Jan ŚLIWA: Historia, teraźniejszość, przyszłość. Na marginesie podręcznika prof. Wojciecha Roszkowskiego

Jan ŚLIWA: Historia, teraźniejszość, przyszłość.
Na marginesie podręcznika prof. Wojciecha Roszkowskiego

Photo of Jan ŚLIWA

Jan ŚLIWA

Pasjonat języków i kultury. Informatyk. Publikuje na tematy związane z ochroną danych, badaniami medycznymi, etyką i społecznymi aspektami technologii. Mieszka i pracuje w Szwajcarii.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Dziecko z bajki Andersena powiedziałoby od razu, że król jest nagi, ale jako ludzie dorośli jesteśmy wytrenowaniu w dwójmyśleniu. Możemy więc przyznać, że zależnie od koloru skóry i orientacji seksualnej dwa razy dwa może dawać pięć – pisze Jan ŚLIWA

.Po co uczymy się historii? Chyba nie po to, żeby wykuć fakty i daty, po czym krzyżykami wypełnić testy. Historia zawsze przedstawia pewną wizję świata, wychowuje. Historia grecka i rzymska pełna jest bohaterów walczących za ojczyznę, wygłaszających przy tym mądre maksymy. Nie zawsze są ci bohaterowie szczególnie moralni – jak uzasadnić wojnę peloponeską czy wojnę domową Cezara? Opowieść ta zawiera oceny, podpowiada, które zachowania są warte naśladowania.

Celem jest wychowanie obywatela, który będzie cenił dorobek wspólnoty i będzie gotów coś dla niej poświęcić. Propagowane są przy tym cnoty rycerskie (i niewieście), aby było jasne, jakie czyny są godne pochwały, a jakie prowadzą do utraty twarzy i ostracyzmu. Brakuje dziś tego – paradują obecnie w przestrzeni publicznej bez skrępowania osoby o miedzianych czołach, które kiedyś by nie miały tam czego szukać.

W bieżącym roku szkolnym (2022/2023) wprowadzony został nowy przedmiot – historia i teraźniejszość. Obecnie dopuszczonych jest kilka podręczników, ale pierwszym była książka autorstwa prof. Wojciecha Roszkowskiego. Prof. Roszkowski jest autorem wielu książek, w których nie kryje swoich konserwatywnych poglądów, stojących na kursie kolizyjnym wobec trendów lewicowo-liberalnych. Wywołał więc ostrą polemikę i wzbudził silne emocje.

Tak silne emocje spowodowane są moim zdaniem tym, że podręcznik jest elementem toczącej się w zachodnim świecie wojny kulturowej. Nie ma sensu udawać, że jej nie ma. Nie ma też sensu wycofywać się ze swoich pozycji tylko po to, żeby zrobiło się przyjemniej i powstało fałszywe wrażenie konsensu. Spór jest realny, możemy tu wymienić parę jego podstawowych osi:

* religia jako źródło etyki,
* rola Kościoła w historii Polski,
* pochwała narodu i tradycji,
* krytyka komunizmu,
* krytyka kultu postępu,
* miłość, seks, rodzina, dzieci, aborcja,
* życie jako rozrywka czy odpowiedzialność,
* ocena konkretnych postaci historycznych.

Poniżej omówię niektóre z nich. Dla jasności: nie cytuję tu bezpośrednio myśli autora, wyrażam własne poglądy, używam własnych argumentów. Mam nadzieję, że nie odbiegają one znacznie od stanowiska autora, ale odpowiadam za nie ja

* * *

.Zacznijmy od tak dyskutowanego tematu sztucznie wspomaganej prokreacji. Technika umożliwia najróżniejsze kombinacje dawców DNA, brzuchów do wynajęcia, osób wychowujących. Po drodze istnieje opcja edycji genów (np. metodą CRISPR) oraz analizy i selekcji przed implantacją w macicy. W nowych dekoracjach wracają takie demony przeszłości, jak eugenika, higiena rasowa, hodowla ludzi na zamówienie. Do tego należałoby zdefiniować, jakie są procedury, jeżeli coś pójdzie nie tak. Jeżeli w wyniku błędów metody u „produktu” ujawni się choroba degeneracyjna, ale kilka lat po urodzeniu dziecka, co wtedy – korekta, „aborcja” postnatalna?

