Jan ROKITA: Europejski „dzień świstaka”

Europejski „dzień świstaka”

Photo of Jan ROKITA

Jan ROKITA

Filozof polityki. Absolwent prawa UJ. Działacz opozycji solidarnościowej, poseł na Sejm w latach 1989-2007, były przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej. Wykładowca akademicki. Autor felietonów "Luksus własnego zdania", które ukazują się w każdą sobotę we "Wszystko co Najważniejsze".

Ryc.: Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Zełenski w niebywale ostrym tonie przedłożył listę ciężkich oskarżeń wobec Europy, nie tylko za jej postawę wobec wojny z Moskwą, ale również za nieodpowiedzialne rozbijanie i osłabianie Zachodu. To z Donaldem Trumpem Ukraina dogaduje się w sprawie pokoju i sprawy z trudem, ale powoli, dzięki Ameryce, posuwają się do przodu. Natomiast z Europejczykami są same problemy – pisze Jan ROKTIA

.Tym razem to nie Donald Trump wystąpił na Forum w Davos w roli głównego oskarżyciela Europy. Owszem, krytyka Europy pojawiła się w półtoragodzinnej mowie przywódcy USA, ale primo – był to tym razem wątek uboczny jego wystąpienia, a secundo – krytyka była spodziewana i w sumie dość standardowa. Donald Trump narzekał na to, iż Europa słabnie, traci pieniądze na „zielone oszustwo” i fatalnie zmienia się przez emigrantów.

Zgromadzona w Davos elitarna publiczność zainteresowana była jednak bardziej tym, co prezydent będzie mieć do powiedzenia na temat przejęcia Grenlandii i karnych ceł, które zapowiedział właśnie ośmiu państwom europejskim, z Francją i Niemcami na czele. Europejska elita zdążyła się przyzwyczaić do amerykańskiej krytyki i sprawia takie wrażenie, jakby się już nią zbytnio nie przejmowała. Minął czas, kiedy arogancka mowa Vance’a w Monachium wywoływała wielkie podniecenie i wściekłość na Amerykę.

W Davos w roli oskarżyciela Amerykanów zastąpił Włodzimierz Zełenski. I było to dla publiczności takie zaskoczenie, że słuchacze ponoć aż zaniemówili z wrażenia. Niemiecki dziennik „Politico” pisał, że słowa Zełenskiego „wstrząsnęły częścią publiczności”, gdyż „usłyszano w nich pogardę”, a spodziewano się tylko standardowych oskarżeń wobec Moskwy i narzekań na brak postępu w negocjacjach pokojowych. Tym razem nie było zaś ani jednego ani drugiego, a Zełenski w niebywale ostrym tonie przedłożył listę ciężkich oskarżeń wobec Europy, nie tylko za jej postawę wobec wojny z Moskwą, ale również za nieodpowiedzialne rozbijanie i osłabianie Zachodu. Wstrząs na sali musiał być tym większy, że Zełenski rozbijał w pył absolutnie dominującą narrację, wedle której to Europa cały czas „ratuje” Ukrainę, a Ameryka najchętniej poddałaby ją Moskwie. Tymczasem Ukrainiec stawiał całą rzecz z głowy na nogi: to z Donaldem Trumpem Ukraina dogaduje się w sprawie pokoju i sprawy z trudem, ale powoli, dzięki Ameryce, posuwają się do przodu. Natomiast z Europejczykami są same problemy.

Tyle gadano w Europie o przejęciu rosyjskich aktywów. I co? – pytał Zełenski. I nic. „Niestety, Putinowi udało się powstrzymać Europę” – puentował ten wątek. W Europie miał powstać specjalny trybunał do sądzenia rosyjskich zbrodni wojennych. Nie powstał. Ameryka ściga na oceanach i aborduje rosyjskie tankowce. Czemu Europa tego nie robi? Nie wiadomo. Przez Europę przetoczyła się potężna fala poparcia dla wolnościowej insurekcji w Iranie. Ale czy któreś z państw kiwnęło palcem, aby powstrzymać masakrę ludności? Żadne, bo europejscy politycy świętowali wtedy Boże Narodzenie – kpił ze swoich słuchaczy Zełenski. Ale za to miast przeciw Rosji czy Iranowi przywódcy europejscy zwracają się ciągle przeciw sobie nawzajem, a Ukrainie strachliwie doradzają, by czasem w rozmowach z Ameryką nie poruszała kwestii dostaw Tomahawków, bo ukraińskie ataki na Rosję wzbudzają w Europie dużo niepokoju.

