Ks. prof. Piotr MAZURKIEWICZ: Kościół przypomina, że istnieją normy i wartości, które nie mogą być podporządkowane zasadzie większości

Kościół przypomina, że istnieją normy i wartości, które nie mogą być podporządkowane zasadzie większości

Photo of Ks. prof. Piotr MAZURKIEWICZ

Ks. prof. Piotr MAZURKIEWICZ

Profesor nauk społecznych, nauczyciel akademicki Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, sekretarz generalny Komisji Konferencji Episkopatów Unii Europejskiej COMECE w latach 2008–2012.

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Według wielu badań na całym świecie wskaźniki religijne rosną, także te dotyczące katolicyzmu. Mieszkając w Europie, która znacznie te statystyki zaniża, naszą sytuację rzutujemy na resztę globu. Jeśli ją z nich wyjmiemy, okaże się, że Kościół jest żywy, zwłaszcza w Afryce, że ewangelizacja trwa – twierdzi ks. prof. Piotr MAZURKIEWICZ

Monika ODROBIŃSKA: Zapytam na przekór niepokojącym statystykom: co trzyma w Kościele nas, którzy w nim trwamy?

Ks. prof. Piotr MAZURKIEWICZ: Nie jest to najgorszy czas dla Kościoła. Przeżywał on kryzys przed pontyfikatem Jana Pawła II, potem wraz z Polakami zupełnie innego rodzaju kryzys w stanie wojennym. Kościół przetrwał. Upadek komunizmu zaowocował wzrostem aktywności w jego strukturach. W Europie Środkowej ta fala wznosząca skończyła się jakąś dekadę temu. Od tego czasu zauważamy spadki w statystykach praktyk religijnych, ale z tych najwyższych pułapów, czyli że jest gorzej niż wtedy, kiedy było najlepiej. Spadek ten jest jednak bardzo dynamiczny, i to jest niepokojące. Nasze społeczeństwo należy do najszybciej sekularyzujących się na świecie.

Przypomina mi się wypowiedź kard. Willema Eijka, który w archiwach swojej diecezji odnalazł akta synodu z 1947 r. Jeden z jego uczestników stwierdził, że gdy patrzy na ów powojenny Kościół w Holandii, to widzi potężną armię przyszłych apostatów. Jego słowa zaczęły się potwierdzać 20 lat później. Przewidział, że ludzie, którzy przynależą do Kościoła jedynie ze względów społecznych, pewnego dnia go opuszczą. Nawet jeśli aktywność organizacji, do których należeli, była jednoznacznie moralnie dobra, jak choćby Caritas, to jeśli nie byli zakorzenieni w Chrystusie, jeśli nie mieli osobistej więzi z Chrystusem, wcześniej czy później odchodzili.

– I zadaniem Kościoła jest prowadzenie do tej relacji?

– Tak. W ostatnich 30 latach przybyło świątyń, w których przez cały dzień można uklęknąć przed Najświętszym Sakramentem. Bywa, że do kościoła, w którym trwa Jego adoracja, wchodzi ateista, a wychodzi z niego człowiek nawrócony.

Niepokojącym statystykom i negatywnym opiniom wygłaszanym w sferze publicznej towarzyszy ciche dobro. Odwiedzając parafie, zauważam, że tam, gdzie księża się rzeczywiście starają, ich praca przynosi efekty. Spotyka się to z gorliwością ludzi świeckich, których także nie brakuje, i przynosi efekty.

– W niejednej parafii jednak pozycja księdza jako tego w niej najważniejszego jest nie do przeskoczenia przez świeckich…

Świeccy potrzebują aprobaty ze strony duszpasterzy, a wtedy mogą wiele. Kiedy prawie 40 lat temu trafiłem do mojej pierwszej parafii, zetknąłem się z wiernymi, którzy mieli wiele pretensji: tego nie ma, tamto nie działa. Mówiłem: „Zacznijcie robić, a ja wam pomogę”. Najczęściej taka prosta deklaracja wsparcia ze strony duszpasterza wystarczała, by podjęli inicjatywę. Nie tylko przestawali narzekać, ale rosło w nich poczucie odpowiedzialności za parafię i Kościół. I to się dzieje nadal, parafie stoją gorliwością zarówno duchownych, jak i świeckich.

– I naprawdę nie widzi Ksiądz Profesor nic niepokojącego w polskim Kościele?

– Owszem, niepokoi mnie spadek powołań do kapłaństwa i życia zakonnego, postrzeganie seksualności jako sfery pozamoralnej, kryzys demograficzny i jego skutki. Sytuacja demograficzna polskiego narodu jest dramatyczna.

Ściąganie imigrantów poprawia czasowo sytuację na rynku pracy, ale w zakresie demografii to pomoc śladowa, która może nieco opóźnić katastrofę, ale przed nią nie uchroni. GUS przewiduje, że do 2060 r. nasza populacja zmniejszy się o około 6,6 mln osób. To wielkość porównywalna ze stratami Polski w wyniku drugiej wojny światowej. Tyle że tym razem bez żadnej wojny. Chodzi po prostu o ludzi, którzy się nie urodzą. Polska potrzebuje dzieci, by poprawnie funkcjonować jako państwo, a wskaźniki dzietności ściśle zależą od religijności. Wskaźnik dzietności wśród Polek jest poniżej typowego dla ateistek. Dotyczy to Kościoła także w tym sensie, że jeśli nie będzie Polaków, to nie będzie katolików. Ale w Polsce istnieją także nisze o głębszej pobożności i tam rodzi cię statystycznie znacznie więcej dzieci.

– Co mogłoby ten schemat przełamać?

– Ponieważ dzieci rodzą kobiety, pytanie to sprowadza się do wzorca kobiecości. Kościół podkreśla godność kobiety, docenia zmiany społeczne w podejściu do jej praw – dostęp do edukacji, możliwość kariery zawodowej, także na stanowiskach kierowniczych, równe płace, na czym korzysta całe społeczeństwo. Z drugiej strony mamy rzesze samotnych młodych kobiet, rozwody i wspomniany kryzys demograficzny. Rodzi się pytanie: czy jednoczesne występowanie tych zjawisk jest przypadkowe, czy są to dwie strony tego samego medalu? Jeśli mama pięciorga dzieci będzie miała wykształcenie wyższe, to skorzystają na tym zarówno one, jak i państwo; jeśli jednak będzie miała doktorat zamiast męża i dzieci, to wydaje się, że korzyść społeczna z tego tytułu jest mniejsza. Pytanie, jak pogodzić te dwa obszary. Znam kobiety, które najpierw zainwestowały w rodzinę, a potem zajęły się karierą zawodową.

– Mamy już do czynienia z globalną sekularyzacją?

– Zjawisko, które umownie nazywamy sekularyzacją, polega na odpływie wiernych z kościołów instytucjonalnych. Jednak to, że znikają oni ze świątyń, nie oznacza, że społeczeństwo staje się niewierzące. Znamiennie potwierdza to islamizacja naszego kontynentu towarzysząca migracji czy ideologie pełniące rolę świeckich religii, np. ekologizm, migrantyzm, multikulturalizm, genderyzm. Nie chodzi tu o problemy sygnalizowane przez te nazwy, ale o religijną gorliwość, z jaką niektórzy angażują się w ich rozwiązywanie. Mówimy tu o „religiach zastępczych”, tzn. takich, które apelują do uczuć religijnych, ale „zbawienia” upatrują w tym świecie. Mówi się, że Pan Bóg nie umarł, tylko zmienił adres. Religia wciąż jest obecna, nawet jeśli jest to religia pogańska czy wręcz ateistyczna.

Tak więc to, co nazywamy sekularyzacją, jest tak naprawdę kryzysem chrześcijaństwa, który nota bene dotyczy głównie Zachodu, zwłaszcza Europy. Według wielu badań na całym świecie wskaźniki religijne rosną, także te dotyczące katolicyzmu. Mieszkając w Europie, która znacznie te statystyki zaniża, naszą sytuację rzutujemy na resztę globu. Jeśli ją z nich wyjmiemy, okaże się, że Kościół jest żywy, zwłaszcza w Afryce, że ewangelizacja trwa, a krew współczesnych męczenników wydaje owoce.

