Jak Europa straciła impet. I co dalej?

George SOROS

Szef Fund Management oraz Open Society Foundations, jeden z pierwszych graczy na rynku funduszy hedgingowych. Jest autorem m.in. The Alchemy of Finance, The New Paradigm for Financial Markets: The Credit Crisis of 2008 What it Means oraz The Tragedy of the European Union.

zobacz inne teksty autora

Zamiast Europy „wielu prędkości” powinniśmy dążyć do Europy „wielu ścieżek”, która dałaby państwom członkowskim szerszy wachlarz możliwości do wyboru – twierdzi George SOROS

.Komisja Europejska opublikowała właśnie dokument, będący refleksją nad przyszłością Europejskiej Unii Walutowej, otwierając tym debatę, na którą bardzo się cieszę. Pragnę jednak wpierw wspomnieć mojego wielkiego przyjaciela, Tommaso Padoa-Schioppy. Myśl o Tommaso przywodzi gorzkie-słodkie wspomnienia. Staliśmy się bliskimi współpracownikami w okresie, gdy był już na emeryturze. Wspólnymi siłami zastanawialiśmy się, jak ratować Unię Europejską w czasach, gdy tylko nieliczni zdawali sobie sprawę, iż zmierza ona ku egzystencjalnemu kryzysowi. Mam silne przeświadczenie, że zapracował się na śmierć. Cieszę się, że dane jest mi go dziś upamiętnić.

Zanim przejdę do meritum chciałbym powiedzieć, kim jestem i czego bronię. Jestem 86-letnim węgierskim Żydem, który po II wojnie światowej przyjął obywatelstwo Stanów Zjednoczonych. Od najmłodszych lat rozumiałem, jakie znaczenie ma panujący reżim polityczny. Doświadczeniem, które odcisnęło piętno na moim życiu, było zajęcie Węgier przez nazistowskie Niemcy w 1944 roku. Prawdopodobnie byłbym zginął, gdyby mój ojciec nie rozumiał powagi sytuacji. Zorganizował fałszywe dokumenty tożsamości dla swojej rodziny i wielu innych Żydów; z jego pomocą większość z nas przeżyła.

W 1947 r. uciekłem z Węgier, będących wówczas pod jarzmem komunizmu, do Anglii. Podczas studiów w London School of Economics znalazłem się pod wpływem austriackiego filozofa Karl Poppera i opracowałem własne ramy pojęciowe, zbudowane na siostrzanych filarach: omylność i refleksyjność. Rozróżniłem dwa rodzaje reżimów politycznych: w pierwszym ludzie wybierają swoich przedstawicieli, którzy mają służyć interesom ludu, a nie własnym; w drugim rządzący manipulują ludźmi tak, by służyli ich własnym interesom. Idąc za Popperem, ten pierwszy nazwałem społeczeństwem otwartym, drugi zaś – społeczeństwem zamkniętym. W czasach George’a Orwella terminem, który najlepiej opisywał społeczeństwo zamknięte było państwo totalitarne; współcześnie można je scharakteryzować jako państwo mafijne, w którym, mimo fasady demokracji, rządzący wykorzystują kontrolę nad mediami, sądownictwem i innymi dźwigniami wpływu, aby powiększać swoje bogactwo i władzę. Klasyfikacja ta jest wprawdzie uproszczona, a jednak rozróżnienie między dwoma typami reżimów jest w moim przekonaniu pouczające. Jestem czynnym promotorem społeczeństw otwartych, a przeciwnikiem państw totalitarnych i mafijnych.

Chciałbym dzisiaj Państwu opowiedzieć, nad czym pracowałbym z Tommaso Padoa-Schioppą, gdyby wciąż żył. Próbowalibyśmy ocalić Unię Europejską w dążeniu do jej radykalnej renowacji. Pierwszy cel, jakim jest ocalenie Europy, jest priorytetowy, ponieważ stoi ona w obliczu zagrożenia egzystencjalnego. Nie zapomnielibyśmy jednak o drugim celu. Renowacja pozwoliłaby bowiem ożywić poparcie, jakim Unia Europejska niegdyś się cieszyła. Przyglądalibyśmy się przeszłości i analizowalibyśmy, co poszło nie tak i jak można to naprawić.

