Tomasz ALEKSANDROWICZ: "Kryzys w Unii – Unia w kryzysie. Europa ucieka od pytań najważniejszych?"

TSF Jazz Radio

Kryzys w Unii – Unia w kryzysie. Europa ucieka od pytań najważniejszych?

Prof. Tomasz ALEKSANDROWICZ

Profesor nadzw. Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie. Ekspert zarządzania informacją z Centrum Badań nad Terroryzmem. Współtworzy Instytut Analizy Informacji Collegium Civitas.

Ryc.: Fabien Clairefond

zobacz inne teksty autora

.Unia Europejska już od dłuższego czasu nie ma dobrej prasy. Zarzuty są fundamentalne – kryzys gospodarczy przerósł możliwości decyzyjne Brukseli, zamiast długofalowych rozwiązań mamy wyłącznie drakońskie oszczędności, brak jest wizji na przyszłość, nawet kryzys ukraiński nie skłonił państw członkowskich do zwarcia szeregów.

Quo vadis, Unio – to pytanie, stawiane głośno przez eurosceptyków, przestało być już ich znakiem rozpoznawczym. Poważne wątpliwości zaczynają wyrażać nawet zdeklarowani euroentuzjaści. Coś się stało.

Ojcowie założyciele – Robert Schuman, Jean Monnet, Paul–Henri Spaak – mieli w zasadzie prosty pomysł: trzeba doprowadzić do sytuacji, w której wojna w Europie stanie się niemożliwa. Nie dlatego, że dawni wrogowie z II wojny światowej zaczęli się nagle kochać – to byli mężowie stanu, nie fantaści i nie bardzo wierzyli w miłość między narodami, nie bardzo ufali też zapewnieniom, że  narody europejskie poszły po rozum do głowy. Trzeba było bardziej trwałych zabezpieczeń. W owych latach siłę gospodarki mierzono ilością produkowanej stali i wydobywanego węgla, a bez tych dwóch produktów prowadzenie wojny wydawało się być niemożliwe. Kryteria te zostały zatem wyjęte przed nawias i zarządzanie produkcją węgla i stali zostało przekazane organizacji ponadnarodowej – Europejskiej Wspólnocie Węgla i Stali. Był rok  1951. EWWiS stworzyło sześć państw – Francja, Republika Federalna Niemiec, Włochy, Belgia, Holandia i Luksemburg.

Mijały lata. Następowało pogłębianie i poszerzanie integracji europejskiej. To pierwsze pojęcie oznacza, że współpracy międzyrządowej podporządkowywano coraz więcej dziedzin, przede wszystkim w sferze bezpieczeństwa wewnętrznego, polityki zagranicznej, a z czasem także polityki bezpieczeństwa i obrony; z drugiej strony kolejne sfery podporządkowywano regulacjom ponadnarodowym, a więc państwa przekazywały swoje kompetencje organom Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, a następnie – Unii Europejskiej. Początkowo dotyczyło to kwestii gospodarczych, z czasem także i finansowych, wizowych, azylowych, kontroli granic aż po współpracę w sferze zwalczania przestępczości.

Rozszerzenie integracji europejskiej oznacza z kolei objęcie jej zasięgiem coraz większej ilości państw. Skalę tych przeobrażeń najlepiej oddają liczby: Traktat o utworzeniu Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali podpisało w 1951 r. 6 państw; dziś Unia Europejska liczy 28 państw członkowskich.

Można zatem powiedzieć, że u źródeł dzisiejszej Unii Europejskiej leżał pomysł stricte polityczny ubrany w szaty gospodarcze. Sprawdził się – nie dość, że Europa zyskała czas pokoju, to jeszcze był to czas bezprecedensowego wzrostu dobrobytu społeczeństw państw  członkowskich – jak to określił Jeremy Riffkin: zrealizowano european dream. Wydawało się, że proces integracji będzie postępował powoli lecz nieuchronnie; eurokraci co prawda wywoływali salwy śmiechu czy grymasy złości definiując krzywiznę ogórka, jednak summa summarum – system działał.

.I nagle coś się zepsuło. Nadszedł czas kryzysów: najpierw ekonomicznego, potem politycznego. Bruksela okazała się bezradna wobec zadłużenia Grecji, kryzys gospodarczy zaczął dotykać Hiszpanię i Włochy, nastąpił demontaż państwa dobrobytu i zanik bezpieczeństwa socjalnego. Zapowiedź zmiany punktu ciężkości w amerykańskiej polityce zagranicznej (sławny pivot Baracka Obamy) czyli uznanie Azji za najbardziej przyszłościowy region geopolityczny wywołał w Brukseli wręcz panikę. Okazało się (nagle?), że bez Stanów Zjednoczonych Europa jest de facto bezbronna. Wspólna Polityka Zagraniczna i Bezpieczeństwa pozostała jedynie na papierze. Skończyła się wewnątrzunijna solidarność: Niemcy pytają dlaczego mają płacić za greckie długi, Włosi zostali pozostawieni sami sobie z problemem uchodźców z Afryki Północnej (czego ponurym symbolem stała się Lampedusa), narastają nastroje antyemigranckie, Londyn grozi opuszczeniem Unii Europejskiej…

Mechanizm Wspólnej Europy najwyraźniej się zacina. Gdzie szukać przyczyn i gdzie szukać sposobów naprawy sytuacji?