To nie są jakieś abstrakcyjne obawy starszych panów, to jest biznes, który się kręci pełną parą. Na stronie Men Having Babies [LINK] znajdują się stosowne porady dla mężczyzn chcących posiadać dzieci, w tym jak omijać lokalne prawo. Niedawno, 16-18 września 2022 r., w Brukseli odbyła się wielka konferencja na ten temat. Z pozoru to wszystko piękne, rozszerzenie ludzkiej wolności. Widziałem kiedyś reportaż pokazujący odbiór przez parę gejów zamówionego przez nich dziecka. Geje byli szczęśliwi, dziecko płakało, jak to dziecko, ale kobiety, która je nosiła pod serem przez dziewięć miesięcy, nie zobaczyliśmy, a tym bardziej nikogo nie interesowała dawczyni kodu genetycznego. To nowy obszar wolności, z tym że nie dla każdego. Dziecko będzie się wychowywało bez matki, nigdy jej też nie pozna. Zostanie (mam nadzieję) odkarmione i wykształcone, ale w tym mechanistycznym podejściu do świata jego psychika nie odgrywa istotnej roli, zwłaszcza że jest ono, cokolwiek by mówić, obiektem transakcji. A surogatka to tylko inkubator, dość poniżająca dla kobiety rola. Dalszy problem – co robić, jeżeli panowie odwołają zamówienie? Obowiązkowa aborcja? Nie mają w końcu z dzieckiem żadnej więzi – nie opiekowali się matką, nie czuli nóżek kopiących w brzuch. A jeżeli kobieta jednak je urodzi?

Dochodzimy tu do problemu aborcji. Jej zwolennicy twierdzą, że płód to tylko organiczna tkanka. Nie wyjaśniają jednak, kiedy i w jaki cudowny sposób staje się ona człowiekiem. Przeciwnych opinii nie trzeba szukać w kręgach pro-life, wystarczy zajrzeć do poradnika dla przyszłych matek, pisanego z pozytywnym nastawieniem do rodzącego się życia. Tam ten obiekt w łonie matki jest człowieczkiem, poruszającym się, reagującym na sytuację i nastroje matki. Uspokaja go muzyka Mozarta, na pewno nie jest zlepkiem komórek. Jako mężczyzna muszę się posiłkować takimi źródłami, matka oczywiście zna sprawę z doświadczenia. Aborcja ma też ciemną przeszłość. Założycielka Planned Parenthood, Margaret Sanger, promowała aborcję zwłaszcza wśród czarnej ludności i w warstwach ubogich, świadomie chcąc zredukować ich liczebność. Kontrola urodzeń miała też doprowadzić do wyhodowania lepszej rasy, bez fizycznie i umysłowo niedorozwiniętych. Z kolei na terenie okupowanej Polski aborcję dla polskich kobiet zalegalizowały władze hitlerowskie 9 marca 1943 r., również jako metodę eksterminacji. To „dobrodziejstwo dla kobiet” wykorzystywane było więc w prawdziwie niecnych celach.

Ocena takich sytuacji zależy od naszego nastawienia do ludzkiego życia. Nie możemy powiedzieć, że „dawniej było lepiej”. Powszechna była kara śmierci, a ciała wisielców, zżerane przez kruki, były wystawiane na widok publiczny. Sławnym przykładem jest Gibet de Montfaucon na przedmieściu Paryża. Ciała ubogich zmarłych wykorzystywane były jako eksponaty poglądowe na wykładach anatomii. Francuski malarz Théodore Géricault za modele brał głowy spod gilotyny, która stała na Place du Carrousel, vis-à-vis jego domu. Obecnie firmy aborcyjne dostarczają tkanek i organów – a czy za pieniądze, czy nie, wydaje mi się problemem drugorzędnym. Zadajmy sobie pytanie, po której stronie chcemy stanąć.