* * *

.Pozwólcie, że zacznę od przeszłości. Po drugiej wojnie światowej Europa Zachodnia została odbudowana za pomocą Planu Marshalla, lecz zagrożenie ze strony Związku Radzieckiego, który okupował wschodnią część kontynentu, nadal istniało. Grupa wizjonerów pod przewodnictwem Jeana Monneta pragnęła złączyć Europę zachodnią więzami wspólnoty, której członkowie nigdy by ze sobą nie wojowali. Wizjonerzy ci zapoczątkowali to, co Karl Popper nazywał cząstkową inżynierią społeczną. Wyznaczyli ograniczone, lecz możliwe do osiągnięcia cele, ustalili horyzont czasowy i wygenerowali poparcie społeczne, doskonale wiedząc, że każdy krok pociągnie za sobą kolejny krok naprzód. Europejska elita naszego pokolenia zareagowała entuzjastycznie. Osobiście uważałem Unię Europejską za uosobienie społeczeństwa otwartego.

Wszystko szło dobrze do czasu podpisania w 1992 r. Traktatu z Maastricht. Jego architekci mieli świadomość, że jest on niekompletny: utworzono bank centralny, ale nie utworzono wspólnego skarbu. Mieli jednak powody sądzić, że jeśli tylko zajdzie taka potrzeba, to znajdzie się wola polityczna, by zrobić następny krok. Niestety tak się nie stało. Zaszły bowiem dwa wydarzenia. Rozpad imperium sowieckiego i zjednoczenie Niemiec były tak ściśle ze sobą powiązane, że liczą się jako jedno. Drugim wydarzeniem była natomiast katastrofa finansowa z 2008 r.

Pozwolę sobie wspomnieć najpierw o upadku ZSRR i zjednoczeniu Niemiec. Kanclerz Kohl uznał, że zjednoczenie Niemcy powinno nastąpić w kontekście pogłębionej integracji Europy. Pod jego dalekowzrocznym przewodnictwem Niemcy stały się głównym motorem integracji europejskiej. Niemcy zawsze skłonni byli dać od siebie coś więcej, aby sytuacja nie miała przegranych i wszyscy byli zadowoleni. Prezydent Mitterrand chciał większej integracji Niemiec z Europą, nie rezygnując zanadto z idei suwerenności narodowej. To francusko-niemieckie porozumienie stało się podstawą Traktatu z Maastricht.

Potem przyszedł projekt Traktatu Konstytucyjnego, który przewidywał przeniesienie suwerenności na instytucje wspólnotowe, w szczególności Parlament Europejski i Komisję Europejską, ale w 2005 r. został on odrzucony w referendach we Francji i w Holandii. Podczas kryzysu strefy euro, który nastąpił po 2008 r., władza polityczna spoczęła de facto w rękach Rady Europejskiej, której członkowie – szefowie rządów państw członkowskich – byli w stanie podejmować pilne decyzje w odpowiednim czasie. Rozbieżność między władzą formalną a władzą faktyczną leży u podstaw tego, co nazywam „Tragedią Unii Europejskiej”.

Kryzys finansowy zaczął się w USA, ale europejski system bankowy ucierpiał dużo bardziej. Po 2008 r. zjednoczone Niemcy nie były ani wystarczająco politycznie zmotywowane, ani dość bogate, by pozostać motorem dalszej integracji. Po bankructwie Lehman Brothers, gdy ministrowie finansów Europy zadeklarowali, że nie dopuszczą do upadku żadnej instytucji finansowej o znaczeniu systemowym, kanclerz Merkel podkreśliła, że ​​każdy kraj powinien wziąć odpowiedzialność za swoje banki. Czyniąc to, prawidłowo odczytała sygnały płynące z niemieckiej opinii publicznej. I to był punkt zwrotny od integracji do dezintegracji.

