
Sztuczna Inteligencja i (polska) bomba atomowa
Przy graczach o podobnej mentalności broń atomowa stała się tak zabójcza, że wręcz bezużyteczna – oprócz parad na Placu Czerwonym. Wyobraźmy sobie pojedynek samurajów, w którym obaj się przepoławiają – co w tym jest interesującego? Zwłaszcza dla samych samurajów – pisze Jan ŚLIWA
Gra w cykora
.Klasyczny problem związany z użyciem broni atomowej odpowiada „grze w cykora”: jedziemy frontalnie na siebie, kto ustąpi, jest tchórzem, ale jeżeli nie ustąpi nikt, zginiemy obaj. Był on inspiracją dla rozwoju teorii gier. W tej wersji jest dość trywialny. Gdy wprowadzono rakiety międzykontynentalne startujące z głębokich silosów lub okrętów, problem się dalej strywializował, ponieważ rakiety te pozwalały na odwet po przyjęciu śmiertelnego ciosu, czyli efektem była wzajemne destrukcja. Przy graczach o podobnej mentalności broń atomowa stała się tak zabójcza, że wręcz bezużyteczna – oprócz parad na Placu Czerwonym. Wyobraźmy sobie pojedynek samurajów, w którym obaj się przepoławiają – co w tym jest interesującego? Zwłaszcza dla samych samurajów.
Dlatego zaczęto urozmaicać warunki. W klasycznym przypadku walczący dysponują podobną mocą, ich systemy działają niezawodnie, a celem obu jest termojądrowa anihilacja przeciwnika. Nie musi dotyczyć całego kraju, wystarczy kilka najważniejszych miast – Waszyngton, Nowy Jork, Moskwa i (podówczas) Leningrad. W praktycznym, bardziej złożonym przypadku możemy przeciwnika w najróżniejszy sposób wprowadzać w błąd, używać trudnych do sklasyfikowania broni, poruszać się między obszarem konwencjonalnym i nuklearnym, „podgryzać” przeciwnika prowokacjami i wojną hybrydową, rozkładać go psychicznie, rozgrywać jego sojusze itp. Tymi problemami zajmuje się ten artykuł.
Co zmienia AI?
.Pod zbiorczym (i chwytliwym) terminem AI rozumiemy tu inteligentne systemy informatyczne. Mogą to być sensory, systemy analizy i kondensowania informacji, telekomunikacja, walka elektroniczna, systemy wspomagania decyzji itp. Wszystko to już jakoś było, tyle że teraz jest większe i szybsze. Po bitwie pod Maratonem żołnierz musiał z wiadomością dobiec do Aten, dziś mielibyśmy transmisję live (first person view) z hełmu Miltiadesa. Czasy przelotu pocisków się skracają, mamy pociski hipersoniczne. Decyzja musi być podjęta natychmiastowo, a konsekwencje błędu będą katastrofalne. System AI jest w stanie przetworzyć masy danych niedostępne dla człowieka. Człowiek widzi tylko pewne zależności. „Jeżeli jedynym twoim narzędziem jest młotek, każdy problem będzie dla ciebie wyglądał jak gwóźdź”. AI może patrzeć szerzej, ale wykrywa w zasadzie tylko korelacje. A wiadomo, że korelacja to nie związek przyczynowo-skutkowy (correlation is not causation). Jeżeli AI sama wyszukuje informacje, nie mamy pewności, z jakich źródeł korzysta. Do tego świat się zmienia. Załóżmy, że moduł analizy mentalności amerykańskiego prezydenta był trenowany na Bidenie, a tu wchodzi Trump. Jak przeczesać dane, by usunąć nieaktualne? Do tego zachowanie Trumpa podlega stochastycznym fluktuacjom, choć po części moderowane jest przez Departament Stanu. Jak to modelować?
AI tworzy algorytm sama, na ogół nie da się podać prostego wyjaśnienia decyzji. Podobnie człowiek może odpowiedzieć: „Trudno mi podać jedną przyczynę, na to się składa całe moje doświadczenie życiowe”. Problem też w tym, że AI nie ma doświadczenia w realnym świecie. Musiałaby nie tylko obserwować, ale chorować, cierpieć i czasem ginąć. Osobiście. Jakie są jej cele i zasady moralne? Jeżeli jednym z celów jest samopodtrzymanie, jaką wagę ma przy tym dobro ludzi? Których ludzi? Stosunkowo łatwo jest użyć AI do rozpoznawania obrazów lub sterowania dronem goniącym za manewrującym samolotem, trudniejsze jest jej wykorzystanie do podejmowania decyzji o znaczeniu strategicznym. Poza tym systemy AI nie były trenowane na prawdziwych wojnach nuklearnych, ponieważ taka wojna, ta decydująca, będzie prawdopodobnie tylko jedna.