W zakresie słownictwa mamy tu do czynienia z iście orwellowskim fajerwerkiem eufemizmów i odwróconych znaczeń. Planned Parenthood nie ułatwia rodzicielstwa, lecz je przerywa, a dziecko usuwa się pod hasłem „moje ciało, moja decyzja”, jak gdyby było ono złośliwym polipem, który wysysa soki z organizmu kobiety bez jej zgody i nie wiadomo, skąd się tam wziął. Aborcję nazywa się „prawami kobiet”, co jest dla kobiet obraźliwe. Twierdzenie, że decyzja należy wyłącznie do kobiety, obraża z kolei mężczyznę, który jest zredukowany do dawcy krótkotrwałej rozkoszy i zabłąkanego plemnika, a potem do dystrybutora pieniędzy, jeżeli kobieta postanowi wydać na świat „swoje prywatne” dziecko. Słowo „ojciec” nie pojawia się w tych wywodach nigdy. Zakłada się, że mężczyzna i tak od razu ucieknie – można zapytać, kto go w ten sposób wychował. Mogłoby tu paść słowo „(współ)odpowiedzialność”, ale jest to pojęcie z innej epoki.

Ważnym polem dyskusji jest temat roli religii i Kościoła. W polskim kontekście znaczenie wiary i Kościoła jest oczywiste. Przez długie okresy naszej historii były to jedyne czynniki łączące naród i podtrzymujące naszą tożsamość. Stanowią też (wraz z kulturą grecko-rzymską) podstawę naszej europejskiej kultury, przenikają ją jako jej integralny element. Nie znając tych podstaw, w muzeum będziemy się czuli jak przybysz z innej planety, a i spora część literatury będzie dla nas niezrozumiała. Owszem, można uznać, że okres przed rewolucją (francuską, październikową czy internetową) nas nie dotyczy. Chińczycy, wprowadzając nowe, uproszczone znaki, utrudnili radykalnie lekturę dawniejszych tekstów. Można się odciąć od źródeł, jednak twierdzę, że zredukuje to nas do obsługiwaczy smartfonów. Pewnie wielu nie zauważy problemu.

Spójrzmy na inne aspekty duchowości. Samo zagadnienie istnienia Boga musimy odłożyć na bok. Dla wierzącego Bóg jest bytem wszechmocnym, nie do pojęcia w pełni naszym umysłem. Dla materialisty natomiast, po przewrocie Kopernika, Darwina i Freuda, po zdegradowaniu człowieka do biologicznej istoty, targanej podświadomymi popędami, żyjącej w zapadłej dziurze Wszechświata, próba rozpatrywania istnienia Boga może tylko wzbudzić śmiech. Pomińmy też kwestię konkretnych współczesnych zorganizowanych religii, rozpatrzmy problem duchowości jako takiej. Jedną z cech odróżniających człowieka od innych istot jest sztuka. Jest ona często połączona z pochówkiem, co sugeruje refleksję na temat, co z człowiekiem dzieje się po śmierci. Zmarły traktowany jest z szacunkiem, jako coś więcej niż resztki materialne. Zbiorowy wysiłek podejmowany przez dawnego homo sapiens dla udekorowania jaskiń malowidłami pełnymi symboliki i piękna, zrozumiałego również dla nas, dowodzi wiary w to, że jest „coś więcej”. Ważnym miejscem jest Göbekli Tepe przy granicy turecko-syryjskiej, z kamiennymi kręgami kultowymi sprzed 12 tysięcy lat, które dowodzi tezy „najpierw świątynia, potem miasto”. A jeżeli nie najpierw, to na pewno bardzo wcześnie. O źródłach religii mówią też wiele studia nad tzw. „ludami prymitywnymi”. Godna polecenia jest książka Pascala Boyer Religion Explained. Autor nie pyta, czy obiekty wierzeń istnieją, interesuje go tylko aspekt psychologiczny i społeczny. Rytuały takie jak inicjacja chłopców i dziewcząt lub małżeństwo odgrywają istotną rolę we wzmacnianiu spójności grupy, sygnalizują też wszystkim jej członkom zmianę statusu młodzieńców – przejście do ludzi dorosłych. Tańce, muzyka i zaklęcia szamanów podkreślają wagę ceremonii. Z punktu widzenia psychologii można widzieć religię jako mem, na który ludzki mózg jest wyjątkowo podatny (dlaczego?) – stąd jego wiralne rozprzestrzenianie. Nawet jeżeli takie wyjaśnienia odczarowują religię, pokazują jednocześnie, że jest ona w życiu jednostki i grupy niezbędna. Nie ma więc sensu z nią walczyć. Podobnie, jeżeli zrozumiemy, że serce to tylko pompa, a jego drżenia są wywoływane hormonami, nie będziemy go przecież usuwać.

