Jan ŚLIWA: Polska – awans do wyższej ligi

Jan ŚLIWA: Polska – awans do wyższej ligi

Photo of Jan ŚLIWA

Jan ŚLIWA

Pasjonat języków i kultury. Informatyk. Publikuje na tematy związane z ochroną danych, badaniami medycznymi, etyką i społecznymi aspektami technologii. Mieszka i pracuje w Szwajcarii.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Ważne, by wiedzieć, co robić, gdy pojawi się okazja do wskoczenia na wyższy poziom. Ważne, by nie przysnąć, gdy zagra złoty róg. A okazja taka może nie trwać długo – pisze Jan ŚLIWA

.Świat się zmienia. Zwłaszcza od rosyjskiej agresji na Ukrainę następuje Wielkie Przetasowanie. Dzielnie broniąca się i kontratakująca Ukraina obala mit niezwyciężonej armii rosyjskiej. Polska jako nieodzowny i zdecydowany filar wsparcia dla Ukrainy oraz wiarygodny sojusznik bloku zachodniego opartego na USA rośnie na znaczeniu. Równocześnie Niemcy, dotychczasowy hegemon, wkraczają w zawiniony przez siebie kryzys gospodarczy i polityczny. Maleje też zaufanie do ich zdolności przywódczych oraz lojalności wobec współczłonków Unii Europejskiej. Daje to szanse na wzmocnienie międzynarodowego znaczenia Polski.

Co konkretnie może Polska osiągnąć? Przede wszystkim – powinna być traktowana przez poważnych, pragmatycznych partnerów jako samodzielny gracz, który ma własne interesy, ale też ma coś do zaoferowania. Partnerzy mniej pragmatyczni, jak Parlament Europejski, będą dalej powtarzać wyuczone mantry, ale będzie to coraz mniej znaczyło. Decydujące jest partnerstwo z USA, ale nie można używać argumentów typu: jak mnie będziesz zaczepiać, to przyjdzie mój starszy brat i cię zbije. Pozostając w szkolnych analogiach, możemy przyrównać Niemcy do klasowego dominatora, który myśli, że może innym zabierać kanapki i bezkarnie ich szturchać. Inni go nie cierpią, ale słuchają, przyłączają się nawet do mobbingu słabszych. Jeżeli ktoś się postawi, może w końcu wygrać, ale musi najpierw przyjąć sporo ciosów i je wytrzymać. Wtedy może się okazać, że od poprzedniego samca alfa przyjaciele odstąpią. Nie wydaje się, by Polska mogła i chciała zostać nowym europejskim samcem alfa. Sama ta idea, podobnie jak idea zarządzającego Unią tandemu czy trojki, jest szkodliwa. Unia to wspólnota wszystkich.

Polska staje się liderem regionu. Liderem, nie zarządcą, być może współliderem. Ten region to Trójmorze, pas krajów połączonych podobnym zagrożeniem ze strony Rosji. Trójmorze obejmujące Ukrainę miałoby o wiele większy ciężar gatunkowy. Tak jak Polska jest traktowana jako ubogi krewny na Zachodzie, podobnie my nie docenialiśmy Ukrainy, sprowadzając ją do oligarchii i korupcji. Dopiero po wybuchu wojny okazało się, jak ważne dla świata jest jej intensywne rolnictwo, tak jak kiedyś było ważne dla Rzeczypospolitej. Mało kto wie, że An-225 Mrija, największy samolot świata, powstał w zakładach Antonowa w Kijowie. Nie wiadomo, jak wojna się skończy, ale jeżeli skończy się dobrze, to armia ukraińska – ze względu na doświadczenie bojowe – będzie najsilniejszą armią na kontynencie. Armia polska też się rozwija, militarnie ten blok będzie naprawdę mocny. Dalszym wzmocnieniem są armie skandynawskie. Nie jest ta moc skierowana przeciwko komuś, ale potencjalny agresor powinien sobie na niej połamać zęby.

W ten sposób Polska może być lokalnym dostarczycielem bezpieczeństwa militarnego i energetycznego. Silny blok powinien przyciągać inwestycje. Gdy sytuacja wreszcie się uspokoi, trzeba pomyśleć o czymś innym niż Abramsy i HIMARS-y.