* * *

.Unia Europejska jest obecnie pogrążona w kryzysie egzystencjalnym. Moje pokolenie było w większości za dalszą integracją. Następne pokolenia zaczęły widzieć w UE wroga, pozbawiającego ich bezpiecznej i obiecującej przyszłości. Wielu wątpiło, czy Unia Europejska jest w stanie poradzić sobie z mnogością nagromadzonych problemów. Poczucie to pogłębiło się wraz ze wzrostem znaczenia antyeuropejskich, ksenofobicznych sił politycznych, kierujących się wartościami diametralnie sprzecznymi z wartościami, na których opiera się gmach Unii Europejskiej.

Od zewnątrz UE otaczają wrogie potęgi – Rosja Putina, Turcja Erdogana, Egipt As-Sisiego i Ameryka, którą Trump chciałby stworzyć, ale nie potrafi. Od wewnątrz Unia Europejska od czasu kryzysu finansowego w 2008 r. podlega literze przestarzałych traktatów, które coraz mniej przystają do panujących warunków. Nawet najprostsze innowacje niezbędne do zapewnienia stabilności wspólnej waluty były wprowadzane drogą ustaleń międzyrządowych poza istniejącymi traktatami. W ten sposób funkcjonowanie europejskich instytucji stało się skomplikowane, a sama UE – w jakiejś mierze dysfunkcjonalna.

Szczególnie strefa euro stała się dokładnym przeciwieństwem tego, co pierwotnie było zamierzone. Unia Europejska miała być dobrowolnym stowarzyszeniem państw o ​​podobnych poglądach, które zgodziły się częściowo zrezygnować ze swojej suwerenności dla dobra wspólnego. Po kryzysie finansowym w 2008 r. strefa euro przekształciła się w relację wierzyciel-dłużnik, w której kraje-dłużnicy nie były w stanie wypełnić swoich zobowiązań, a kraje-wierzyciele dyktowały warunki. Narzucając środki oszczędnościowe, kraje-wierzyciele praktycznie uniemożliwiły dłużnikom wyjście z długów. Wynik netto nie był ani zamierzony, ani równy.

Jeśli Unia Europejska będzie kontynuować politykę business as usual, nie ma wiele nadziei na poprawę. Dlatego też Unia Europejska musi zostać radykalnie zreformowana. Inicjatywa zaproponowana odgórnie przez Jeana Monneta zaprowadziła proces integracji daleko, ale straciła swój impet. Teraz potrzebny nam wspólny wysiłek, łączący odgórne podejście instytucji europejskich z inicjatywami oddolnymi, które są niezbędne do zaangażowania elektoratu.

Brexit będzie niezmiernie dewastującym procesem, szkodliwym dla obu stron. Choć Unia Europejska, pogrążona w egzystencjalnym kryzysie, odczuwa szkody już teraz, to jej uwaga skierowana jest na negocjacje dotyczące rozwodu z Wielką Brytanią. Unia Europejska musi oprzeć się pokusie ukarania Wielkiej Brytanii i prowadzić negocjacje w sposób konstruktywny, tak aby Brexit stał się katalizatorem daleko idących reform. Procedura Brexitu może potrwać nawet pięć lat. Pięć lat wydaje się wiecznością w polityce, zwłaszcza w tak rewolucyjnej epoce, w jakiej żyjemy. Przez ten czas Unia Europejska może przekształcić się w organizację, do której inne kraje, w tym Wielka Brytania, zechcą przystąpić. Jeśli tak się stanie, obie strony mogą zjednoczyć się ponownie jeszcze przed zakończeniem rozwodu. To byłby wspaniały finał, do którego warto dążyć. I choć obecnie jest to praktycznie niewyobrażalne, to w rzeczywistości możliwe do osiągnięcia. Wielka Brytania jest demokracją parlamentarną. W ciągu pięciu lat odbędą się tam kolejne wybory, a następny parlament może zagłosować na ponownym zjednoczeniem z Europą.