Co chcemy osiągnąć, za jaką cenę?
.Pierwszym pytaniem musi być, jaki jest nasz cel posiadania broni atomowej. Bomba może być narzędziem obrony przed ostateczną zagładą lub wymuszania ustępstw na konkurentach. Może służyć do wymazania z powierzchni ziemi odwiecznego wroga (jeżeli jesteśmy państwem bandyckim) lub do ostatecznej rozprawy Dobra ze Złem, jeżeli mamy silne poczucie misji. Bomba może wreszcie służyć do poprawy samopoczucia jak lista tytułów dawnych władców (król Polski, wielki książę litewski, ruski, pruski, żmudzki, król Szwedów, Gotów i Wendów…). No i wersja trywialna – program atomowy może służyć do przepompowania olbrzymich funduszy z odprowadzeniem części do prywatnych kieszeni.
Jak wysoko chcemy grać? W symulacji możemy doprowadzić do wzajemnej destrukcji, zmienić nasze miasta w radioaktywną pustynię, a potem spokojnie pójść na kolację. W realnej sytuacji stawki są wysokie. Czy w sytuacji zagrożenia egzystencjalnego jesteśmy gotowi naprawdę spuścić 20-megatonową bombę na stolicę wroga i patrzeć, jak się rozwinie sytuacja? I jak to egzystencjalne zagrożenie ocenić?
Pytaniem jest więc, co jesteśmy gotowi zrobić innym i jakie jesteśmy w stanie ponieść tego konsekwencje. Co spodziewamy się uzyskać i przed czym się obronić? Jak realne jest to zagrożenie, czy są inne metody rozegrania sytuacji? Jeżeli wiemy, że i tak naprawdę nie użyjemy takiej broni pod żadnym pozorem, a w międzyczasie zapętlimy się w procesie decyzyjnym i każdy z dwóch (lub więcej) ośrodków władzy będzie ciągnął w inną stronę, to możemy całą sprawę odpuścić. Byłoby to tylko bardzo drogie wymachiwanie szabelką. Ale paradowanie z atomówkami jest sexy. Z drugiej strony można taką broń uznać za absolutnie ostateczny argument. Krajów z bronią atomową się nie napada. Ukraińcy bombardują jednak atomową Rosję, ale to oni zostali zaatakowani, więc nie mają dużego wyboru. Wielostronna proliferacja (Niemcy, Polska, Włochy, Holandia…) jest niebezpieczna. Nie wszyscy przywódcy myślą jak dorośli. Ja tam nie wiem, czy komuś się ręka nie omsknie. A potem będziemy mieli drugie Sarajewo 1914: lokalny zamach, ograniczony odwet, odwet za odwet, a potem krok po kroku do totalnej katastrofy.
Ocena sytuacji – różna u różnych graczy
.W teorii gier tworzymy tabelki, w których rozpisujemy warianty i oceniamy dla wszystkich graczy zyski i straty. Problem w tym, że to my wpisujemy wartości również dla innych graczy, a ocena ta może być błędna. W drabinie eskalacyjnej istotne są progi, czerwone linie. Ich ocena może być różna u różnych graczy.
Weźmy jako przykład relację między Zachodem (w tym Polską) a Rosją. Trzeba przyznać, że występuje naturalna asymetria między USA a Rosją. USA leżą między Kanadą, Meksykiem i dwoma oceanami, a Rosja ma sąsiadów blisko. Rosja uważa, że gdy tylko coś opanuje, potrzebuje kolejnej 300-kilometrowej strefy bezpieczeństwa, którą widzi jako swoje nienaruszalne narodowe sanktuarium. My z kolei interpretujemy to jako nienasycony ekspansjonizm. W polskiej ocenie Rosja niesprawiedliwie rozszerzyła swoją strefę wpływów po Jałcie. W strefie tej bez przymusu nikt normalny nie chce mieszkać, co według nas daje również asymetrię między wolnym światem a strefą ucisku i nędzy. Rosja, największy kraj świata, czuje się osaczona, w dużej mierze przez Polskę. My myślimy, że dla Rosjan kolejny raz zlikwidować Polskę to jak strzepnąć muchę. Oni tymczasem obchodzą jako święto narodowe 4 listopada, rocznicę przepędzenia w 1612 Polaków z Kremla, zdarzenie, które prawie nie istnieje w naszej pamięci. Możemy się wtedy poczuć ważni i potężni.
