza, a także Zieloni i FDP głosowały przeciwko wnioskowi CDU dotyczącemu dostarczenia Ukrainie niemieckich czołgów. Kilka miesięcy później szumnie ogłaszana radykalna zmiana polityki wobec Rosji (słynny Zeitenwende, punkt zwrotny) była już wyłącznie przedmiotem kpin.

Symptomem trwającego dekady trywializowania europejskiej debaty publicznej w duchu pacyfizmu jest także narracja, jakoby pełnoskalowa inwazja Rosji na Ukrainę była „wojną Putina”, nie zaś Rosji czy Rosjan. Wedle tej logiki za wojnę odpowiada wyłącznie Putin i jego klika, a „zwykli Rosjanie” są jej przeciwni. „Zwykli ludzie” nie mogą bowiem popierać wojny, rosyjski neoimperializm ostatnich dwóch dekad jest aberracją, nie zaś normą.

Kiedy Finlandia, Estonia i Litwa wezwały do wprowadzenia ogólnoeuropejskiego zakazu wydawania wiz dla Rosjan, a postulat ten poparła Polska, kanclerz Niemiec wyraził daleko idący sceptycyzm. Stwierdził, że nie można odmawiać wjazdu do Europy Rosjanom, którzy nie popierają Putina, nie wyjaśniając oczywiście, jak to ewentualnie weryfikować. „To jest wojna Putina, a nie Rosjan” — zapewniał. Dyskusja na ten temat nasiliła się, gdy w Rosji ogłoszono częściową mobilizację. Wiele tysięcy rosyjskich mężczyzn postanowiło uciec przed poborem. Niemcy zapowiedziały, że przyjmą Rosjan, zastrzegając, że tylko tych „zagrożonych represjami”. Jak podawała rozgłośnia Deutsche Welle „niemieccy urzędnicy dziwią się, że kraje bałtyckie, Polska i Czechy nie chcą udzielać azylu rosyjskim dezerterom. Zwracają uwagę, że prawo europejskie obowiązuje we wszystkich państwach członkowskich UE”. Rzecznik niemieckiego rządu zapowiedział, że temat będzie musiał zostać „ponownie omówiony ze wszystkimi europejskimi partnerami”, zaś Wiebke Judith z organizacji Pro Asyl, która uruchomiła specjalną infolinię dla Rosjan, wyraziła nadzieję, że „sprawa nie zakończy się na politycznych zapowiedziach, a drogi ucieczki z Rosji do UE zostaną otwarte”.

.Motywowane ideologią i podszyte geszeftem zachowanie Niemiec znowu zagrażało więc naszemu wspólnemu bezpieczeństwu. Po pierwsze, wraz z nagle porażonymi zbrodniami Putina rosyjskimi demokratami do Unii trafiłoby jeszcze więcej agentów kremlowskich służb, potencjalnych sabotażystów czy po prostu zwolenników odbudowy rosyjskiego imperium. Po drugie, nie mówimy przecież o żadnych „uchodźcach”, tylko o ludziach uciekających po to, żeby mięso armatnie zrobiono z kogoś innego. Dopóki nie ogłoszono mobilizacji, wcale nie chcieli wszak z Rosji wyjeżdżać. Po trzecie, żeby reżim padł, w garnku musi zacząć się gotować. Nie można dawać ujść parze.

Kacper Płażyński
Fragment książki: Wszystkie pionki Putina. Rosyjski lobbing, wyd. Zysk i S-ka, 2023 [LINK]

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 7 grudnia 2023