Taka Europa różniłaby się od obecnych rozwiązań w dwóch kluczowych aspektach. Po pierwsze, czyniłaby wyraźnie rozróżnienie między Unią Europejską a strefą euro. Po drugie, rozumiałaby, że strefa euro ma wiele nierozwiązanych problemów, którym nie wolno pozwolić, aby zniszczyły Unię Europejską.

Strefa euro podlega przestarzałym traktatom, stanowiącym, że wszystkie państwa członkowskie mają przyjąć euro, jeśli i kiedy będą się do tego zakwalifikowały. Stworzyło to absurdalną sytuację, w której kraje takie jak Szwecja, Polska, Czechy otwarcie oświadczyły, że nie mają zamiaru przystąpić do strefy euro, lecz nadal są traktowane jako „pre-ins”.

Skutek nie jest czysto kosmetyczny. UE przekształciła się w organizację, której strefa euro stanowi trzon, a pozostali członkowie są zepchnięci na peryferia. Istnieje tu ukryte założenie, że poszczególne państwa członkowskie mogą poruszać się każde w swoim tempie, podczas gdy wszystkie zmierzają w to samo miejsce przeznaczenia. Zaowocowało to pojawieniem się postulatu „coraz ściślejszej unii”, który został odrzucony przez wiele państw. Z tego postulatu należy zrezygnować. Zamiast Europy „wielu prędkości” powinniśmy dążyć do Europy „wielu ścieżek”, która dałaby państwom członkowskim szerszy wachlarz możliwości do wyboru. Miałoby to daleko idący, dobroczynny skutek.

Obecnie stosunek do współpracy jest negatywny: państwa członkowskie chcą raczej umocnić swoją suwerenność aniżeli bardziej z niej rezygnować. Jeśli jednak współpraca przyniesie pozytywne rezultaty, nastroje mogą się poprawić i cele, które są obecnie najlepiej realizowane przez wybranych, mogą stać się obiektem powszechnego zainteresowania wśród państw członkowskich.

* * *

.Istnieją trzy obszary problemów, w których niezbędny jest odczuwalny postęp. Po pierwsze kryzys migracyjny, po drugie, dezintegracja terytorialna, której egzemplifikacją jest Brexit, po trzecie, brak polityki wzrostu gospodarczego.

Musimy być realistami. We wszystkich trzech obszarach zaczynamy się z bardzo niskiego poziomu bazowego, a w przypadku kryzysu uchodźców tendencja jest wręcz ujemna. Nadal nie mamy europejskiej polityki migracyjnej. Każdy realizuje to, co postrzega jako swój interes narodowy, często działając wbrew interesom innych państw członkowskich. Kanclerz Merkel miała rację: kryzys migracyjny może zniszczyć Unię Europejską. Ale nie możemy się poddać. Jeśli udałoby nam się odczuwalnie złagodzić kryzys uchodźców, dynamika zdarzeń zaczęłaby się rozwijać w dobrym kierunku.

Bardzo wierzę w dynamikę zdarzeń. Nazywam to refleksyjnością w moich ramach pojęciowych. I dostrzegam dynamikę, która ma potencjał zmiany Unii Europejskiej na lepsze. Wymagałoby to kombinacji elementów odgórnych i oddolnych, a widzę, że oba ewoluują.

Jeśli chodzi o odgórny proces polityczny, to trzymałem kciuki za wybory w Holandii, i nacjonalista Geert Wilders spadł z pierwszego miejsca na drugie. Podniósł mnie na duchu wynik wyborów we Francji, w których jedyny proeuropejski kandydat dokonał, wydawałoby się, niemożliwego i został prezydentem Francji. O wiele bardziej spokojny jestem o wynik wyborów w Niemczech, gdzie istnieje wiele kombinacji, które mogłyby pozwolić na zawiązanie koalicji proeuropejskiej, zwłaszcza jeśli antyeuropejska i ksenofobiczna Alternatywa dla Niemiec (AfD) utrzyma tendencję schyłkową. Dynamika zdarzeń może być wówczas na tyle silna, aby pokonać największe zagrożenie, tj. kryzys bankowy i migracyjny we Włoszech.