Nie jest istotne, czy się zgadzamy z oceną sytuacji przeciwnika, ważne jest, by dobrze poznać jego sposób rozumowania, aby móc przewidywać jego zachowanie. Tu wielkim ryzykiem jest myślenie życzeniowe i przypisywanie innym graczom naszego systemu wartości. Rosjanie myśleli, że w 2022 r. Zełenski ucieknie (Zaleszczyki wciąż są na Ukrainie w pobliżu granicy rumuńskiej), Ukraińcy powitają rosyjskich wyzwolicieli kwiatami, a opór się załamie w ciągu tygodnia. Okazało się, że obie strony były gotowe do olbrzymich poświęceń, długotrwałych, jak podczas I wojny światowej, i dla zewnętrznego obserwatora równie mało sensownych. Tyle że Ukraina walczy o egzystencję – jako państwo samodzielne, a nie wasal. Wobec tego to, co jest dla Niemców i Szwajcarów nonsensem, ma dla Ukraińców wysoką wartość.
Ostatnio pojawił się temat akceptowalnych (?) stref wpływów w kontekście Wenezueli. Czy występuje symetria między Wenezuelą a Ukrainą? Donald Trump uważa, że Wenezuela nie będzie zawierać sojuszy, z kim chce. Władimir Putin uważa to samo o Ukrainie. Oczywiście ujęcie Maduro przez Amerykanów nie będzie pretekstem dla (próby) ujęcia Zełenskiego przez Rosjan, jako że kolejność tych zdarzeń jest odwrotna, Rosjanie już tego próbowali. Powiedzmy, że wolimy (przynajmniej ja) pokój strzeżony przez Stany Zjednoczone niż przez Rosję i Chiny. A na to, co jest słuszne, mało kto zwraca uwagę. Może kiedyś znowu będzie inaczej.
Ważnym progiem jest przejście między pokojem a wojną. Ostatnio tematem było zajęcie rosyjskich kont w zachodnich bankach i przekazanie ich Ukrainie. Najwięcej leżało w bankach belgijskich, stąd też opór Belgii był najmocniejszy. Brutalne ukaranie jej byłoby nauczką dla innych. Ale komentatorzy mówili o moralnym obowiązku: „Musimy (dokładnie: musicie) przekazać te fundusze. Patrz na mnie: ja bym z pewnością dał – gdybym tylko miał, ale chwilowo nie mam”. Dla Rosji to jednak nie zabawa, stąd odpowiedź mogła być ostra i globalna. Po sieci krążyły fejki AI pokazujące taką odpowiedź. Mówiły o fakcie dokonanym, używając twarzy i głosu Janisa Warufakisa. Były wiarygodne, sam się nabrałem. Rosja miała w odpowiedzi znacjonalizować wszystkie firmy zachodnie działające na terenie Rosji, co z kolei spowodowałoby eskalację drugiej strony – i tak dalej, aż ktoś uznałby to za casus belli. Komentarze pod filmikiem odwoływały się do treści, jak gdyby była prawdziwa. Zdarzenie to pokazuje, jak dobry fejk jest w stanie generować silne emocje społeczne.
Jak płynna jest granica między pokojem a wojną, pokazuje stwierdzenie prezydenta Bidena ze stycznia 2022 r., że „niewielkie wtargnięcie Rosji na Ukrainę nie spotka się z reakcją NATO”.
Dalej mamy progi dotyczące samych działań wojennych: ataki na instalacje wojskowe (taktyczne i strategiczne), infrastrukturę krytyczną, obiekty cywilne oraz zamachy na konkretne osoby. Przy każdym stopniu pojawia się problem, na którym stopniu drabiny się znajdujemy, jak widzą to obie strony. Występowała tu asymetria: ataki na Ukrainę były oczywiście potępiane, ale jakoś zrozumiałe. Ataki na Rosję były odbierane jako niebezpieczna eskalacja. Z czasem Ukraińcy przyzwyczaili społeczność międzynarodową do ataków na flotę czarnomorską, rafinerie w głębi Rosji, a nawet lotniska z bombowcami strategicznymi. Rosja cały czas zwracała uwagę na swoją broń atomową, nie zrobiła jednak kolejnego kroku. Groźby te straciły swoją skuteczność – czy Rosjanie zechcą je uwiarygodnić?
