Wszystko Co Najważniejsze

Rośnie poczucie zagrożenia. Migracyjny paraliż Europy

Minister spraw zagranicznych i wicekanclerz Niemiec w latach 1998-2005. W czasie jego kadencji Niemcy zdecydowanie poparły interwencję sił NATO w Kosowie w 1999 roku, sprzeciwiły się natomiast wojnie w Iraku. Zanim rozpoczął karierę ministerialną, brał udział w antyrządowych demonstracjach w latach 60. i 70. XX w. Odegrał kluczową rolę w utworzeniu niemieckiej Partii Zielonych, na której czele stał przez blisko dwadzieścia lat.
wszystkie teksty autora

Przez wiele stuleci kontynent europejski nękany był przez wojny, głód i biedę. Miliony Europejczyków musiały emigrować z powodów ekonomicznych i społecznych. Przepływali przez Atlantyk do Ameryki Północnej i Południowej, a nawet do tak odległych miejsc jak Australia, byle tylko uciec przed nieszczęściem, w poszukiwaniu lepszego życia dla siebie i dzieci.

.Mówiąc językiem obecnej debaty o imigrantach i uchodźcach, wszyscy byli „emigrantami ekonomicznymi”. W XX wieku głównymi przyczynami ucieczki były prześladowania rasowe, represje polityczne i koszmar dwóch wojen.

Dziś Unia Europejska to jeden z najbogatszych regionów świata. Od kilkudziesięciu lat przeważająca większość Europejczyków mieszka w pokojowych krajach demokratycznych, które bronią ich fundamentalnych praw. Nieszczęście Europy i migracje Europejczyków stały się odległym (choć nie do końca zatartym) wspomnieniem.

A mimo to wielu Europejczyków znów czuje zagrożenie – nie ze strony Rosji, która agresywnie poczyna sobie wobec sąsiadów, ale ze strony uchodźców i imigrantów – najbiedniejszych z biednych.

Kiedy latem tonęły setki ludzi próbujących przepłynąć łodziami Morze Śródziemne, w niemal każdym zakątku Europy, 26 lat po upadku żelaznej kurtyny, zaczęły się podnosić głosy za izolacją, masowymi deportacjami, budowaniem nowych murów i płotów.

W całej Europie ksenofobia i otwarty rasizm mają się świetnie, zaś partie nacjonalistyczne, a nawet skrajnie prawicowe, zyskują popularność.

.To dopiero początek kryzysu, bo warunki zmuszające ludzi do ucieczki z ojczyzny będą się tylko pogarszać. A Unia Europejska, której członkowie mają największe i najlepsze na świecie systemy opieki społecznej, wydaje się bezradna wobec imigracji – politycznie, moralnie i administracyjnie.

Ten paraliż tworzy poważne ryzyko dla UE. Nikt rozsądny nie wierzy, że pojedyncze państwa – zwłaszcza najbardziej dotknięte tym problemem Włochy czy Grecja – są w stanie poradzić sobie samodzielnie z długoterminowym wyzwaniem masowej migracji. Ale wiele krajów członkowskich odrzuca wspólne starania Europy, co grozi przyspieszeniem erozji unijnej solidarności i nasileniem tendencji do dezintegracji.

Istnieją trzy różne przyczyny obecnej migracji do Europy: trwający zastój ekonomiczny na zachodzie Bałkanów, zamieszki na Bliskim Wschodzie oraz wojny domowe i konflikty w Afryce. Nasilenie bądź rozszerzenie się wojny na wschodzie Ukrainy szybko dodałoby czwarty punkt do tej listy.

Innymi słowy, migracja, w obliczu której stoi dziś Europa, to efekt poważnych kryzysów w jej własnym sąsiedztwie. A mimo to UE nie jest w stanie wiele zrobić, by je rozwiązać.

Unia musi znacząco wzmocnić wspólną politykę zagraniczną i bezpieczeństwa, w tym Europejską Politykę Sąsiedztwa, by skuteczniej likwidować przyczyny migracji u źródła.

Być może jedyną porażką jeszcze bardziej bijącą po oczach niż brak poparcia krajów członkowskich dla takich reform jest ich własna bezczynność, także dlatego, że powstałą w ten sposób próżnię wypełniają dziś ksenofobiczni populiści.