Dostrzegam też wiele spontanicznych, oddolnych inicjatyw, które, co znamienne, cieszą się poparciem głównie młodych ludzi. Mam na myśli inicjatywę „Pulse of Europe”, która została zapoczątkowana we Frankfurcie w listopadzie 2016 r. i objęła już swoim zasięgiem blisko 120 miast na całym kontynencie, „The Best for Britain” w Wielkiej Brytanii, opór wobec Prawa i Sprawiedliwości (PiS) w Polsce i Fideszu na Węgrzech.

Opór, jaki napotkał na Węgrzech Viktor Orban, musiał zaskoczyć go niemiej niż zaskoczył mnie. Kształtował on swoją politykę w osobistym konflikcie ze mną, czyniąc mnie celem swojej nieustającej kampanii propagandowej. Stawiał siebie w roli obrońcy węgierskiej suwerenności, mnie zaś malował jako spekulanta walutowego spod ciemnej gwiazdy, który w ramach mętnej, lecz nikczemnej intrygi wykorzystuje swoje pieniądze, aby zalać Europę, a zwłaszcza swoje rodzime Węgry, falą nielegalnych imigrantów.

Jestem zupełnym przeciwieństwem tego obrazu. Jestem dumnym założycielem Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego, który w ciągu 26 lat swego istnienia trafił w szeregi pięćdziesięciu najlepszych uniwersytetów na świecie w wielu dziedzinach nauk społecznych. Hojnie go uposażyłem, co umożliwiło mu obronę wolności akademickiej zarówno przed ingerencją rządu węgierskiego, jak i jego założyciela. Zdecydowanie sprzeciwiałem się próbom Orbana przekładania naszych różnic ideologicznych na osobistą animozję – i udało mi się to.

Jakie wnioski wyciągnąłem z tego doświadczenia? Po pierwsze, aby bronić społeczeństw otwartych, nie wystarczy polegać na praworządności; trzeba otwarcie mówić, w co się wierzy. Uniwersytet, który ufundowałem, i organizacje, które wspiera moja fundacja to właśnie czynią. Ich los jest pod znakiem zapytania. Jestem jednak przekonany, że ich zdecydowana obrona wolności – zarówno akademickiej, jak i wolności zrzeszania się – w końcu wprawi w ruch powolne tryby sprawiedliwości.

Ponadto nauczyłem się, że demokracji nie można narzucić z zewnątrz; musi być ona wyrazem woli i walki samych ludzi. Jestem pełen podziwu dla odwagi, z jaką Węgrzy okazują sprzeciw kłamstwu i korupcji mafijnego państwa, które rozwinęło się pod reżimem Orbana. Cieszę się również, że instytucje europejskie tak energicznie odpowiedziały na wyzwanie płynące z Polski i Węgier.

* * *

.Myślę, że odrodzenie Unii Europejskiej jest coraz bliżej. Lecz to nie stanie się samo. Ci, którym leży na sercu los Europy, będą musieli się zaangażować. Muszę skończyć słowem przestrogi. Unia Europejska jest kłopotliwa, powolna, a wdrażanie jej zasad często wymaga jednomyślności. Trudno to osiągnąć, gdy dwa kraje, Polska i Węgry, spiskują przeciwko temu. UE potrzebuje nowych zasad, które będą nośnikiem jej wartości. Można tego dokonać, ale będzie to wymagało zdecydowanego działania państw członkowskich i zaangażowania społeczeństwa obywatelskiego.

Zaangażujmy się!

George Soros
Tekst wystąpienia na Brussels Economic Forum, 1 czerwca 2017 r. Przekład: Grażyna Śleszyńska

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Chcę otrzymywać powiadomienia o najnowszych tekstach.