Igramy też na progu przejścia do konfliktu nuklearnego. Rosjanie wysyłają hipersoniczne rakiety Oriesznik – bez głowic bojowych, ale daleko, pod Lwów, precyzyjnie, pokazując, że jak zechcą, to mogą. Z kolei w czerwcu 2025 r. Ukraińcy zniszczyli kilkanaście rosyjskich bombowców strategicznych. Przy ogólnym rozchybotaniu ktoś może zrobić o jeden krok za daleko.
Przewidywalność: rozpoznanie vs. maskirowka
.Nowoczesna sensoryka i analiza danych pozwala na lepszą ocenę sytuacji, nawet korzystając ze śladowych informacji. Możemy na podstawie modulacji fal na całym oceanie wykrywać okręty podwodne. Inteligentne miny po drganiach ziemi mogą rozpoznawać ruchy wojsk i ich typy. W mediach społecznościowych możemy dostrzegać subtelne zmiany nastrojów społecznych. Równocześnie możemy produkować gęstą mgłę wojny. Dane mogą być fałszowane, komunikacja elektroniczna zakłócana i zniekształcana, nastroje społeczne mogą być modyfikowana botami i fejkami.
Przypomina to konkurencję sprzed stu lat między działami okrętowymi a pancerzami. Robimy coraz silniejsze działa i coraz grubsze pancerze. Oni też. Zakładamy, że w krytycznym momencie nasze działa będą silniejsze niż ich pancerze, a nasze pancerze wytrzymają ich pociski. Oraz że nasze kolosy będą jeszcze sterowne.
Od kryzysu kubańskiego z 1962 r. dominujące mocarstwa unikają armagedonu i połączone są bezpośrednią gorącą linią Kreml – Biały Dom. Pozwala ona na wyjaśnienie sytuacji, co nawet przy braku zaufania zmniejsza ryzyko przypadkowej eskalacji. Podobnie ważne są możliwości wzajemnej obserwacji i inspekcji. Dlatego też próby broni antysatelitarnej budzą niepokój. W 2007 r. Chińczycy próbnie zniszczyli swojego starego satelitę. Próba była udana, tyle że wygenerowała olbrzymią liczbę odłamków krążących po chaotycznych trajektoriach. Orbita okołoziemska jest niestety jedna dla wszystkich. Jasne jest, że masowy atak na satelity szpiegowskie oznacza, że coś chce się ukryć. Może to spowodować natychmiastowe uderzenie prewencyjne.
Napięcie zawsze rosło, gdy pojawiały się nowe środki techniczne. Tak było w przypadku rakiet średniego zasięgu, które skracały czas reakcji. Tak było też w przypadku programu Wojen Gwiezdnych Reagana (Strategic Defense Initiative – SDI), który miał uniemożliwić uderzenie odwetowe przeciwnika, czyli pozwolić na zwycięstwo za pomocą pierwszego uderzenia. Wyłączyłoby to zasadę wzajemnie gwarantowanego zniszczenia (mutual assured destruction – MAD), która przyczyniła się do uniknięcia totalnej konfrontacji. Reagan był jej wrogiem, nazywał ją paktem samobójców. Wygląda jednak na to, że szaleńców od szaleństwa może powstrzymać jedynie szalony plan.
Teraz mamy do dyspozycji nowe środki, które przerastają naszą wyobraźnię i których nie kontrolujemy. Wiadomo, że jasność motywów i działań zwiększa stabilność, a świat zdominowany przez podstęp i kłamstwo staje się chaotyczny. Stabilność niektórym może się wydać nudna – no action. Dlatego silna jest pokusa, by wykorzystać te możliwości. Szaraczki widzą to inaczej. Kto zwycięży?
Wielu graczy, sojusze
.Gra znacznie się komplikuje, gdy mamy do czynienia nie z pojedynkiem, lecz z wieloma graczami. Drabina eskalacyjna staje się dwu- lub wielowymiarową kratownicą lub siecią. Gra przypomina szachy lub go, gdzie niepozorne ruchy na odległych polach mogą być przygotowaniem do decydującej rozgrywki.