Próby usuwania religii z życia kończą się niepowodzeniem lub wręcz katastrofą. Pokazuje to rewolucja francuska i komunistyczna. Zapalczywi bezbożnicy stawiali pomniki Judasza i Kaina, nie stały one długo. Również nawet po wybiciu wszystkich księży i popów pojawiają się namiastki na miejscu dawnych religii. I tak przedstawia to Michail Ryklin w książce Komunizm jak religia. Namiastką może być też kult konsumpcji, seks, ekologia, rasa czy cokolwiek, co wzbudza silne emocje i łączy ludzi w grupy. Jako powstałe szybko, ad hoc, namiastki te na ogół są intelektualnie dość płytkie, co nie znaczy, że nie mają swojej mocy.

W narracjach na temat osiągniętego poprzez rewolucję techniczną i obyczajową powszechnego szczęścia skryty jest na ogół podział ludzi na „tych lepszych” i „tych gorszych” – decydujących i poddanych decyzjom. Yuval Harari mówi, że wkrótce będziemy mogli „zhakować” (czyli „rozgryźć”) budowę człowieka i dowolnie go modyfikować. Będzie to „Intelligent Design”, tyle że nie boski, ale ludzki. Jest człowiek przecież mechanizmem pozbawionym wolnej woli. Ale stop – kto będzie to robił, jacy „my”? Ano, ci lepsi. Podobnie jest z wizjami transhumanizmu. To dążenie do nieśmiertelności sugestywnie przedstawił Don DeLillo w powieści Zero K. Zero stopni Kelvina, zero absolutne, hibernacja. Para starszych superbogatych Amerykanów ma zamiar się poddać tej procedurze (dla pewności najpierw żona). Powstaje w tym celu gdzieś na pustyni w Azji środkowej, z daleka od obserwatorów, specjalny ośrodek. Są instalacje techniczne, obsługa, ochroniarze. Ale widać, że jest to rozwiązanie (o ile w ogóle działa) dla niewielu, bardzo niewielu. Snując fantastyczne wizje, łatwo o tym zapomnieć. Problem jest stary – już Rousseau, deklarujący miłość wobec wszystkich bliźnich, zapewniał: chętnie zaproszę do mojego domu każdego przechodnia, a mój służący ugości go smacznym posiłkiem. Wszyscy jesteśmy równi, ale służącego trzeba mieć.

Ekstremalnym przykładem dominacji jest aborcja, władza nad życiem i śmiercią. W niektórych stanach USA dozwolona jest do samego końca ciąży. Nawet tak późno decyzję mogą uzasadnić warunki psychiczne i ekonomiczne, mimo że płód jest zdrowy. Pojawia się problem, co robić, gdy żywe dziecko opuści organizm matki. Niektórzy twierdzą, że posiada taki sam moralny status jak płód, a to, że jest „potencjalną osobą”, nie zapewnia mu ochrony. Dla ominięcia moralnych dylematów można gotowe do życia dziecko jeszcze w macicy rozczłonkować lub podać mu śmiertelny zastrzyk w serce. Budzi to nieuniknione skojarzenia. W hitlerowskich Niemczech ważnym celem była higiena rasowa, hodowanie optymalnej rasy panów. Istotną rolę odegrał Fritz Lenz, profesor genetyki człowieka w Getyndze – również po wojnie, mimo uczestnictwa w morderczej akcji T4. By nadać swoim ideom eugenicznym dostojności, przytaczał starożytny Rzym i Spartę, gdzie zabijano niesprawne noworodki. Jak widać droga od nauki (poprzez kulturę klasyczną) do zbrodni jest krótka, jeżeli wyłączymy moralność.