  • Jan Sliwa

    Jeżeli chodzi o dalszą integrację europejską, narzuca się pytanie o jej cel. Można oddać część suwerenności, jak to zrobiły stany USA, pod warunkiem, że razem będziemy silniejsi i że regiony peryferyjne nie zostaną sprowadzone do dostarczyciela taniej siły roboczej. Również ważni są sami przywódcy. W Unii działa od dawna
    selekcja negatywna, a ich działania wobec np. Polski wykazują poważne niedoinformowanie. Nad Claudem Junckerem spuśćmy dyskretnie zasłonę. Wydawało się, że po obaleniu monarchii tacy władcy nie będą mieli racji bytu. Frans Timmermans w Warszawie sadzi drzewko z Hanną Gronkiewicz-Waltz, co jest możliwe
    dzięki jej wciąż trwającemu immunitetowi. Jeżeli tak mu na sercu leży praworządność, byłoby lepiej, gdyby złożył kwiaty na grobie Jolanty Brzeskiej. Z kolei Guy Verhosftadt uparcie fotografuje się z przywódcą kanapowej partii, którego przedstawia jako mocną opcję liberalną, choć trochę tłumaczy go nieznajomość polskiego. Czy takim ludziom chcemy powierzyć nasze losy?

    Tu w Bernie byłem na spotkaniu z Patem Coxem, byłym przewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Słowo
    „populizm” nie schodziło z jego ust, ale jedynie w kontekście walki z populistami, a nie rozwiązywania podnoszonych przez nich problemów. Atak populistów odparty, można spokojnie spać dalej.

    W końcowym akapicie dość zdumiało mnie stwierdzenie, że Polska i Węgry spiskują przeciw jednomyślności.
    Wychowany w demokracji socjalistycznej, jestem entuzjastą demokracji bezprzymiotnikowej – przedstawiamy opcje, poddajemy pod głosowanie, liczymy głosy i ogłaszamy zwycięzcę. Pojęcie „spiskowania przeciw jednomyślności” kojarzy mi się raczej z Politbiurem KPZR.

    A co robić? Celem Sorosa jest zaludnienie Europy przez zbiór pracowników/konsumentów bez struktury i tożsamości. Bez oparcia w narodzie, religii i rodzinie są całkowicie poddani państwu, miliard kafkowskich Józefów K. i Mohamedów K., którym do głowy nie przyjdzie spiskowanie przeciw jednomyślności. Jeżeli Lewiatan zadecyduje, że Podkarpacie dostarcza pielęgniarek dla Bawarczyków i tyle, to tak będzie. Wspólna waluta, wspólne podatki, wspólna polityka ekonomiczna.

    Więc po pierwsze trzeba zaciągnąć hamulec. Europa była najbardziej dynamiczna przy konkurencji państw, a nawet miast. Portugalia zdobyła Brazylię, Holandia Indonezję, Wenecja pół basenu Morza Śródziemnego. Oczywiście molochy też mają swoją rację bytu, ale trzeba też zapytać, czy celem są wskaźniki makroekonomiczne, czy życie ludzi, w tym „kiepskich Hunów z Podkarpacia”. Bo jeżeli się o nich zapomni,
    Hunowie z Podkarpacia, Estremadury i Basilicaty się odwiną. I lepiej by to nastąpiło, gdy wciąż jest to możliwe dzięki kartce wyborczej.

    • Mati

      Jeżeli Lewiatan zadecyduje, że ktoś kto ma inne zdanie jest zdrajcą to tak będzie. Najbardziej poddani Państwu w Polsce są ludzie powiązani z narodem, religią i rodziną (elektorat partii rządzącej). Stąd wielki strach pojawia się kiedy jedna z partii opozycyjnych mówi o wypłacaniu 500+ wyłącznie pracującym. To widać szczególnie we wschodnich samorządach – gdzie większość miejsc pracy jest uzależniona od lokalnych prawicowych, kacyków przez co mniejsze miejscowości nie mogą się rozwijać. “Reforma edukacji” to jeszcze bardziej zabetonuje. O ile wcześniej z wiejskiej/małomiasteczkowej podstawówki mogłeś się łatwiej dostać do lepszego gimnazjum w mieście o tyle teraz po takiej 8-letniej szkole szanse na dostanie się do dobrego liceum w większym mieście będą minimalne (inaczej może być tylko w jednym przypadku – jeżeli ktoś ma pieniądze na korepetycje i na prawdę pilnuje swoje pociechy). Tak więc tworzymy system pod młodych, małomiasteczkowych (broń Boże, żeby mieli jakieś okno na świat) ludzi żyjących głównie z państwa socjalnego.