Możemy mieć do czynienia z graczami indywidualnymi lub blokami sojuszniczymi. Obecnie widzimy, że formalne deklaracje rozchodzą się z praktyką. Właściwie zawsze wiedzieliśmy, że Portugalia nie będzie ryzykować z powodu Estonii. Oczywiste jest też, że Francja nie poświęci Paryża dla Pragi. Jej parasol nuklearny to raczej parasolka, z którą można przechadzać się po plaży. Żeby solidarna obrona zadziałała, para (grupa) partnerów musi zagrożenie odczuwać identycznie. Musi widzieć, że gdy partner odpadnie, on sam jest kolejny – tak jak widzieli to przywódcy wschodniej flanki, do których przemawiał prezydent Kaczyński w Tbilisi w 2008 r. Ale bywa, że jeden ma poprawną świadomość sytuacji, a poważną broń ma kto inny.
Przy wielu graczach możliwe są „wojny katalityczne”, gdy mały spór doprowadza do wielkiego konfliktu. Tak się zaczęła I wojna światowa. Może to zajść spontanicznie, ale może też być sprowokowane, zwłaszcza przez mniejsze państwo, które chce wciągnąć mocarstwa do wojny, by załatwiły jego interesy. Jest to odwrócenie typowej sytuacji, gdy to mocarstwa wykorzystują mniejszych, którzy nie mają dużego wyboru.
Różnica polega na tym, że wciągnięcie mocarstw eskaluje konflikt na wyższy poziom, nawet wojny światowej. Stabilne psychicznie mocarstwa boją się tego jak ognia i bez skrupułów poświęcają pionki. Gdy jednak w grze pojawi się szaleniec (lub przywódca całkowicie błędnie widzący sytuację), może chcieć to rozegrać. Tak zrobił Hitler w grudniu 1941 r. Jego Wehrmacht widział już kopuły Kremla, ale w końcówce nie dał rady. Japończycy zaatakowali Pearl Harbor i było jasne, że Ameryka przystąpi do wojny. Przy jej przemyśle czas pracował na niekorzyść Niemiec. Zadecydował więc: teraz albo nigdy. Mając zaczętą wojnę z Sowietami, do kompletu wypowiedział wojnę Ameryce, czym przypieczętował upadek swój i Niemiec.
Poboczny kraj może się przydać jako pionek do zbicia i testowania reakcji. Dlatego stanie na uboczu nie gwarantuje bezpieczeństwa. Przykłady przedstawione są w dwóch książkach o (przyszłej/ewentualnej) wojnie z Rosją. Obie zaczynają się od ataku na kraj bałtycki przy wykorzystaniu mniejszości rosyjskiej: Richard Shirreff, War with Russia (2016) – Łotwa, Rosja przegrywa; Carlo Masala, Wenn Russland gewinnt (2025) – Estonia, Rosja wygrywa. Zaczyna się od odległego incydentu poniżej progu reakcji: nie zaczniemy przecież wojny światowej z powodu Narwy. W obu istotne jest współdziałanie w ramach NATO i UE, które działa albo nie.
Dalej możliwe są operacje pod fałszywą flagą oraz udział rozmaitych watażków (non-state actors). Przy wielu graczach gra staje się bardziej atrakcyjna i urozmaicona, pytanie tylko, kogo to w ostatecznym rachunku bawi. Nie można pozostawiać tego zafascynowanym techniką wojskowym, siedzącym w swoich bunkrach i obserwującym z pasją przesuwające się strzałki na ekranach.
„Bomba” jako system
.Przed laty krążył w Polsce taki wierszyk: „Truman, Truman, spuść ta bania, bo jest nie do wytrzymania”. Słyszałem jako chłopak, że Truman „rzuci atom”. Problem w tym, że tym atomem nie tak łatwo rzucić.
Domeną nuklearną zarządza system określamy jako NC3 – Nuclear Command, Control and Communications. Całość domeny nuklearnej złożona jest z wielu współpracujących elementów/podsystemów. Wymieńmy tu tylko parę przykładowych zagadnień:
- definicja drabiny eskalacyjnej,
- wybór celów i użytej broni w zależności od stopnia eskalacji,
- definicja i kontrola tras dotarcia,
- obserwacja sytuacji – satelity, wywiad radioelektroniczny,
- analiza sytuacji – konsolidacja informacji,
- zarządzanie, podejmowanie decyzji,
- rakiety, samoloty, bomby – dbałość o stan techniczny,
- produkcja i dystrybucja materiału rozszczepialnego,
- łączność – dostępna, odporna na zakłócenia i podsłuch,
- zwalczanie systemów obronnych przeciwnika.