Tego typu idee w swoim czasie były szczytem postępu, a analogiczne nadal są. Koryfeusze niemieckiej medycyny korzystali z ludzkich tkanek przysyłanych przez doktora Mengele z Auschwitz. W przeciwieństwie do niego siedzieli na ciepłych uniwersyteckich posadkach, które po wojnie zachowali. Z pojęciem postępu, naiwną wiarą, że to, co późniejsze, jest automatycznie lepsze, błyskotliwie rozprawia się Józef Bocheński w swoich Stu zabobonach. W moim wieku osobiście widziałem efekty postępu lądujące na śmietniku historii. O innych słyszałem, jak o lobotomii, uhonorowanej Nagrodą Nobla. Nie znaczy to, że wszystko nowe jest złe, ale że należy się temu dobrze przyjrzeć. Na pewno argument „wybierz to, ponieważ jest postępowe”, jest błędny, wręcz szkodliwy.

W sferze komunikacji międzyludzkiej dokonuje się kradzież słów. Lewica to dziś partia wielkich korporacji i złotej wielkomiejskiej młodzieży, różnice społeczne wyrównuje prawica. Liberalizm to nie wolność, lecz rządy certyfikowanych liberałów. Dla urodzonych w demokracji socjalistycznej marzeniem była demokracja bezprzymiotnikowa, model podstawowy.

Można usłyszeć wypowiadane ze śmiertelną powagą najbardziej szokujące poglądy. Dziecko z bajki Andersena powiedziałoby od razu, że król jest nagi, ale jako ludzie dorośli jesteśmy wytrenowaniu w dwójmyśleniu. Możemy więc przyznać, że zależnie od koloru skóry i orientacji seksualnej dwa razy dwa może dawać pięć. Mimo formalnego odrzucenia spraw nadprzyrodzonych również tu wiara musi pokonać rozum.

Elementarna logika pozwala dostrzec, że wprowadzenie transseksualizmu (litera „T” w LGBT) unieważnia wszystkie dotychczasowe dokonania. I tak feminizm – jako dążenie kobiet do równego statusu społecznego – traci sens, jeżeli każdy może być kobietą. Proponuje się czasem ubieranie chłopców w dziewczęce stroje i kolory oraz podawanie im typowych dziewczęcych zabawek. Ale po transformacji tego zdania przez transseksualizm, teorię płynnej płci, traci ono jakikolwiek sens. Czy traktor jest zabawką dla chłopców (osób z penisem), czy dla osobopostaci identyfikujących się jako chłopcy? Co ważne – powtarzając takie teksty, nie wolno się zaśmiać. Płynna płeć przypomina monografię o teorii liczb, zakończoną stwierdzeniem, że nie wiemy, co to jest liczba. Jeżeli wymagany jest parytet w radzie nadzorczej, kilku członków może się identyfikować jako kobiety, i sprawa załatwiona. Dochodzi do sytuacji paradoksalnych, gdzie mężczyźni wygrywają zawody kobiece i korzystają z damskich szatni. Niegdyś byłoby to uważane za reductio ad absurdum, ale teraz przeciwnie – wyznacza nowe zdobycze postępu. Gdy kobiety biologiczne (osoby z macicą) upomną się o swoje prawa, są zwalczane przez transów jako TERF-y (Trans-Exclusionary Radical Feminists), a trans ma obecnie największą siłę przebicia.

