Michał BONI: "Lampedusa niczym nowe Checkpoint Charlie. Migracje - wyzwania i działania"

TSF Jazz Radio

Lampedusa niczym nowe Checkpoint Charlie. Migracje - wyzwania i działania

Michał BONI

Poseł do Parlamentu Europejskiego. Były minister pracy i polityki socjalnej, sekretarz stanu odpowiedzialny m.in. za politykę rynku pracy, szef zespołu doradców strategicznych Prezesa Rady Ministrów, minister administracji i cyfryzacji.

Ryc.: Fabien Clairefond

zobacz inne teksty autora

.Z pewnego punktu widzenia to był kluczowy tydzień dla europejskiej debaty na tematy migracyjne. Nie tylko dlatego, że po tragicznych wydarzeniach na Morzu Śródziemnym i dramatycznym pogrzebie na Malcie poruszone zostały nasze emocje, co wzmocnione zostało dodatkowo przez okładkę i artykuł w „The Economist”. I nie tylko dlatego, że po posiedzeniu Rady Europejskiej — uruchomiono procesy decyzyjne. Kluczowy charakter tego tygodnia wiąże się z przesileniem, jakie rozpoczęło się w myśleniu o sprawach migracyjnych i ich rozumieniu. Przesileniem szczególnie widocznym w debatach Parlamentu Europejskiego, bo parlamentarzyści różnych grup poszli najdalej w poszukiwaniu rozwiązań.

.Nie będę skupiał uwagi na sprawach, które zostały ostatnio dokładnie opisane w prasie. Ale ważne jest, aby dostrzec trzy perspektywy problemów migracyjnych Europy.

Po pierwsze: nakaz moralny ratowania ludzi — teraz, jak najszybciej

.Decyzje Rady Europejskiej zwiększają nakłady na patrolowanie Morza Śródziemnego trzykrotnie — z 3 do 9 milionów euro miesięcznie; rocznie na całość przedsięwzięć do ok. 120 mln euro. To jest potrzebny krok, ale jeszcze niewystarczający, jeśli chcemy, by statki i operacje prowadzone przez Frontex szeroko chroniły ludzi i pomagały ich ratować. I nawet wkład sprzętowy kilku krajów (w tym Polski) nie rozwiązuje problemu. Akcja musi mieć mocniejszy charakter i tym samym być droższa.

Misja, jaką otrzymała Mogherini, nie jest łatwa. Jak zaatakować przemytników i ich statki, ograniczyć groźny dla życia ludzi proceder, handel ich przewozami do Europy? I jaki mandat prawny zastosować w tej sprawie, by nie wywołać dodatkowych konfliktów? Bo wymaga to zaangażowania militarnego, prawie że niemożliwych ustaleń z rządem w Libii (którym? — są dwa). Albo czegoś, co robiły Włochy 20 lat temu, kiedy do nich napływali Albańczycy. Akcje wywiadowcze przy współpracy obu krajów doprowadziły do zniszczenia statków czy też łajb przemytniczych w portach. Praca nad znalezieniem rozwiązania w walce z handlarzami przewozów dopiero się zaczęła — i nie będzie łatwa.

Niektórzy szacują, że rynek nielegalnych przewozów wart jest 20 mld euro — i że będzie broniony.

Bez względu na wynik walki z przemytnikami ochrona ludzi i tak będzie potrzebna. Bo zawsze jakieś kanały dotarcia do Europy się znajdą. Przecież motywacja jest bardzo silna — oparta na walce o życie, o lepsze, choć trochę, życie. Alternatywą jest los pod ogniem kul wojennych, jak w Syrii, w niewoli wieloletniej służby wojskowej, jak w Erytrei, w niepewności życia, jak w Libii targanej konfliktami i groźbą terroryzmu, czy wieloletni pobyt w obozie dla uchodźców, jak w Jordanii, Turcji bądź Libanie — bez formalnych praw uchodźców. Ten dramat dotyka dzisiaj od 3 do 5 milionów ludzi, i dobrego zakończenia nie widać.

Po drugie: polityka na rzecz uchodźców — racjonalna, wynikająca z solidarnej woli, a nie przymusu

.Uchodźcy szukający azylu, to nie migranci uzyskujący legalny dostęp do krajowych rynków pracy w Europie. Polityka migracyjna jest i pozostanie w gestii krajów. Potrzebne są jej jednak nowe ramy, uwzględniające trendy demograficzne w Europie, ale i presję ekonomiczną w krajach Bliskiego Wschodu, Afryki, Azji, wschodnich, postsowieckich obrzeży Europy. A tym samym potrzebne jest trochę większe uwspólnotowienie tej polityki. Po to, żeby niektóre cele można było realizować całościowo i wspólnie. Jak np. pomoc humanitarną poprzez wizy humanitarne dla rodzin osób, które już są w Europie legalnie, czy pomoc rozwojową dzięki wizom dla studentów i naukowców, by wymiana cywilizacyjna rosła i w efekcie wzmacniała przyszły rozwój krajów spoza UE.