Podsystemy muszą być utrzymywane w gotowości przez lata (dekady), w okresie, gdy „nic się nie dzieje”. Próby nuklearne są zakazane, podwyższanie gotowości jest odbierane jako akcja zaczepna. Jak więc sprawdzać gotowość systemu? Czy operatorzy systemu nie wpadli w rutynę? W decydującym momencie wszystko ma być gotowe do natychmiastowego użycia, w ciągu minut.
Skonstruowanie niezawodnego całościowego systemu to gigantyczne, trudne zadanie. Nie wiem, na ile kompletne są systemy innych państw poza USA, Rosją i Chinami (oraz Izraelem?). Kraj na szybko dołączający do klubu może skonstruować system, który będzie kosztowny i będzie prowokacją dla sąsiadów, ale z powodu swojej niekompletności będzie łatwy do unieszkodliwienia.
System sterowania nuklearnego przenika się z systemem konwencjonalnym. System nuklearny wykorzystuje np. normalną infrastrukturę, drogi, koleje, szlaki morskie. Powoduje to, że możliwy jest atak na systemy konwencjonalne, niezbędne do działania systemu nuklearnego. Zwłaszcza atak nie kinetyczny, lecz cybernetyczny leży poniżej psychologicznego progu.
Dalej można zapytać, czy atak na konwencjonalną infrastrukturę wspomagającą infrastrukturę nuklearną jest atakiem nuklearnym? Może on pozornie nie mieć związku z wielką strategią. Ale spójrzmy na częste ostatnio w Europie „dziwne wypadki”: pożary, wykolejenia pociągów. Niektóre ewidentnie dokonane są ludzką ręką, czasem znaną, czasem nieznaną. W styczniu 2026 r. w Berlinie zniszczono kabel energetyczny, co spowodowało brak prądu w całej dzielnicy. Kabel był solidny (110 kV, 300 MW), naprawa trwała wiele dni. Do sabotażu przyznali się lewicowi terroryści spod znaku Vulkangruppe. Od lat są znani z podobnych akcji, jednak policja jakoś „nie potrafi ich znaleźć”. Może dlatego, że są lewicowi, cokolwiek by to znaczyło, gdy w wyniku ich antykapitalistycznej akcji do mroźnej hali na łóżko polowe przenoszona jest 90-letnia babcia. Tego typu akcje pokazują bezbronność państwa, częściowo zawinioną lub zamierzoną. To interesująca wiedza dla przeciwnika. Te grupy „aktywistów” mogą same być bazą siatki terrorystycznej, o czym szeregowcy nie muszą wiedzieć, wystarczy, że wykonają zlecone zadania.
Efektem jest również ogólne rozmiękczenie społeczeństwa. W narastającym chaosie ludzie widzą, że ukradziono im państwo, a oni nic nie mogą zrobić. W pewnym sensie to działanie humanitarne, bo jeżeli ludzie uznają, że nie ma czego ani dla kogo bronić, to niepotrzebne będą bomby atomowe ani żadne inne. Unieszkodliwiony kraj spadnie jak dojrzałe jabłko.
Społeczeństwo i propaganda
.Nie można się zabawiać bronią atomową wbrew społeczeństwu. Nawet w dyktaturach społeczeństwo musi ją akceptować, tam daje się ono urobić intensywną propagandą. Broń atomowa może zastąpić masło i buty. Niegdyś Lermontow pisał: „Niech będę niewolnikiem, ale niewolnikiem cara wszechświata”. Potem dumę czerpano z tego, że „Kreml w niebo śle rakiety, bez wysiłku wielkich rzek zawraca bieg!”. Obywatele dość szybko zadają sobie jednak pytania: „A po co to, co to ma nam dać, ile to będzie kosztować i na jakie ryzyko się narażamy?”.
Nastawienie do broni atomowej zmieniało się w czasie. W czasie II wojny światowej rzucanie bomb na miasta było czymś codziennym. Nie dotyczyło to jednak Ameryki, dopiero bomba atomowa i rakiety zmieniły sytuację. W okresie zimnej wojny produkowano filmy poglądowe o ochronie przed atakiem. Przy wesołej piosence Duck and cover („Lotnik, kryj się”) dzieci biegły do schronu lub chowały się pod stolikami w klasie, jak rysunkowy żółw (Bert the Turtle) w swojej skorupie.