* * *

Tyle refleksji na temat kontrowersyjnych tematów pojawiających się w dyskusji o podręczniku. Jeszcze raz podkreślam, że są to moje przemyślenia, za które tylko ja odpowiadam. Chciałbym też dodać, że nie potępiam w czambuł wszystkiego, co nowe, chciałbym tylko ostrzec przed bezkrytycznym podążaniem za każdą modną nowinką.

Podręcznik spotkał się z ostrą krytyką, zanim jeszcze był dostępny. Problemem był sam jego rodowód. Stąd liczne rozważania, czy go wyrzucać do kosza, czy może tradycyjnie palić na placach. Poprzez telefoniczne nękanie wywierana była presja na szkoły, by podręcznik ten odrzucić. Te, które się przyznały do jego wyboru, były piętnowane. Na autora wylała się fala hejtu. Gdy znane już były fragmenty, znaleziono akapit o sztucznej prokreacji. Autorowi chodziło raczej o inżynierię genetyczną, ale nie zostało to jasno sformułowane. Faktycznie niezręczne było pytanie, czy takie sztucznie wytworzone dzieci będą kochane. Zostało to zinterpretowane jako atak na dzieci pochodzące z procedury in vitro. Dało to asumpt do serii emocjonalnych wypowiedzi, aż po oskarżenie, że dla „nich” nie ma granic łajdactwa. Skądinąd to właśnie środowiska postępowe nie są zbyt przyjazne wobec rodzącego się życia. Twierdzą, że dzieci niechciane (lub odechciane) nie będą kochane, więc dla ich dobra lepiej je pozbawić życia.

Oskarża się autora, że zamiast faktów przedstawią swoje opinie, że jest to publicystyka, a nie podręcznik. Historia bez emocji jest nudna jak książka telefoniczna. Już dobór faktów jest wyrazem poglądów. Nie da się tego uniknąć. Psychologicznie wszyscy mamy tendencję do uznawania własnych poglądów za właściwe i obiektywne. Gdyby podręcznik mówił o postępie, tolerancji i różnorodności oraz walce z prawicowym populizmem, prawdopodobnie zostałby przez obecnych krytyków odebrany jako obiektywny. Za to środowiska konserwatywne uznałyby go za lewacki.

Sam fakt kontrowersji nie jest kontrowersyjny. Szkoła kształtuje młodzież, młodzież kształtuje przyszłość. Stąd szkoła jest dla stron ideologicznego konfliktu ważnym polem dalekosiężnych strategii. Dotyczy to nie tylko Polski. Na Litwie aktualnie wycofywane są rosyjskojęzyczne podręczniki sławiące Armię Czerwoną i zapraszające do wycieczek na rosyjski Krym. W USA władze stanowe nakazują (lub zakazują) szkolnej nauki teorii ewolucji (lub inteligentnego projektu czy kreacjonizmu). W Izraelu Holocaust Teaching Act z roku 1980 definiuje programy szkolne w tym zakresie. Wyjęte spod sporów ideologicznych są nauki ścisłe, choć pewien profesor Politechniki Śląskiej zamieszczał w podręczniku dotyczącym maszyn elektrycznych cytaty z plenum PZPR, a w historii nauki wszystkiego dokonali uczeni rosyjscy i radzieccy.

Słyszałem zarzuty, że książka prof. Roszkowskiego przedstawia polski, wręcz nacjonalistyczny punkt widzenia. Taki argument pojawia się też w innych kontekstach, takich jak definiowanie przekazu wystaw muzealnych.

Stwierdzenie „prezentuje polski punkt widzenia” traktowane jest jak zarzut. Czy Muzeum Morskie w Greenwich eksponuje dokonania żeglarzy hiszpańskich? Nie. Czy Galeria Tretiakowska przedstawia sztukę rosyjską? Tak. I jest to zdrowe. Podobnie jest w dyskusji o historii Holocaustu, gdzie przeciwstawia się „polskim nacjonalistycznym” historykom tych innych, w domyśle – obiektywnych. Oskarża się o „pisanie historii na nowo”, jakby poszukiwanie nowych faktów i reinterpretacja historii nie były podstawowym zadaniem historyka. Czy ktoś oskarżyłby Nigeryjczyka, że pisze na nowo historię, tak pięknie opracowaną przez kolonizatorów, i że przedstawia afrykański punkt widzenia? Ten spór jest również sporem o dominację. W rozmowie oprócz warstwy merytorycznej na innym poziomie rozgrywa się ustalanie stosunku między rozmówcami. Gdy powiem „Otwórz okno!”, znaczy to nie tylko, że jest mi duszno, ale też, że z partnerem jestem na „ty” i mogę mu wydawać polecenia. Jeżeli pół świata krytykuje polski podręcznik, a nikogo nie interesuje polskie zdanie na temat podręczników niemieckich i francuskich, że nie wspomnę o rosyjskich, to dowodzi, że cały dialog jest nierówny i nieuczciwy. Nie mamy najmniejszego powodu się na to godzić.

Sam wychowałem się w Polsce Gomułki i Gierka. Formalnie dominowała ideologia komunistyczna. W roku 1970, na setną rocznicę urodzin Lenina (SRUL, jak żartowaliśmy) uczyłem się życiorysu Wodza Rewolucji. Ale w historii podstawowym tematem była walka o niepodległość Ojczyzny i ten temat mnie ukształtował. Do dziś wzbudzają we mnie emocje słowa „Warszawa jedna twojej mocy się urąga” (podczas gdy „poselstwo paryskie twoje stopy liże”). Nie, w skali europejskiej i światowej nie jestem obiektywny. I dobrze mi z tym. Nie żałuję też nikomu jego poczucia godności narodowej. Niektóre narody mają z tym problem. Francuzi, choć grande nation, mają poza sobą nadmiar nacjonalizmu, suwerenizm i pielęgnacja tożsamości nie kojarzą się tam dobrze. Niemcy znaleźli sobie zastępczą ojczyznę w postaci Europy. Nie znaczy to, że chcą poddać się wpływowi sąsiadów, wręcz przeciwnie. Uważają raczej, że to oni są emanacją ducha europejskiego, ale nie jest to wyrażone otwartym tekstem. Po prostu wszystko wiedzą lepiej.

Charakterystyczny jest przykład Izraela, który podobnie jak Polska ma poczucie oblężonej twierdzy i pamięć wysiłków dla utrzymania bytu i tożsamości. W książce Jesus was a Jew Orit Ramon, Inés Gabel i Varda Wasserman ukazują, jak chrześcijaństwo przedstawiane jest w szkołach izraelskich. Samo w sobie jest to interesujące, ale spójrzmy na cele wychowania szkolnego. Zadaniem szkoły jest budowanie spójności narodowej, przy czym następuje to w kontrze do chrześcijaństwa. Przez religijnych Żydów widziane jest ono jako odstępstwo od wiary. W szkołach świeckich również nauczane są podstawy judaizmu, nie aby nawracać, ale aby pokazać własną tradycję kulturalną. Dalej chrześcijanie przedstawiani są jako źródło wszystkich nieszczęść narodu przez stulecia, z kulminacją w Holokauście, którego pamięć jest nową świecką religią. Szkoła świadomie buduje poczucie tożsamości, szkoda tylko, że w dużej części przez niechęć do innych. Książka ma autorów izraelskich, podobne uwagi spod innego pióra mogłyby być uznane za antysemityzm.

Tak więc nikogo nie powinno dziwić, że polska książka przedstawia polski punkt widzenia, nie ma w tym niczego wyjątkowego.

Można stwierdzić, że duża część podręcznika traktowana jest obojętnie – wojna w Korei, kryzys sueski, rozmowy rozbrojeniowe. Problem zaczyna się tam, gdzie odbiorcy biorą poruszane tematy do siebie. Nie są aż tak ważne konkretne sformułowania (dlatego nie będziemy ich analizować), ale pozycje, z których przedstawiane są zagadnienia.

Książka wyraźnie reprezentuje punkt widzenia tradycyjny, któremu często odmawia się prawa do rozpowszechniania, a nawet istnienia. W wielu krajach wykluczyłaby ją cancel culture. Słyszy się, że można to tolerować w eseju dla określonego kręgu odbiorców, ale nie w wychowaniu młodzieży. Jesteśmy otoczeni nowymi prądami, przyzwyczajamy się do zepchnięcia w narożnik. O pewne rzeczy nawet nie wolno pytać. Pytanie, czy wychowanie dzieci przez pary jednopłciowe nie rodzi problemów, kwalifikuje się jako homofobia. Pomyślmy o chłopaku dorastającym przy starzejących się gejach – albo lepiej nie pomyślmy. Jeżeli cały miesiąc poświęcony jest tęczowej dumie, a miesięcy jest tylko dwanaście, to można zapytać, jakich jest pozostałych jedenaście cech ludzkich wartych celebrowania – i dlaczego. Albo lepiej nie.

W takim otoczeniu wyrażane otwartym tekstem poglądy konserwatywne rażą, na przykład takie, że jesteśmy członkami wspólnoty, za którą jesteśmy współodpowiedzialni, że dziecko nie jest ani produktem, ani naroślą i wymaga opieki od poczęcia. Ale w końcu powstały też inne podręczniki do tego przedmiotu, jest wybór. Książka prof. Roszkowskiego nie narzuca poglądów, raczej rozszerza zakres opcji o stanowiska wypierane z przestrzeni publicznej, a jednak odpowiadające sporej części społeczeństwa.

Podręcznik jest obszerny (500 stron), mimo ilustracji dominuje tekst. Autor twierdzi, że to zamierzone. Przy ok. 30 tygodniach nauki w roku po dwie lekcje na tydzień daje to 60 lekcji, czyli ok. 8 stron na lekcję. Rozdziałów jest 112 – po dwa na lekcję. To sporo. To prawda, że tekst się dobrze czyta, ale zwłaszcza jeżeli czytelnik ma już niezłe pojęcie o tych zagadnieniach. Sondy, przeprowadzane czasem pod uniwersytetem, pokazują, że wielu studentów ma problemy z podstawowymi faktami, jak również ze znalezieniem omawianych krajów na mapie. Dobrzy byłoby w każdym rozdziale dodać podsumowanie, które nazwiska i fakty należy faktycznie zapamiętać. Interesujące jest poznać tygodnik „Po prostu”, ale dokładna data jego zamknięcia niewiele wnosi. Przydałyby się też schematy i infografiki, mimo że czysty tekst wydaje się szlachetniejszy. Pewna podstawowa porcja faktów jest niezbędna, bo bez faktów nie można rozumieć zależności i wyrabiać sobie własnych ocen. Wbrew krytykom podręcznik może, a wręcz powinien być podstawą do dyskusji. Nie może być celem wykucie, że Pink Floyd podejrzanym zespołem jest (i nie zachwyca). Sens miałaby dyskusja nad przekazem obecnie ważnych dla uczniów zespołów muzycznych – jaki w ogóle jest, co jest w nim dobre, a co złe i dlaczego. To samo dotyczy problemów etycznych. Wiadomo, jaki światopogląd przedstawia autor podręcznika, ale obowiązkowe wyuczenie się tego bez dyskusji może być kontrproduktywne. Musimy tu uwzględnić, że mamy do czynienia z 15-latkami, a nie maturzystami. Pewne tematy wymagają sporej dojrzałości, ale więcej może tu powiedzieć doświadczony pedagog.

.Na pewno ważne jest zbieranie doświadczeń z praktycznego używania podręcznika i ich analiza. Temat jest nowy i kontrowersyjny. Aktualnie dopuszczone są również inne podręczniki – dobrze byłoby je porównać. Tyle że w spokoju, nie w atmosferze walki plemiennej. Ale to może wygórowane wymaganie.

Jan Śliwa

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 27 września 2022