      Politycy partii rządzącej mówili, że kryzys w Trybunale Konstytucyjnym skończy się wraz z odejściem prezesa Rzeplińskiego. Czy prezydent może pokazać uchwałę Zgromadzenia Ogólnego sędziów TK dzięki, której p. Przyłębska została przewodnicząca TK? Dlaczego sprawy w TK nie są rozpatrywane wg kolejności zgłoszeń (co nakazywała jedna z wielu ustaw naprawczych partii rządzącej)? Jaki to ma związek z niedoinformowaniem ważnych polityków UE?

      Nie wiem o jakim immunitecie HGW Pan mówi – immunitety formalne obejmują np. Prezydenta RP, posłów, senatorów, Rzecznika Praw Obywatelskich, sędziów, prokuratorów i pracowników NIK.

      Polska i Węgry nie spiskują przeciw jednomyślności – to są kraje, którym aktualnie marzy się liberum veto w UE. A na to zgody nie ma, bo każdy pamięta historię pewnego kraju, który przez złotą wolność upadł.

      Ponieważ poświęcił Pan bardzo dużo czasu “Hunom z Podkarpacia” – to postaram się przedstawić mój pomysł na ustrój Polski, która powinien się upodobnić do RFN. Jak w Podkarpackim nie chcą finansowania in vitro to droga wolna, ale w nic im do tego jaki stosunek do tej metody będzie miało np. województwo Zachodniopomorskie. Budżety województw zostaną podzielone ze względu na ludność i wówczas zobaczymy, do jakich części kraju ludzie zaczną emigrować (granice otwarte). Prawda, że piękne?

      Już teraz prognozy p. Palade pokazują jedno – partią rządząca wygra maksymalnie w 4-5 województwach. Tak, w zaledwie kilku województwach suweren będzie rządził. Prawda, że to jest niedopuszczalne? Dlatego, trzeba będzie zmienić ordynację. I kolejny problem z głowy. A politycy UE niech sobie żyją w swoim niedoinformowaniu.

      • Jan Sliwa

        A kto wygra gdzie indziej? Kukiz? Korwin?
        Jak przegra partia rządząca, to też będzie rządził suweren. I kto inny będzie partią rządzącą.
        “marzy się liberum veto” jeżeli w pewnych sprawach obowiązuje jednomyślność, to jest też liberum veto.
        A gdzie decyduje większość to każdy mówi to, co myśli, a nie ogląda się ne spódnicę cioci Angeli.
        Gdyby UE była związkiem równych, to słyszałbym argumenty: no tak, ale Bułgarzy i Maltańczycy myślą inaczej. A jakoś ich nie słyszę.
        Jeżeli chodzi o tradycje sarmackie, to Platforma chciała dać dzieciom do sejmu gwizdki. Niech się uczą od małego, jak się zrywa sejmy. Może wyrośnie z takiego Szczerba lub Pomaska.

        • Mati

          “A kto wygra gdzie indziej? Kukiz? Korwin?” Wystarczy spojrzeć na analizy P. Palade, którego ciężko posądzać o poglądy lewicowe. Kukiza już czeka podział i de facto zostanie z grupą narodowców a Polacy nie lubią radykałów, dlatego nie wróże mu sukcesów. Zresztą moim zdaniem nie ma nic lepszego niż rządy PiS i Kukiz 15′ w przyszłej kadencji z minimalną większością. PiS się zużyje jak PO a Kukiz straci swoją antysystemowość – tym sposobem dojdzie do przebudowy sceny politycznej (wahadło rządów w Polsce pójdzie w drugą stronę a odczuje to Pan Prezydent już w 2019 roku).

          “Jak przegra partia rządząca, to też będzie rządził suweren.” Oglądając od czasu do czasu Telewizję Narodową – mam wątpliwości co do tego zdania.