Ze względu na swą słabość w dziedzinie polityki zagranicznej Europa ma jedynie niewielki wpływ na wojny i konflikty pustoszące Afrykę i Bliski Wschód (choć ten wpływ, choćby i niewielki, należy wykorzystać i zwiększać). Jednak zachodnie Bałkany to zupełnie inna historia. Chorwacja jest już członkiem Unii, Czarnogóra i Serbia zaczęły negocjacje akcesyjne, Albania i Macedonia są kandydatami do akcesji, a Bośnia i Hercegowina oraz Kosowo są kandydatami potencjalnymi. I dlatego UE ma tu znaczące wpływy.

Dlaczego UE nie angażuje się mocniej na zachodzie Bałkanów, na które ma wpływ dzięki wspieraniu modernizacji gospodarki i administracji czy projektom infrastrukturalnym łączącym ten region z przemysłowymi ośrodkami Unii – to wciąż pozostaje tajemnicą Komisji Europejskiej i państw członkowskich. Absurdalnym efektem jest to, że obywatele z krajów kandydujących do UE podlegają procedurom azylanckim, bo nie ma dla nich możliwości legalnej emigracji do Unii.

Jednym ze szczególnych przypadków są Romowie, liczna mniejszość narodowościowa na zachodzie Bałkanów, której członkowie często padają ofiarami surowej dyskryminacji. To problem ogólnoeuropejski. Romowie od upadku komunizmu w 1989 r. borykają się z większymi problemami niż inni, bo obsadzają głównie niewykwalifikowane stanowiska w przemyśle, które idą pod nóż jako pierwsze. Wielu z nich – obecnych i przyszłych obywateli Europy – popadło w skrajną biedę. Dalsza ich dyskryminacja stanowi skandal na skalę europejską, a UE, jej kraje członkowskie i kraje kandydackie muszą ten problem rozwiązać.

Letni kryzys imigracyjny uwypukla kolejny – znacznie większy – problem strukturalny Europy: demografię.

Europejskie populacje starzeją się i kurczą, więc kontynent już teraz potrzebuje imigrantów. Ale wielu Europejczyków mocno się im sprzeciwia, bo to oznacza też zmiany społeczne.

W dłuższej perspektywie politycy będą musieli wyjaśnić ludziom, że nie da się utrzymać gospodarczego dobrobytu, dobrego zabezpieczenia społecznego i populacji, w której emeryci coraz bardziej obciążają grupę osób aktywnych ekonomicznie. Europejski rynek pracy musi rosnąć i między innymi dlatego Europejczycy powinni przestać widzieć w imigrantach zagrożenie, a zacząć upatrywać w nich szansy.

Joschka Fischer

logo sindicateTekst pochodzi z portalu Project Syndicate Polska, www.project-syndicate.pl publikującego opinie i analizy, których autorami są najbardziej wpływowi międzynarodowi intelektualiści, ekonomiści, mężowie stanu, naukowcy i liderzy biznesu.

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.
28 sierpnia 2015
  • Filip Lachert

    „Ale wiele krajów członkowskich odrzuca wspólne starania Europy, co grozi
    przyspieszeniem erozji unijnej solidarności i nasileniem tendencji
    do dezintegracji.”
    Po pierwsze – skoro wiele krajów członkowski odrzucza starania Europy to jakim prawem są one nazywane „wspólnymi staraniami”
    Po drugie – dlaczego straszenie groźbą dezintegracji UE pojawia się zawsze wtedy, kiedy biedny Wshód nie zgadza się z bogatym Zachodem UE? Dlaczego, kiedy trwa debata o sankcjach wobec Rosji, która na Wschodzie jest postrzegana jako realne i bieżące zagrożenie dla funcjonowania państw członkowskich kraje Zachodu rozwadniają stanowisko UE? Wtedy to nie jet „zagrożenie dla jedności UE”?

    „Być może jedyną porażką jeszcze bardziej bijącą po oczach niż brak
    poparcia krajów członkowskich dla takich reform jest ich własna
    bezczynność, także dlatego, że powstałą w ten sposób próżnię wypełniają
    dziś ksenofobiczni populiści.”
    Być może to ogłupiające political corectness uniemożliwiające realną debatę o problemach związanych z migracją spoza naszego kręgu kulturowego uniemożliwia stawienie czoła prawdziwym wyzwaniom. I to właśnie politycy pokolenia pana Fischera walnie przyczynili się do zablokowania możliwości reform zaradzających fundamentalnym problemom.
    Bo pojawienie się zagrożenia ksenofobicznym populizmem wynika z faktu, że politycy głównego nurtu nie chcą, bądź nie potrafią odpowiadać na prawdziwe problemy i lęki społeczeństw.