Oglądanie wybuchów było atrakcją. Było to dostępne ma wyspach Pacyfiku dla oficerów, polityków i ich rodzin, ale również dla zwykłych ludzi. W Las Vegas testy na pustyni były ogłaszane, można było noc w kasynie zakończyć poranną eksplozją. Potem nastroje się zaczęły zmieniać. W 1983 r. wrażenie zrobił film The Day After pokazujący skutki wojny atomowej. Dla mnie przejmująca jest scena, gdzie na trawniku bawią się dzieci, a z pobliskich silosów startują nasze rakiety, co jest spektakularne, ale oznacza, że za pół godziny dotrą tu rakiety tamtych. W tym samym roku ukazał się film WarGames, pokazujący wojnę, którą (prawie) wywołują dzieci włamujące się do systemu sterowania. We wrześniu tego roku, kilka miesięcy po premierze filmu, fałszywy alarm w sowieckim centrum dowodzenia mógł doprowadzić do odpalenia rakiet na Amerykę. Podpułkownik Stanisław Pietrow miał jednak (słuszne) wątpliwości i nie zaalarmował dowództwa. Dlatego tu jesteśmy.
Otoczenie międzynarodowe
.Chcielibyśmy samodzielnie wybierać naszą drogę, ale nie zawsze jest to możliwe. Dotyczy to również opcji atomowej. Wielcy lubią negocjować ponad naszymi głowami i wyznaczać strefy wpływów. Po wojnie Polska była przez dekady w strefie rosyjskiej, teraz jest w amerykańskiej. Rosja uważa, że nasz kraj powinien wrócić do strefy rosyjskiej, a w ogóle Rosja z Ameryką mogą się dogadać. Różnie jeszcze może być. Każdy wariant ma olbrzymie znaczenie dla Polski i decyzje wielkich mogą być ważniejsze od naszej woli. W okresie zimnej wojny położenie Polski powodowało, że jej obecność w Układzie Warszawskim była niezbędna dla komunikacji ZSRS z jego strategicznym przyczółkiem w NRD, nie podlegało to dyskusji. Kraje mniejsze, peryferyjne, miały więcej swobody z eksperymentowaniem, jak Węgry z „gulaszowym socjalizmem”, choć zarówno Węgry w 1956, jak i Czechosłowacja w 1968 r. zostały brutalnie przywołane do porządku.
W przemianach roku 1989 rola polskiego społeczeństwa była znacząca, ale wiatry na górze były decydujące. Związek Sowiecki Gorbaczowa uznał, że nie da rady utrzymać imperium, a z drugiej strony Ameryka (jak zwykle) nie chciała gwałtownych zmian. Tak płynnie przeszliśmy na drugą stronę, niestety bez radykalnej dekomunizacji.
Obecnie nasze systemy obronne są głęboko zintegrowane z amerykańskimi, co wzmacnia ich skuteczność, ale pod warunkiem działania w jednolitym froncie. Ostatnio widzimy, że dyplomacja kanonierek wraca – na wschodzie i na zachodzie. Donald Trump ma 80 lat, Władimir Putin – 74, a Xi Jinping – 73. Dla mężów stanu to pora, by wyznaczyć swoje miejsce w historii świata, nie ma czasu na zabawy. Co ci panowie postanowią? Może to radykalnie ograniczyć naszą swobodę ruchów.
Flirtowanie z opcją atomową wzbudza zainteresowanie i niepokój sąsiadów, partnerów i przeciwników. Konkretne działania, jak zakup wirówek do wzbogacania uranu czy nawet gromadzenie zespołu specjalistów, to dla nich sygnał alarmowy. Niemcy przebąkują półgębkiem o swoich planach. Oczywiście chodzi im o „siły europejskie”, tyle że tak się składa, że „pod naturalnym przywództwem niemieckim”. U wielu wracają wspomnienia demonów przeszłości. Dla Francji oznaczałoby to utratę ostatniego atutu, włoskie think tanki (Limes Geopolitica) są bardzo sceptyczne. Co do Polski, wiemy, jakich mamy sąsiadów i jak reagują oni na nasze ambitne plany. Przygotowania są niemożliwe do ukrycia, chyba że się ma laboratoria na pustyni Negew i silne lobby w Waszyngtonie. Przeciwnicy naszych planów mają swoje sposoby na wpływanie na sytuację w Polsce i wokół niej. Nawet konwencjonalnej inwestycji nie da się dokończyć, ciągle konieczne są audyty, reorganizacje, zmiany planów, nie mówiąc o zastępowaniu fachowców pociotkami. Tu i ówdzie coś spada z nieba, znika kawałek toru, coś się pali. Gdyby rzeczywiście powstał kompetentny zespół do spraw nuklearnych, no cóż, ludzie są śmiertelni. Z takich akcji znany jest Mossad, ale Polskę też odwiedzał seryjny samobójca. Do tego nie widzę, żeby Polska (czyli kto?) miała jakikolwiek strategiczny plan działania, by wiedziała, jak przechytrzyć ościenne mocarstwa. Ale chętnie dam się zaskoczyć.