Oczywiście, uchodźcy zalegalizowani w Europie stają się migrantami o specjalnym statusie. Ale tylko 10 – 15% wniosków składanych o azyl doprowadza do uzyskania azylu — w roku 2014 wydano 220 tysięcy pozytywnych decyzji. Co z resztą? To oni właśnie tworzą grupę wędrujących po Europie nielegalnych migrantów. Przepisy azylanckie nakazują oczekiwać na decyzję w kraju, gdzie został złożony wniosek. To trwa długo, bo mało który kraj europejski wypełnia wymogi ustaleń z Dublina (m.in. wydanie decyzji w czasie do 6 miesięcy). Efektem jest albo czekanie, albo poszukiwanie szczęścia — znów przez nielegalność pobytu czy pracy.

To smutne, ale trzeba powiedzieć, że częścią polityki azylanckiej musi być polityka powrotów. Trudno się ją wdraża — z ludzkich, organizacyjnych i prawnych powodów.

Oznacza to, że wobec rosnącego problemu i skali osób poszukujących w Europie azylu — potrzebne są nowe impulsy w polityce na rzecz azylantów. Jednym z dyskutowanych jest uzupełnienie obecnego modelu działaniami komplementarnymi, jeśli skala napływu uchodźców do danego kraju urośnie ponad miarę i osłabią się możliwości uniesienia obowiązków.

Dopiero wtedy pojawiałaby się mocniejsza zasada dzielenia się odpowiedzialnością przez kraje europejskie. Jak niektórzy sugerują, zasada opierałaby się na podziale i przydziale kwot dla krajów z wzięciem pod uwagę wielu czynników: wielkości populacji danego państwa, sytuacji gospodarczej i PKB na mieszkańca, zaangażowania danego kraju w pomoc dla osób pochodzących z tzw. krajów trzecich. I jak akcentują inni, dotyczy to także Polski — reguła podziału odpowiedzialności i solidarność działań; przyjmowanie uchodźców w większej skali opierałoby się na dobrowolnie wyrażanej woli danego kraju, z wzięciem pod uwagę wszystkich uwarunkowań.

.Wyjaśniam to — bo potrzebna jest precyzja. Rząd polski nie chce kwot, i wiele krajów też tak uważa, mocno zaznaczając dobrowolność działań państw w tej dziedzinie. Z drugiej strony w istniejącej sytuacji nie można spokojnie mówić, że — niech wszystko zostanie tak, jak do tej pory było — bo to jest skrajnie niesolidarne.

Dlatego właśnie pojawia się koncepcja owego uzupełniającego działania, wzięcia części odpowiedzialności przez różne kraje — co wydaje się niezmiernie ważne. I — jeszcze raz to podkreślę— musi to być powiązane z realnymi możliwościami: wielkością kraju, jego sytuacją ekonomiczną, nie tylko bieżącą, ale strukturalną, co wyraża PKB na głowę mieszkańca. A także — powiązane z aktywnością kraju w polityce otwarcia na osoby spoza UE potrzebujące pomocy. W Polsce np. jest ok. 160 tysięcy osób z Ukrainy, poza pracującymi legalnie i okresowo, które można zaliczyć do tzw. „internally displaced persons”, czyli osób, które się przemieściły ze względu na wojnę. Na samej Ukrainie jest ich już ok. 1,2 miliona, część dociera do Polski, uzyskując tu wsparcie. To nie są formalni uchodźcy, ale w dyskusjach na forum europejskim uważa się, że to jest polski wkład w pomoc osobom z krajów trzecich.

Takim zaczątkiem tej nowej polityki jest decyzja Rady Europejskiej o solidarnym wsparciu przez różne kraje rozlokowania ok. 5000 uchodźców. Nie jest to wielka skala, ale dobry początek. Taki pilotaż przyszłego modelu dobrowolnej solidarności krajów w pomocy uchodźcom.

Wiem, że początek tej dyskusji jest trudny. Parlament Europejski, zaczynając ją i w sporej części wspierając obowiązkowość kwot — bierze na siebie ciężar analiz i argumentacji. Ostatecznie jednak decyzje są i tak w rękach państw członkowskich. I tu trzeba będzie umiejętnie pogodzić zapisy kompetencyjne traktatu z wolą polityczną na rzecz działań pomagających uchodźcom w imię europejskich wartości, które przecież też są wskazane w traktacie.

Dobrze byłoby jednak pamiętać o dramacie, którego doświadczamy. Za czasów muru berlińskiego był taki Checkpoint Charlie, miejsce przejścia ze Wschodu na Zachód. Wielu przypłaciło życiem, zdrowiem, więzieniem to pragnienie wolności i lepszego życia, to przedzieranie się do świata marzeń. Włosi, Grecy i Maltańczycy mówili mi w Mediolanie podczas dyskusji na temat migracji, że teraz takim symbolicznym Checkpoint Charlie stała się Lampedusa…

Po trzecie: rozumieć źródła, działać w sposób skoordynowany i długofalowo

.Jest ważne, by widzieć ten splot okoliczności ekonomicznych i politycznych jako źródło fal migracyjnych. Realistyczna europejska polityka sąsiedztwa musi odpowiadać na te dwa wyzwania. Łączyć wsparcie na rzecz demokracji, reguły prawa jako podstawy funkcjonowania państw, rozwoju społeczeństwa obywatelskiego i przestrzegania praw fundamentalnych — ze wsparciem rozwoju gospodarczego, opartego na przejrzystych zasadach rynkowych, oraz wsparciem humanitarnym — wtedy, kiedy to niezbędne, by nie dochodziło do katastrof narażających życie ludzkie.

Czy taka polityka jest możliwa? Jest ona konieczna, by w długim terminie dawać sobie radę z wyzwaniami migracyjnymi o różnym pochodzeniu. Wymaga ona nie tylko pomysłów i energii w budowaniu relacji z krajami trzecimi, ale także twardej determinacji, by dbać o efektywność. Efektywne miary wiążą się z warunkami — nie chodzi o dawanie pieniędzy, o dawanie ryby, ale o dawanie wędki. Czyli takie wsparcie finansowe, które nie będzie zmarnowane, będzie wykorzystywane przejrzyście, będzie budowało rozwój, ale nigdy przeciw prawom człowieka i wolnościom obywatelskim.

Czy wiemy więc, jak pomagać Erytrei? Krajowi, którym rządzi autokrata nierespektujący prawa, de facto wymuszający niewolnictwo przez przymusową dla mężczyzn służbę wojskową często do 50 roku życia — mężczyzn stanowiących w ten sposób darmową armię pracowników państwa, np. budujących drogi.

.Dwa pytania geopolityczne są kluczowe.

Pierwsze — dotyczące przyszłości państw partnerstwa wschodniego oraz Kaukazu. Od tego, jak rozwinie się historia w tym regionie albo jak ją— jako Europejczycy — zbudujemy w jakimś konflikcie i napięciu z Rosją, zależy i to, czy z obszaru tego będą pochodziły fale uchodźców i migrantów, czy wejdzie on na trakt własnego rozwoju. Przez dziesięciolecia Turcy emigrowali do Europy, dziś Turcja daje schronienie 1,5 milionowej grupie syryjskich uciekinierów. A więc historia się zmienia…

I drugie — dotyczące przyszłości Bliskiego Wschodu (choć to węzeł gordyjski), a głównie Afryki. Europa nie wie, jak budować relacje z Afryką. Już wyszła z traumy doświadczenia postkolonialnego, choć zajęło to ok. 40 lat. Ale jeszcze nie umie budować partnerstwa. Ani zresztą nowej formy prymatu i przewagi (jeśliby w ogóle chciała takiej polityki) — jak robią to poprzez inwestycje Chińczycy.

Nie umiemy dostrzec potencjału rozwojowego Afryki — w bogactwach naturalnych, w produkcji żywności, jeśli zmienią się formy zarządzania uprawami, w gotowości Afryki na przejęcie pałeczki w odpowiedzialności za produkcję w globalnym łańcuchu wartości. Po południowo-wschodniej Azji przyjdzie pewnie kolej na fabryki w Afryce.

Ktoś powie — ale nowa industrializacja będzie oparta na cyfrowych łańcuchach wartości, to jak to możliwe w Afryce? Już dziś budowane tam systemy bankowe i rosnąca powszechność ich używania opierają się na urządzeniach mobilnych.

Najnowsze technologie wejdą tam w życie szybciej, niż nam się wydaje. Balonowy projekt Google’a i hybrydowe rozwiązania w organizacji dostępu do szybkich sieci (z użyciem m.in. sygnałów satelitarnych) za 3 do 5 lat zwiększą cyfrowy potencjał Afryki. Jeśli jeszcze projekty zwiększające dostęp do wody oraz dobra prośrodowiskowa polityka globalna, a także racjonalne wykorzystanie potencjału demograficznego — staną się obszarem polityk Unii Afrykańskiej, poszczególnych krajów tego kontynentu, oraz kierunkiem polityki europejskiej, to ryzyka oraz zagrożenia mogą być zamieniane w szanse i potencjalne siły.

.A zatem: strategicznie patrząc, rozwiązywanie problemów migracyjnych w Europie zależeć będzie od rozwoju Afryki i od naszego udziału w tym rozwoju. Może zatem potraktujmy inwestycje w politykę szeroko pojmowanego sąsiedztwa: na Wschodzie i Kaukazie, na Bliskim Wschodzie i w Afryce jako inwestycję w przyszły rozwój europejski, w warunki dla tego rozwoju, choćby tak kluczowe jak migracje, demografia i rynek pracy. Choć zarazem — handel, wymiana i nowe gałęzie przemysłu.

Michał Boni
Mediolan — Warszawa, 25 kwietnia 2015

Pierwszy raz na Wszystko Co Najważniejsze?

Aby nie ominąć istotnych tekstów, raz w tygodniu w niedzielę rano wysyłamy newsletter. Zapraszamy do zapisania się:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam