Warszawskie marzenie

.Przeszedłem się kiedyś całą ulicą Złotą. Od źródeł aż po kres. Zacząłem, tak jak trzeba, od Zgody i nim przecięła mi drogę Marszałkowska, zaraz wniknąłem w rękaw podziemnego przejścia. Przeciąłem obecny plac Defilad i dawną ulicę Wielką. Pojawiły się stopnie prowadzące do wnętrza ogromnego budynku, który warszawiacy nazwali kiedyś dowcipnie „Dworcem Wiedeńskim w stanie erekcji”. Labiryntem korytarzy wydostałem się na skrzyżowanie z Emilii Plater. Przez ten cały czas nie zszedłem ze Złotej, choć w niektórych fragmentach jakby jej nie było.

Potem… a potem przeszedłem obok Holliday’a i — unikając wpadnięcia pod samochód — wszedłem na dawną Marchlewskiego, obecnie al. Jana Pawła II. Przeskoczyłem przez barierkę tnącą wzdłuż tramwajowe torowisko, rozejrzałem się uważnie i w parę sekund stałem już na chodniku. Zwolniłem, acz nogi niosły dalej, aż do Żelaznej, do tego miejsca gdzie Złota ginie w nurtach Twardej.

.W połowie lat dziewięćdziesiątych w warszawskim Goethe Institut miała miejsce prelekcja na temat projektów urbanistycznych Berlina. Nie pamiętam już kto wykładał, urbanista, architekt czy kulturoznawca. Opowiadał, że dopiero po upadku muru można mówić o sensownym, zagospodarowaniu miejskiej przestrzeni, bo do tego czasu oba organizmy, wschodni i zachodni żyły obok siebie i odbudowywały się po swojemu. Prelegent zwracał również uwagę na liczne pustostany, ziejące nicością płaskości w centrum, które dopiero teraz, te kilkadziesiąt lat po wojnie można z powrotem włączyć w przestrzeń miejską.

W trakcie referatu miałem dziwne wrażenie, że mowa jest o Warszawie. O Warszawie, którą po części odbudowano, po części dokonano przebudowy, zmian i przeróbek, a jednocześnie pozostawiono w jej centralnej części mnóstwo pustej, wolnej od zabudowy przestrzeni zamienionej ad hoc na skwerki, parkingi albo śródmiejskie łąki, na których chłopcy grali w piłkę, a starsi popijali piwko i jarali szlugi z tulącymi się do nich dziewczynami. Wokół stały kamienice, przypadkowo oszczędzone przez Niemców i rodzimych komunistycznych planistów. Boczne elewacje ukazywały światu w jakich kolorach mieli swoje pokoje mieszkańcy sąsiedniego domu, który nagle, w połowie lat czterdziestych zniknął z miejskiego krajobrazu.

A tymczasem berlińczyk opowiadał o potrzebie odbudowy, ale nastawionej przede wszystkim na zrekonstruowanie tkanki miejskiej czyli ciągów komunikacyjnych. To wzdłuż nich dopiero miały powstawać domy, ale nie odwzorowywane podług fotografii sprzed alianckich bombardowań tylko w formie — jak to ładnie ujął — „krytycznej rekonstrukcji”, czyli pasujące do otoczenia budynki wznoszące się maksymalnie do szóstego piętra, nie więcej. Potsdamer Platz, plac Poczdamski miał być wyjątkiem ze swoim wieżowcami. Ale to symbol, wiążący obie podzielone niegdyś części miasta.

.Czy na sali jest ktoś z warszawskiego magistratu? — przemknęło mi przez głowę. Przecież to jest świetny pomysł, podany za darmo przez jakiegoś Niemca i nic tylko wykorzystać go w Warszawie. Odtworzenie siatki ulic w Śródmieściu i stawianie sześcio-, no, siedmiopiętrowych kamienic. Genialne! I przypomniało mi się wtedy, że w jakimś starym numerze „Stolicy” z lat sześćdziesiątych bodajże, na który natrafiłem przypadkiem w bibliotece, natknąłem się na artykuł, w którym autor pisał, że ulica Wielka jest potrzebna, że jeszcze zostanie odtworzona, może nie tak jak przed wojną, ale będzie.

No i łudziłem się, że ktoś był, bo oto na moich oczach, właśnie w latach dziewięćdziesiątych odradzała się ulica Wielka. Obok śródmiejskiego dworca stanęła wielka hala MarcPolu, a niebawem drugi blaszak, bliżej Świętokrzyskiej. Ludzie już nie szli tamtędy jak po wielkim wygwizdowie, skąd hen na horyzoncie majaczyły grzbiety Domów Towarowych. Nie. Oni mogli wstąpić, zrobić zakupy, przyjrzeć się kupieckiej ofercie. Oni szli ulicą Wielką. To był, przy całej swej ułomności i tymczasowości, odtworzony jeden z komunikacyjnych śródmiejskich ciągów. Ale jak się później okazało — tylko na chwilę.

.Ale ja czekam. Czekam aż Miasto wróci do tej części Śródmieścia, abym mógł się przejść nie tylko Złotą, nie tylko Wielką ale i całą ulicą Chmielną. Od Nowego Świata aż po Miedzianą. Mam takie marzenie. Warszawskie marzenie.

Jarosław Jot-Drużycki

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Chcę otrzymywać powiadomienia o najnowszych tekstach.

Autorzy wszyscy autorzy

A B C D E F G H I J K L M N O P R S T U W Y Z
Przejdź do paska narzędzi