Ale chyba największe wrażenie wywołał Zełenski wtedy, gdy otwarcie sprowadził do absurdu inicjatywę ośmiu krajów, z Francją, Anglią i Niemcami na czele, wysłania żołnierzy na Grenlandię, aby bronić tej wyspy przed Donaldem Trumpem. Retoryka prezydenta Ukrainy zasługuje w tym punkcie na to, aby przywołać ją in extenso. Zełenski retorycznie pytał: „Po co to jest? Jaki to sygnał? Jaki to sygnał dla Putina? Albo dla Chin? A co ważniejsze – jaki to sygnał dla Danii? Przecież trzydziestu czy czterdziestu żołnierzy niczego nie zmieni”. A słowa te padały po tym, jak sprawa „europejskiej wyprawy na Grenlandię” doprowadziła do zenitu spór Macrona i Merza z Trumpem, a ów zagroził ośmiu państwom przewodzącym antyamerykańskiej kampanii odwetem celnym. W takiej atmosferze Zełenski obnażał beznadziejną słabość Europejczyków, a ich wojenną tromtadrację obracał w groteskę. Wyobrażam sobie, że na widowni w Davos musiało się zagotować.

Żeby dolać oliwy do ognia, Zełenski porównał postawę Europejczyków do sławnego Dnia świstaka, gdzie Bill Murray pozostaje uwięziony w groteskowej pętli czasu, przeżywając nieustannie jeden i ten sam dzień. Europejczykom mówi się, że trzeba działać – tak jak prezydent Ukrainy mówił dokładnie rok temu w tym samym Davos, ale po upływie roku i tak jest to samo, co było. „Europa jak zwykle mówi: może coś ktoś zrobi w przyszłości”. Nawet gdy Ameryka powołuje teraz globalną Radę Pokoju, to Europejczycy nie są w stanie uzgodnić poglądu i jedni wchodzą, a inni – jak Macron – protestacyjnie odrzucają inicjatywę Donalda Trumpa. Dlaczego? Tutaj ocena Zełenskiego była ostra jak brzytwa: bo jedyna rzecz, co do której Europa jest zgodna, to wyczekiwanie na zmianę prezydenta USA. Ot, i cała wielka strategia polityczna Europy: „dzień świstaka”. W końcówce mowy, zapewne z poczucia grzeczności, Zełenski wypowiada kilka słów nadziei, iż zmienić jutro można tylko poprzez działanie. Ale nikt ze słuchaczy tej mowy nie mógł mieć wątpliwości, iż jeśli przywódca Ukrainy ma taką nadzieję, to wiąże ją tylko z Donaldem Trumpem, a nie z Europą.

.Dzień przed mową Zełenskiego wysłuchałem debaty w Davos z udziałem prezydenta Karola Nawrockiego. Prowadząca ją dziennikarka „Deutsche Welle” Sarah Kelly, przerywając Karolowi Nawrockiemu, próbowała kilkakrotnie zmusić go do przyznania dwóch rzeczy: primo – że teraz jest czas solidarnej obrony Grenlandii przed Donaldem Trumpem, więc Polska powinna stanąć w antyamerykańskim szeregu; no i secundo – że wobec takiego dictum polski sojusz z Ameryką i generalnie całe NATO co najmniej schodzą na drugi plan.

Rzecz jasna, Karol Nawrocki nie jest tak naiwny, by dać się krzykliwej dziennikarce wepchnąć w taki zaułek. Więc zręcznie i z uśmiechem mówił w odpowiedzi ogólniki, z których można się było domyślić, że więcej zrozumienia ma dla troski Donalda Trumpa o strategiczną rolę Grenlandii niźli zrozumienia dla śmiesznej wojenki, jaką Kopenhaga, z protekcją Paryża, próbuje wypowiedzieć Ameryce. Pomyślałem wtedy: ot, w sumie Karol Nawrocki nienajgorzej się wymigał.

Ale kiedy dzień później usłyszałem Zełenskiego, który o wszystkim, także o całym idiotyzmie „wojny grenlandzkiej”, mówi wprost, karcąc Europę z powagą, przeplataną szyderstwem o „dniu świstaka”, tym razem pomyślałem: no tak, teraz słucham prawdziwego europejskiego męża stanu. Być może dziś jedynego na naszym kontynencie. I zrobiło mi się żal, że jest nim prezydent Ukrainy, a nie Polski.

Jan Rokita

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 23 stycznia 2026
Fot. Denis Balibouse / Reuters / Forum