Rzecz jasna technokraci wskazują cały szereg odpowiedzi – w większości słusznych. Wskazują na przykład, że utworzenie wspólnej waluty bez wspólnego systemu podatkowego to prosta droga do kłopotów finansowych, a tolerowanie nadmiernych deficytów budżetowych osłabia unijną spójność etc, etc. Specjaliści prawa unijnego wskazują konkretne rozwiązania traktatowe, które należałoby zmienić; obserwatorzy życia politycznego w Brukseli podkreślają, że okres „przeciągania liny” pomiędzy instytucjami unijnymi wcale się nie skończył – każda z nich, opierając się na przepisach Traktatu z Lizbony, stara się o poszerzenie swojej władzy na poziomie biurokratycznym. Dotyczy to szczególnie relacji pomiędzy Parlamentem Europejskim a Komisją, choć sporo na ten temat mogliby powiedzieć także biurokraci z aparatu Rady. Trudno ze specjalistami polemizować, wszakże tocząca się (dość cicho zresztą) debata już dawno zaczęła przypominać spór ekspertów, którzy rozumieją tylko sami siebie. A przyczyna niesprawności Unii Europejskiej jest znacznie głębsza i  chociaż trudno jej nie zauważyć, to wszelkie dywagacje na ten temat  noszą przykry posmak braku politycznej poprawności.

Unia Europejska – podobnie jak jej poprzedniczki w procesie integracji europejskiej – opiera się tak naprawdę na jednej podstawie: wspólnocie interesów państw członkowskich. Interesy te dały się łatwo zidentyfikować w latach 50., gdy struktury integracyjne tworzyły Francja, Niemcy, Włochy, Belgia, Holandia i Luksemburg. W 1973 r., gdy do Szóstki dołączyły Wielka Brytania, Irlandia i Dania, początkowe obawy – związane zwłaszcza ze słynną brytyjską splendid isolation – szybko się rozwiały. W 1981 r. Do Wspólnot zaczęły przystępować państwa południa Europy, najpierw Grecja, a 5 lat później Hiszpania i Portugalia. Zaczęło robić się ciasno, dołączyły kraje znacznie biedniejsze, o innej kulturze pracy i zarządzania (maniana!), rewolucji jednak nie było. 1995 r. – to kolejne państwa skandynawskie, Szwecja i Finlandia oraz neutralna Austria. Aż przyszedł magiczny rok 2004 i członkami Unii Europejskiej zaczęły zostawać kraje, które przeszły przez doświadczenie półwiecza realsocjalizmu: Polska, Węgry, Czechy, Słowacja, Litwa, Łotwa, Estonia, a później Bułgara, Rumunia i Chorwacja. Cypr i Malta były tylko – z całym szacunkiem dla tych państw – dodatkiem. I wtedy pojawiły się kłopoty.

Do czasu wybuchu kryzysu w 2008 r. integracja w tak szerokim gremium rozwijała się całkiem nieźle. Państwa „starej” Unii wykazały się solidarnością i nowi członkowie otrzymali solidne wsparcie mające na celu dostosowanie się do wymogów unijnych. Przekształcały też swoje gospodarki i aparat administracyjny tak, aby spełniały unijne wymogi. Nie było to zadaniem łatwym ale przecież – efekty wskazywały na sukces. Do czasu.

Zbiegło się kilka rzeczy – zataczający coraz szersze kręgi kryzys, zapoczątkowany upadkiem banku Lehman Brothers, grecka „kreatywna księgowość budżetowa” (by użyć takiego eufemizmu) i wreszcie kryzys ukraiński. Przyszły czasy złe, a Unia Europejska okazała się być świetnym rozwiązaniem – na dobre czasy.

Splot tych trzech wymienionych czynników udowodnił, jak trudno znaleźć wspólne interesy 28 państw członkowskich UE, jak dalece różnią się one od siebie pod wieloma względami – nie tylko wysokości wzrostu PKB i zaawansowaniem cywilizacyjnym. Co ma wspólnego Rumunia z Wielką Brytanią? Jakie interesy łączą Francję i Bułgarię? Dlaczego orbanowskie Węgry wyraźnie idą pod prąd i dążą do sojuszu z Putinowską Rosją? Mit unijnej jedności, solidarności i wspólnej europejskiej tożsamości zaczął się chwiać.