– Może więc to dobry czas, by zbierający słabe notowania Kościół europejski przypomniał sobie, jak to się stało, że chrześcijaństwo, wyszedłszy z katakumb, stało się największą wspólnotą religijną?

Drugą co do liczebności wspólnotą jest islam, przy czym rozwija się on głównie przez większą dzietność, podczas gdy chrześcijaństwo – przez nawrócenia. Nawróceni apostołowie ruszyli w świat i zakładali wspólnoty chrześcijańskie, głosząc Prawdę, tzn. Osobę Jezusa Chrystusa. Miłość do Niego w życiu chrześcijanina przejawia się w uczynkach miłosierdzia, w sakramencie małżeństwa przeżywanym jako świadectwo wiary, w pracy, w której wierzący nie daje się odrzeć ze swoich wartości. A nade wszystko – w sakramencie pokuty i pojednania. Bo jak mówił Charles Péguy, gdyby Pan Bóg chciał świętość wyprowadzać tylko z czystej wody, szybko by Mu jej zabrakło. Na szczęście potrafi ją wywieść także z brudnej, a tej nigdy nie zabraknie.

– Jak jednak Kościół ma głosić prawdę objawioną w świecie, który nie uznaje prawd obiektywnych i który od razu okrzyknie to „wtrącaniem się”?

– Także ów relatywizm jest względny, bo przecież ludzie mówiący, że nie ma nic obiektywnie prawdziwego, równocześnie uważają, że ich tezy są prawdziwe i obiektywne. A co do „wtrącania się”, to gdyby chrześcijanin chciał wyznawać wiarę jedynie prywatnie, to zaprzeczyłby idei apostolstwa i misyjności w sferze publicznej.

Kardynał Joseph Ratzinger ubolewał nad fatalną skłonnością Kościołów chrześcijańskich do włączania naszej wiary do panteonu równorzędnych religii i światopoglądów, tzn. do rozumienia siebie samych jako części całości „sił społecznych”. Ale takie wycofanie się w prywatność, takie włączenie się w panteon wszelkich możliwych systemów wartości jest sprzeczne z wnoszonym przez wiarę roszczeniem do prawdy, które jest roszczeniem publicznym.

Należy przemawiać w przekonaniu, że Chrystus jest jedynym Zbawicielem, a to, czego nauczał, jest prawdą, a nie jedną z wielu prawd. Według Ratzingera jest to także warunek istnienia wolnościowego państwa. Mamy tutaj do czynienia z nieusuwalnym napięciem. Jeśli Kościół rezygnuje z roszczenia do prawdy, to również państwu nie daje tego, czego ono od niego potrzebuje. Państwo wówczas samo produkuje „prawdę”, przez co przekształca się w państwo totalitarne. Jeśli jednak to roszczenie Kościoła państwo akceptuje bezwarunkowo, to unieważnia się jako państwo pluralistyczne, co prowadzi do zatraty zarówno państwa, jak i Kościoła.

– Musimy trwać w tym napięciu?

– Nie ma wyjścia. Z głoszenia prawdy nie należy rezygnować, także ze względu na te świeckie cele. Wolnościowe państwo potrzebuje Kościoła jako publicznie uznanego autorytetu w jego korekcyjnej roli względem politycznych decyzji. Potrzebuje nieustannego przypominania, że istnieją normy i wartości, które nie mogą być podporządkowane zasadzie większości. Potrzebuje przypominania, że – jak mówił Leszek Kołakowski – różnica między wegetarianizmem a kanibalizmem nie sprowadza się do kwestii smaku.

Rozmawiała Monika Odrobińska
Tekst pierwotnie ukazał się w 1047 numerze tygodnika „Idziemy”. Przedruk za zgodą redakcji.

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 7 stycznia 2026