          “Jeżeli w pewnych sprawach obowiązuje jednomyślność, to jest też liberum veto.” Ciekawy pogląd ale to tak jakby Pan nie dostrzegał, że przed tą “jednomyślnością” jest wiele miesięcy (a czasami lat) negocjacji, które zmiękczają stanowiska poszczególnych krajów. Kiedy dojdzie już do stworzenia Unii wielu prędkości to liberum veto państw wschodu po prostu nie będzie dotyczyło państw strefy euro – tak to się zakończy.

          PS. Nie każdy, kto ma inne zdanie musi być zwolennikiem PO. To tak na przyszłość.

          • Jan Sliwa

            “Nie każdy, kto ma inne zdanie musi być zwolennikiem PO”
            To całe szczęście.
            Nie rozumiem tego argumentu z suwerenem. Jeżeli suweren zagłosuje i się uczciwie policzy głosy, to w czym problem? Rządzi suweren, czyli jego przedstawiciele, raz ci, raz inni. Oczywiście niektórzy rozumują: albo my, albo ulica i zagranica.
            A wracając du Unii, bo o nią chodziło, to trzeba koniecznie od zaraz znaleźć mechanizm wyłaniania przywództwa. Bo w tej chwili rządzi kombinator finansowy z Luksemburga, na gazie od rana i jego szaleni współpracownicy. Gdy Juncker poucza Trumpa, to mi wstyd jako Europejczykowi.
            Są dyrektorzy, którzy gdy brakuje setek milionów zabierają się za liczenie spinaczy. Europa może za parę lat eksplodować, grozi jej wojna domowa i szczęście że Rosja jeszcze nie podgryza krajów bałtyckich. A ich problemem jest to, by mieć w polskim TK 15 kolegów i by żadna TV się nie odchylała od normy. Ja dziękuję za takie przywództwo.
            Można oddać część suwerenności Churchillowi, ale nie Timmermansowi, czy też Donaldowi T., bo jak wiadomo starczy jeden Donald T. w polityce.

  • Kflik

    Kilka uwag: tekst pisany jest jakby w oderwaniu od ludzi: operuje się pojęciami “parlament może zagłosować za ponownym zjednoczeniem”, “rząd może”, “państwa zechcą”. Gdzie w tym wszystkim ludzie? społeczeństwa?
    UE zabija właśnie to, że jest zbyt duży rozłam między instytucjami, rządami a społeczeństwem.

    Autor zauważa kilka rzeczy np., że Niemcy słusznie określają kryzys migracyjny jako zagrożenie dla Europy, dziwi tylko, że nie zauważa, że to oni go eskalowali. Że UE nie ma pomysłu jak rozwiązać ten problem (a przyjmowanie coraz większej ilości osób nielegalnie przekraczających granicę ośmiesza UE i powoduje jedynie, że coraz więcej osób na to się decyduje.)

    Autor cieszy się, że “instytucje europejskie tak energicznie odpowiedziały na wyzwanie płynące z Polski i Węgier.
    Wielki błąd! Właśnie ta energiczna odpowiedź jest zagrożeniem dla UE!
    Polska i Węgry to kraje (i społeczeństwa!), które nadal najmocniej wierzą w UE ale potrzebują właśnie tego o czym pisze autor: różnych ścieżek! Jeśli będą tu narzucane przez UE konkretne rozwiązania to będzie narastał opór przeciw takim zmianom, który może doprowadzić do dalszego rozpadu UE!

    • Mati

      “Gdzie w tym wszystkim ludzie? społeczeństwa?” A czy rządy, parlamenty nie są reprezentantami ludzi i społeczeństw? Każdy odpowiedzialny człowiek bierze udział w wyborach i wrzuca ważny głos, jeżeli postanowi nie brać udziału w wyborach – to nie może się dziwić, że nikt go nie będzie reprezentował w państwie.

Autorzy wszyscy autorzy

A B C D E F G H I J K L M N O P R S T U W Y Z
Przejdź do paska narzędzi