Obywatele Unii Europejskiej przestali się nimi czuć – o ile kiedykolwiek mieli takie poczucie. Do głosu dochodzą nawet nie tyle eurosceptycy, co otwarci wrogowie integracji, znajdując swoje miejsce nie tylko na krajowych forach politycznych ale wręcz w Parlamencie Europejskim. Podstawowy zarzut, jaki stawiają Brukseli, powtarzany jest w wielu językach: państwa narodowe pozbawiły się swoich kompetencji na rzecz organów unijnych, a te – wykazując najgorsze cechy biurokracji dbającej o swoje interesy – kompetencje te wykonują albo źle, albo wcale.

.Na efekty nie trzeba było długo czekać. Putin, znakomicie prowadzący walkę informacyjną i wykorzystujący „broń gazową”, świetnie gra na wielu fortepianach. To nie tylko kwestia różnych postaw rządów, to także podsycanie konfliktów wewnątrz poszczególnych rządów (vide: Niemcy), grup interesów (biznes), całych państw (przykład Węgier), ugrupowań politycznych (związki z europejską skrajną prawicą) czy wreszcie podsycanie nastrojów antyamerykańskich. W połączeniu z realiami kryzysu daje to wybuchową mieszankę, której efektem jest pytanie: po co nam ta Unia? Żeby finansować Greków? Drażnić Putina? Wprowadzać sankcje, które biją w europejskie gospodarki? Odpowiedź udzielana przez Brukselę dla wielu – nie tylko eurosceptyków – jest zwyczajnie nieprzekonywująca.

Kryzys gospodarczy i antyunijna strategia Putina to nie wszystkie wyzwania. Trzecie jest ciągle jeszcze lekceważone – to Państwo Islamskie i radykalizacja muzułmanów żyjących w Europie.

Zarówno Unia Europejska, jak i państwa członkowskie zdają się zamykać oczy na ten problem, forsując nieskuteczną politykę multikulti i zasłaniając się poprawnością polityczną. Oficjalnie w wielu miejscach nie składa się już życzeń „Wesołych Świąt Bożego Narodzenia” lecz mówi o jakichś „Zimowych Wakacjach” – z podtekstem – nie wolno drażnić muzułmanów.

Większość z mieszkających w Europie muzułmanów zapewne nie zwraca na to uwagi. Natomiast w oczach islamskich radykałów stanowi to ewidentną oznakę słabości i potwierdzenie prowadzonych przez nich działań. Ma to też drugą stronę medalu, równie groźną, a prawdopodobnie – groźniejszą. Następuje wyraźny wzrost islamofobii, zaczyna dochodzić do demonstracji „przeciwko islamizacji Europy”, coraz aktywniejsze stają się ugrupowania skrajnej prawicy. Mogą „rozwiązać problem islamizacji Europy” po swojemu – i sięgnąć po władzę. Przemoc wisi w powietrzu, jak zwykle w takich przypadkach – ucierpią najbardziej niewinni ludzie, których jedyną „winą” będzie to, że są muzułmanami. Wypada przypomnieć w tym miejscu motywację, którą kierował się Andreas Breivik mordując niewinnych ludzi na wyspie Utoya. Rzecz w tym, że on sobie problemów z imigrantami muzułmańskimi w Norwegii nie wymyślił (choć zdecydowanie je przejaskrawił), problemy te istnieją. Jeśli Unia Europejska zamknie na nie oczy – podejmie je ktoś inni, myśląc podobnie jak Breivik.

.Gdzie szukać recept na zarysowane problemy? Euroentuzjaści powiadają: więcej integracji, więcej władzy dla instytucji ponadnarodowych. Eurosceptycy i zajadli przeciwnicy EU przeciwnie: „ograniczmy socjalistyczną władzę Brukseli”. Obu stronom trudno przyznać rację.

Euroentuzjaści racji nie mają, bowiem przy dzisiejszych nastrojach społecznych trudno sobie wyobrazić, aby państwa członkowskie przyznały strukturom unijnym więcej kompetencji. Zgodnie z Traktatem Lizbońskim w UE obowiązuje zasada przyznania, a to państwa są „panami traktatów” i to one decydują o rozszerzaniu czy zmniejszaniu kompetencji unijnych. Zresztą – skoro mając dzisiejsze kompetencje Unia nie radzi sobie z istniejącymi problemami, to po co jej przyznawać kolejne?

Eurosceptycy racji także nie mają. Jaka jest bowiem alternatywa dla Unii? Osłabienie struktur unijnych oznacza de facto stopniowy powrót do systemu westfalskiego, a w konsekwencji odświeżenie polityki równowagi sił czyli rezygnację z pomysłu Ojców Założycieli. Sięgnijmy do podręczników historii i przypomnijmy sobie, czym kończyła się polityka równowagi sił.