Jak pozbyć się bomby?
.Presja międzynarodowa może spowodować wycofanie się z programu nuklearnego, ale również pozbycie się zgromadzonego i działającego arsenału. Przypadki takie dotyczyły zwłaszcza Białorusi, Kazachstanu, a zwłaszcza Ukrainy. Po rozpadzie Związku Sowieckiego Ukraina byłaby trzecim mocarstwem atomowym świata, z arsenałem większym niż Wielka Brytania, Francja i Chiny razem wzięte. Na terenie Ukrainy znajdowało się wiele instytutów naukowych i fabryk związanych z rakietami i bronią jądrową. Ten know-how znajduje się do dziś w wielu głowach, niejeden chciałby taką głowę kupić. Libijski prezydent Kaddafi wystosował list do przywódców Kazachstanu, proponując im miliard dolarów za pomoc w zbudowaniu pierwszej islamskiej bomby atomowej. Nie był jedyny.
Amerykanie, którzy wcale nie są bezmyślnymi podżegaczami wojennymi, chcą stabilności i zawsze z niepokojem patrzyli na możliwość niekontrolowanego rozpadu Związku Sowieckiego, a potem Rosji. Problemem byłaby wojna domowa wszystkich ze wszystkimi, ale najbardziej obawiali się Amerykanie losu broni atomowej. Efektywnie warunkiem wyjścia ze strefy sowieckiej i współpracy z Zachodem było pozbycie się tej broni. Nie było to proste. Materiały te są radioaktywne, żrące, trujące i łatwopalne. Dodatkowo w tych peryferyjnych regionach zachodzi ryzyko kradzieży. Ukoronowaniem procesu było sławetne memorandum budapeszteńskie (1994), w którym w zamian za przekazanie Rosji strategicznej broni nuklearnej Ukraina, Białoruś i Kazachstan otrzymały od Stanów Zjednoczonych, Rosji i Wielkiej Brytanii gwarancje respektowania suwerenności i integralności, a nawet powstrzymania się od wszelkich gróźb. Skuteczność tych gwarancji widzieliśmy, zwłaszcza Rosja wzięła je sobie do serca.
Dziś pytamy, czy nie był to największy błąd Ukrainy. Ale jaki miała ona wybór? Broń ta była zintegrowana z systemem sowieckim, Rosjanie posiadali kody dostępu. Ukraina miała rakiety, ale nie mogła ich użyć. Przy ówczesnym ukraińskim know-how być może przeprogramowanie byłoby możliwe, ale Ukraina była wtedy w trudnej sytuacji ekonomicznej i nacisk ze strony USA i Rosji był wielki. Poza tym nikt wtedy nie przewidywał pełnoskalowej wojny z Rosją. Również dziś można zapytać, czy Ukraina mogłaby od nowa skonstruować broń jądrową. Technicznie może tak, ale nikt by się temu spokojnie nie przyglądał.
Owszem, do bomby doszły Korea Północna, Indie i Pakistan. Tyle że Indie są subkontynentem, Pakistan jest potrzebny w amerykańskiej strategii, a za Koreą stoją Chiny. Kto się stara zdobyć broń, wystawia się na strzał. A kto ją ma – i wie, co z nią zrobić – może być bezpieczniejszy. Ale zawsze może się znaleźć w sytuacji ucznia czarnoksiężnika. W konkretnej sytuacji Polski mam przed oczami koszmary. Mamy dwuwładzę (dwu-, jak nie więcej), politykę prowadzi się w stylu TikToka. Mogę sobie wyobrazić przeciskanie się do czerwonego guzika, aż ktoś w zamieszaniu naciśnie go łokciem.
Literatura
James Johnson „AI and the Bomb”, 2023
Herbert Lin „Cyber Threats and Nuclear Weapons”, 2021
Edward Geist „Deterrence under Uncertainty”, 2023
Martin C. Libicki „The New Calculus of Escalation”, 2025
Robert Chesney i Max Smeets (red.) „Deter, Disrupt or Deceive”, 2023
Mariana Budjeryn „Inheriting the Bomb”, 2023
Togzhan Kassenova „Atomic Steppe”, 2022