To wszystko ambitne plany, ale są pewne warunki. Zacznijmy od psychologii – najpierw od naszej. Aby coś osiągnąć, trzeba czegoś chcieć, wiedzieć, czego się chce, i nie bać się tego chcieć. Dotyczy to zarówno władzy, jak i narodu. Jak Polacy widzą przyszłość Polski, jej możliwości? Kiedyś Polska była wielka i silna, ale to było dawno. W ostatnich trzech stuleciach historia nas nie rozpieszczała. 18 września tego roku „obchodziliśmy” 250 rocznicę I rozbioru, ale obca dominacja zaczęła się już sporo wcześniej. Stąd dla wielu historia Polski to zamęczanie się przegranymi powstaniami w cyklu: walka, Sybir, emigracja. Wspaniałe odrodzenie ojczyzny po 123 latach, ale 21 lat później jeszcze większa katastrofa. Delikatnie mówiąc, nie buduje to postaw asertywnych. Również nasi zaborcy piszą naszą historię, głosząc naszą bezwartościowość jako narodu – kłótliwi, pijacy, leniwi, do tego katolicy. Kupują to inni, uspokaja to ich sumienia. 

Do dziś wielu Niemców ma pretensje o zabór Wielkopolski (w ich wersji: Westpreussen) w roku 1918. Polska może się odrodzić, ale do każdego skrawka terytorium pretensje ma ktoś inny. Druga wojna spowodowała gigantyczne straty materialne i ludzkie, do tego cierpienie Polaków zostało zdominowane przez cierpienie Żydów. I znowu naszą historię pisali inni. O Niemcach (przemianowanych na nazistów) prawie zapomniano, rozpowszechniło się za to przekonanie, że „Polacy chcą dołączyć do ofiar i się wykręcić od odpowiedzialności za śmierć milionów Żydów”. Nie przypadkiem zbudowano Auschwitz w Polsce, prawda? Piękna „czarna legenda”. Ostatnio dołączyły do niej opowieści o homofobii, autokratycznym reżimie i braku praworządności. 

Niemcy, którym wspomnieliśmy o odszkodowaniach wojennych, twierdzą, że przecież zabraliśmy im ich ziemie wschodnie, do tego cały rozwój Polski w ostatnich latach dokonał się za unijne (czytaj: niemieckie) pieniądze. To populistyczna demagogia, ale takie opinie w różnych kombinacjach da się słyszeć, również w mediach mainstreamowych i od poważnych polityków.

Pod dyplomatycznymi wypowiedziami ukrywają się emocje, a jeżeli te będą negatywne, to zadecydują o czynach. Pamiętam, że gdy na początku pandemii Polska sobie radziła naprawdę dobrze, pewna niemiecka gazeta zapytała ze szczerym zdziwieniem: a może to my możemy się czegoś nauczyć od Polaków? Gdy Polacy przyjęli pod swój dach miliony Ukraińców, a rząd wspomógł to szybkimi decyzjami bez zbędnych ceregieli, świat otworzył szeroko usta. Słychać było podziw, ale też zaskoczenie: jak to, Polacy, ci których uważaliśmy za moralnych pariasów? Wywołało to ostry dysonans poznawczy, który niektórzy redukowali opowieściami o rasizmie i strasznej sytuacji na granicy z Białorusią. Wzrosło jednak zainteresowanie, więcej było głosów pozytywnych. Port lotniczy „Jasionka International” stał się celem polityków i celebrytów, a świeżo odnowiony dworzec kolejowy w Przemyślu gwiazdą wieczornych wiadomości w światowych mediach.

Pokazuje to, że konkrety mają znaczenie. Docierają do świadomości wolno, ale jednak. Dają szansę przebicia się przez powtarzane bezrefleksyjnie stereotypy. 

A co się konkretnie może zdarzyć? Oczywiście nie wiemy, podstawowe czynniki nie są znane. Ukraina najpewniej obroni niepodległość, ale może z prorosyjskim rządem i kulawym pokojem z Rosją, jak kiedyś po polsko-sowieckim traktacie ryskim. Może jednak też odbić całe terytorium i stać się silnym państwem ze zwycięską armią. Rosja może utrzymać swoją moc, a surowce już sobie znajdą drogę do Europy. Może jednak też się rozsypać. Broń atomowa może być użyta lub nie, co znów może mieć rozmaite konsekwencje. Wsparcie amerykańskie po wyborach do Kongresu może się wzmocnić lub ustać. Tego wszystkiego nie wiemy.

Postawiliśmy wszystko na jedną kartę, włożyliśmy wszystkie jajka do jednego koszyka. Za to nie mamy opinii płochliwych kunktatorów, stanęliśmy po moralnie (i – mam nadzieję – strategicznie) właściwej stronie. To znaczy, że możemy być solidnym partnerem. Stawki są wysokie, ale chowanie głowy w piasek nic by nie dało. Ambitnie przyjmujemy rolę przedmurza, wysuniętej kasztelanii. Z tą różnicą, że tym razem w drugim szeregu. Teraz głowę nadstawiają Ukraińcy. Może cyniczne jest okazywanie tu satysfakcji, ale już dość razy byliśmy bici jako pierwsi. Tym razem sojusz wygląda stabilnie, a sojusznik jest potężny. Niemniej jednak nie łączy nas miłość, lecz (aktualna) wspólnota interesów. Gdyby z jakichś przyczyn Amerykanie musieli się stąd wycofać, znowu do głosu dojdą stare lokalne potęgi. Miłośnicy eurazjanizmu, bardziej niechętni Ameryce niż Rosji, pochowali się, ale są. My myślimy, że po tym, co widzieliśmy, współpraca z Rosją jest niemożliwa, ale nawet teraz słychać głosy, że nie chcemy marznąć za Kijów. Czyli świat akceptuje ogrzewanie krwią. Oznacza to oparcie Eurazji na dwóch centrach – Rosji i Niemczech, wyparcie mocarstw morskich i zadeptanie tego, co pomiędzy.

Rola Niemiec jednak w tej chwili rzeczywiście maleje. Ich świadome, wieloletnie uzależnianie się od rosyjskiego gazu staje się widoczne dla wszystkich. Czy było całkowicie dobrowolne, czy działała rosyjska agentura? Była to albo naiwność, albo niejasna i wciąż trwająca zależność od Rosji – trudno powiedzieć, co gorsze. Do tego widać ich egoistyczne i potężne wspieranie własnej gospodarki oraz próby wpływania przez Niemców ulokowanych w instytucjach unijnych na wybory w krajach członkowskich. Dopóki chodziło o Polskę i Węgry, można to było pominąć, ale Włochy – i może za rok Hiszpania – to inny kaliber. Niemcy ponoszą też podczas obecnego sztormu konsekwencje wyborów z czasów słonecznej pogody. Nie oglądając się na skutki, rezygnują ze stabilnych źródeł energii, zwłaszcza energii atomowej. Ich wspaniała Energiewende może nie przetrwać tej zimy. Chyba nie wszyscy jeszcze rozumieją, że nocą fotoogniwa nie dają prądu. Z jednej strony „ludzie z Davos” forsują cyfryzację wszystkiego, z drugiej strony możliwe stają się kilkudniowe wyłączenia prądu. Nie będzie wtedy działać nic – ani cyfrowe pieniądze, ani spłuczka w WC. Niemcy dekonstruują przemysł samochodowy – perłę swojego przemysłu. Mają światowe marki, symbol niemieckiej jakości, przewagę techniczną w skali światowej, ale krok po kroku to niszczą. Infrastruktura krytyczna jest wyprzedawana, główni akcjonariusze koncernu energetycznego RWE to fundusz BlackRock i emirat Katar. Dalej – idee woke i gender atakują nie tylko uniwersytety, ale i infrastrukturę krytyczną. Kolej zamiast o bezpieczeństwo i punktualność dba o tolerancję i różnorodność. W instytutach naukowych odbywają się szkolenia antydyskryminacyjne, a prawomyślność zapewnia gender-monitoring. Wracamy do oficerów politycznych, politruków. Silny kraj przetrzyma wiele, ale w pewnym momencie nawet Niemcy natrafią na barierę.

Interwencje w wewnętrzne sprawy państw członkowskich powodują też erozję zaufania do instytucji unijnych. Covidowy fundusz odbudowy okazał się klapą – „natychmiastowa pomoc” po latach lub nigdy, wykorzystywana do szantażu. Wspólne działania będą teraz utrudnione, co stoi w konflikcie z dążeniem do „ever closer union”. Niektórzy europosłowie już przyzwyczaili się do grillowania Polski, żądając zapalczywie obcięcia wszelkich funduszy, bez zwracania uwagi na podstawę prawną. Czy to ostateczny szturm, czy histeryczne akcje przegrywających? Wydaje się, że wahadło przechyla się w drugą stronę. Do tej pory działało zawstydzanie i stygmatyzowanie, ale po przekroczeniu masy krytycznej mimo płaczu i rozdzierania szat to się zmieni. Trzeba będzie uznać, że istnieje życie poza dogmatycznym liberalizmem. Niemniej to traktowanie Polski jako ostatniego pariasa stoi w kontraście z pozycją Polski w rzeczywistym sojuszu Zachodu. Również gospodarczo Polska nie jest żebrakiem, odgrywa podstawową rolę dla niemieckiej gospodarki. Takie tarcia między twardymi realiami a ideami krążącymi w izolowanych od świata kafkowskich gmachach Brukseli muszą doprowadzić do spięcia.

Przyglądając się problemom innych, nie odczuwajmy nadmiernej Schadenfreude, choć to słodkie uczucie. Patrząc na zimno, nie jesteśmy zainteresowani upadkiem gospodarczym Niemiec. Nie interesuje nas też rozpad Unii, ale raczej jej naprawa. Przy zmianie równowagi sił wydaje się to możliwe. Pracując na wzrost pozycji Polski i widząc (miejmy nadzieję) efekty, nie popadajmy w buńczuczność. Nikt nie lubi arogantów. Nie zapominajmy też o tym, że nasza pozycja wisi w dużej mierze na Baltic Pipe, a rurom pod Bałtykiem zdarzają się wypadki.

Totalna klęska Rosji to interesująca możliwość, ale przy takiej eksplozji odłamki latają daleko. Może dojść do wojny wszystkich z wszystkimi, jak po rewolucji 1917 roku. Do tego w Europie pojawią się miliony indoktrynowanych putinizmem uchodźców.

By sprostać tym wyzwaniom, potrzebna jest zdecydowana polityka rządu. Rządzący muszą zdać trudny egzamin. Ważny jest też spokój społeczny. Na razie mimo napięć udaje się go zachować. Być może ludzie nie są gotowi do wychodzenia na ulicę tylko dlatego, że są problemy, nie widząc alternatywnych propozycji. Program opozycji – pozamykamy kogo się da, instytucje zajmiemy siłą, wszystko zasypiemy, odwołamy zamówienia uzbrojenia – widocznie nie wystarcza. Inflacja ma wtedy zniknąć sama, pojawią się gaz, węgiel i cukier. Nie jest to przekonujące. Ale w przypadku rosnących napięć, jak ostry kryzys energetyczny, rosnące zagrożenie wojną (eksplozja jądrowa niedaleko granicy?), różnie się jeszcze może zdarzyć.

Tekst ten zawiera wiele ostrzeżeń. Jak powiadają: ty możesz zapomnieć o problemach, ale problemy nie zapomną o tobie. Nie należy popadać w tromtadrację – nie oddamy ani guzika…

.To, co jednak najważniejsze, to fakt, że pojawiło się okno możliwości. W roku 1918 też się otworzyło, trzeba było zagrać va banque. Znaleźli się ludzie, naród podołał. Teraz możemy awansować do wyższej ligi. Ale tam trafia się na silniejszych przeciwników i na nowe problemy. Trzeba grać śmielej, w szerszym zakresie. Ale wydaje się, że polska dyplomacja daje radę, armia się wzmacnia, Polacy są odporni na ekstremizmy, nie słuchają siewców niepokoju. Jak rozwinie się sytuacja, nie wiemy. Wachlarz możliwości rozpościera się od jednego ekstremum do drugiego. Ważne jednak, by wiedzieć, co robić, gdy pojawi się okazja do wskoczenia na wyższy poziom, by nie przysnąć, gdy zagra złoty róg. A okazja taka może nie trwać długo.

Jan Śliwa
Tekst ukazał się w nr 46 miesięcznika opinii “Wszystko co Najważniejsze” [LINK].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 11 listopada 2022