Impas? Jeśli nie wyjdziemy poza standardowe schematy – bez wątpienia tak. Trzeba zatem szukać nowych rozwiązań, wychodzących poza znane już od dawna dylematy.

Najwyższa pora przemyśleć integrację europejską na nowo. Nie zgubić tego, co się sprawdziło i szukać nowych rozwiązań. Pora na szeroko zakrojoną obywatelską debatę toczoną nie tylko na poziomie samej Unii, lecz także poszczególnych państw, grup społecznych, regionów, organizacji. Ta debata nie może zostać zamknięta w gabinetach przywódców, spotkaniach mędrców, ograniczać się do dyskusji na forum Rady Europejskiej czy COREPER.

Rzecz jasna nie mam gotowych rozwiązań i propozycji; nie wierzę, aby ktokolwiek dziś mógł je przedstawić. Sądzę jednak, że warto, by taka dyskusja uwzględniała co najmniej cztery podstawowe kwestie:

Po pierwsze:

Likwidację deficytu demokratycznego w Unii Europejskiej. Nie kwestionuję pozytywnych tendencji w Traktacie Lizbońskim, który zdecydowanie zwiększył rolę Parlamentu Europejskiego i parlamentów narodowych. Jednak widać wyraźnie – to zbyt mało. Przeciętnemu obywatelowi Unia Europejska jaki się jako instytucja rządowo – biurokratyczna, a eurodeputowani – odlegli od ich życia o całe lata świetlne. Instytucji demokratycznych (pochodzących z bezpośrednich wyborów?) w Unii powinno być znacznie więcej. Czy Unia jest dla siebie, dla państw czy dla  obywateli? Od praktycznej – nie deklaratywnej! – odpowiedzi na to pytanie zależy przyszłość integracji europejskiej;

Po drugie:

Rozpoczęcie prac nad trzema strategiami: gospodarczą, polityki zagranicznej i bezpieczeństwa oraz przestrzeni wolności, bezpieczeństwa i sprawiedliwości. Trzeba sobie jasno powiedzieć: jakie poszczególne państwa członkowskie mają interesy i cele strategiczne i spróbować je skorelować na poziomie ponadnarodowym (inaczej: czego poszczególne państwa członkowskie chcą od UE? Tu tez trzeba uwzględnić głos obywateli!); dokonać oceny warunków, w jakich przyjdzie nam te cele realizować, określić sposoby ich realizacji i wreszcie – określić siły i środki, za pomocą których Unia będzie wyznaczone cele osiągać. Ceterum censeo: to nie może być wyłącznie debata szefów państw i rządów oraz unijnych Komisarzy, to musi być debata obywatelska;

Po trzecie:

Zarządzanie Unią musi zostać zdecentralizowane. Trzeba wykorzystać to, co i tak rozwija się w naturalny sposób: zarządzanie wielopoziomowe, coraz aktywniejsze sieci społeczne funkcjonujące transgranicznie, rosnącą rolę różnego rodzaju samorządów. Znów trzeba wspomnieć o deficycie demokratycznym w Unii: jaki wpływ obywatele mają np. na funkcjonowanie różnych agencji unijnych, np. FRONTEXu? Przekonywająco idee te przedstawia w swojej ostatniej książce (”Koniec Unii Europejskiej”) Jan Zielonka;

Po czwarte:

Instytucje unijne muszą nabrać charakteru – jak określają to Daron Acemoglu i James A. Robinson w swojej książce „Dlaczego narody przegrywają” – włączającego: bronić praw własności tworząc pole gry z regułami jednakowymi dla uczestników, zachęcając do inwestowania w nowe technologie i umiejętności, wspierając pluralistyczne rozłożenie władzy i powodując, iż wzrost gospodarczy jest odczuwany przez wszystkich, a nie tylko elity. Równocześnie – instytucje te muszą być gwarantem prawa i porządku.

.Debata inicjująca zmiany i przekształcenia Unii Europejskiej nie będzie zadaniem ani łatwym, ani przyjemnym. Jest jednak niezbędna, gdyż inaczej Unia przekształci się w instytucję czysto biurokratyczną, której jedynym celem jest przetrwanie, utrwalenie i rozszerzanie swojej władzy, postrzeganej nie tylko jako niepotrzebna, lecz przede wszystkim – jako szkodliwa.

Tomasz Aleksandrowicz

Pierwszy raz na Wszystko Co Najważniejsze?

Aby nie ominąć istotnych tekstów, raz w tygodniu w niedzielę rano wysyłamy newsletter. Zapraszamy do zapisania się:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam