Lennart MERI: Ostrzeżenie z 1994 roku

Ostrzeżenie z 1994 roku

Photo of Lennart MERI

Lennart MERI

Estoński pisarz i polityk. Od 1990 do 1992 minister spraw wewnętrznych, w latach 1992–2001 prezydent Estonii, pierwszy po odzyskaniu przez ten kraj niepodległości.

Ryc.: Fabien Clairefond

Prezydent Republiki Estońskiej Lennart MERI wygłosił podczas Uczty św. Macieja w Hamburgu 25 lutego 1994 r. przemówienie, ostrzegając przed rosyjską ekspansją na Europę.

.Jestem prezydentem Republiki Estońskiej. Patrząc na spiczaste wieże Wolnego i Hanzeatyckiego Miasta Hamburga, mógłbym pomyśleć, że jestem w domu, w starym hanzeatyckim mieście Reval – w Tallinnie nad Zatoką Fińską. Jednakże mam do spełnienia zaszczytny obowiązek – obowiązek, który uważam za szczególnie ważny: muszę przekazać państwu wiadomość z mojego kraju, który leży całkiem blisko Hamburga.

Duch hanzeatycki, z którym nie tylko Tallin, ale i wiele innych miast w Estonii nadal czuje więź, od zawsze był duchem otwartym. Był to jednak również duch przedsiębiorczości, a nawet walki, gdy w grę wchodziła wolność i jej obrona. Na tallińskim ratuszu znajduje się zdanie w języku niemieckim, które oddaje tego hanzeatyckiego ducha: „Fürchte Gott, rede die Wahrheit, tue Recht und scheue niemand” – Bój się Boga, mów prawdę, czyń sprawiedliwość i nie bój się nikogo. Chciałbym zastosować się do tego wielowiekowego przykazania i otwarcie przekazać prawdę taką, jaką obecnie widzi mój naród i jaką widzę ja sam.

.Wolność każdego człowieka, wolność gospodarki i handlu, a także wolność umysłu, kultury i nauki są ze sobą nierozerwalnie związane. Stanowią warunek wstępny realnej demokracji.

Podczas dziesięcioleci totalitarnego ucisku Estończycy ani na moment nie porzucili wiary w tę wolność. To pojęcie wolności rozwijało się w naszym kraju przez wiele stuleci, czerpiąc z relacji, które utrzymywaliśmy i kultywowaliśmy z resztą Europy. Nie będąc nieskromnym, ośmielę się powiedzieć, że nie ma prawie żadnego innego narodu we wschodniej części Europy Środkowej, który byłby ściślej związany z Europą niż naród estoński. Związek ten można dostrzec dziś w stylu życia nawet najskromniejszych spośród moich rodaków.

Ponieważ jesteśmy częścią zachodnioeuropejskiego społeczeństwa, a jednocześnie żyjemy w kraju, który z geostrategicznego punktu widzenia jest niestety bardzo podatny na zagrożenia, instynkt wyczuwania problemów i niebezpieczeństw pojawiających się w sąsiedztwie rozwinął się u nas silniej niż u innych Europejczyków. Współczesny świat w dużej mierze utracił zdolność do rozpoznawania zagrożeń. Mówiąc obrazowo, to tak jak z zarazkami wywołującymi epidemię: one doskonale znają człowieka, ale zwykły człowiek nie jest w stanie ich rozpoznać, po prostu się ich boi.

Któż inny, jak nie małe narody bałtyckie, o których świat zdążył zapomnieć, doprowadziły do upadku potężnego państwa sowieckiego – i to pokojowo, bez ani jednego wystrzału, bez ani jednej kropli przelanej krwi? Wówczas działaliśmy tak, jak dyktował nam zdrowy rozsądek, często wbrew nie do końca bezinteresownym, konformistycznym ostrzeżeniom. Teraz – jak nakazuje stara maksyma w naszym ratuszu – chcę powiedzieć otwarcie, że mój naród i ja z pewnym niepokojem zauważamy, jak niewielkie jest zrozumienie Zachodu dla tego, co obecnie dzieje się w Rosji.

.Z subiektywnego punktu widzenia zrozumiałe jest, że rozpad Związku Radzieckiego wywołał na Zachodzie poczucie pewnego rodzaju triumfu; subiektywnie zrozumiałe jest również, że Zachód skupił wszystkie swoje nadzieje i całą swoją empatię na prawdziwych lub pozornych działaniach reformatorskich w Rosji. Taka postawa doprowadziła jednak Zachód do myślenia życzeniowego, z którym wiąże się spore ryzyko.

My wszyscy, to jest Estończycy i inne narody Europy Środkowo-Wschodniej, tak samo jak Zachód pragniemy Rosji stabilnej społecznie i gospodarczo. Jeśli jednak przyjrzymy się dokonaniom ostatnich lat, ogarnie nas słuszna obawa, że coraz bardziej oddalamy się od realizacji tego pragnienia.

Co martwi Estończyków, i nie tylko ich, jeśli chodzi o obecny rozwój Europy? Gdy Zachód zaprosił rosyjskie wojska i czołgi do Sarajewa, byliśmy oszołomieni. Od czasów Bismarcka i kongresu berlińskiego z 1878 roku nastawiona na utrzymanie pokoju polityka Zachodu zakładała trzymanie Rosjan jak najdalej od Bałkanów. Od II wojny światowej Stany Zjednoczone i Zachód zainwestowały ponad 80 miliardów dolarów, aby podtrzymać titoizm i nie dopuścić Sowietów w pobliże Adriatyku.

Zadajmy sobie pytanie: czy państwo, które samo boryka się z najtrudniejszymi problemami etnicznymi i etycznymi, powinno pełnić rolę arbitra i rozjemcy w innych państwach, które również mają problemy etniczne? Nasze obawy wzrosną jeszcze, gdy przeanalizujemy jeden z ostatnich dokumentów wydanych przez rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Napisano w nim, że Rosja nie da rady rozwiązać problemu rosyjskich grup etnicznych w krajach sąsiednich wyłącznie za pomocą środków dyplomatycznych. Jednak te rosyjskie grupy etniczne często osiedlały się w danych regionach na skutek okupacji i masowych deportacji ludności tubylczej.

Z tego moskiewskiego memorandum można bez trudu wywnioskować, że w razie potrzeby mogą zostać podjęte inne środki. Gorzkie doświadczenia niedawnej historii dają nam, Estończykom i innym mniejszym narodom, doskonałe wyobrażenie o tym, jakie to mogą być środki.

Obawiam się więc, że irracjonalizm po raz kolejny wymyka się spod kontroli w rosyjskiej polityce zagranicznej i filozofii politycznej. Lata temu Sołżenicyn wezwał Rosjan do pożegnania się z wizją imperium i skoncentrowania się na sobie. Użył słowa „samoograniczenie” i zażądał, aby Rosjanie rozwiązali własne problemy gospodarcze, społeczne, a także intelektualne. Zaniedbując ten imperatyw swojego wielkiego rodaka, sprawujący władzę rosyjscy politycy nagle wrócili do otwartej retoryki o rzekomej „specjalnej roli” Rosji, funkcji „rozjemcy”, którą nowa Rosja musi pełnić na całym terytorium byłego ZSRR. Siergiej Karaganow, jeden z najbliższych doradców prezydenta Borysa Jelcyna, wyraził to w pozornie dyskretnej formie, ale w rzeczywistości dość ostro, mówiąc, że Rosja ma odgrywać rolę primus inter pares – pierwszego wśród równych – na całym obszarze byłego imperium sowieckiego. Przypomina mi to zdanie autorstwa George’a Orwella na temat sowieckiego komunizmu: „Wszyscy są równi, ale niektórzy są równiejsi od innych!”.

Dlaczego nowa, postkomunistyczna Rosja, która twierdzi, że zerwała z tradycją zła dominującą w ZSRR, uparcie odmawia przyznania, że narody bałtyckie – Estończycy, Łotysze i Litwini – były okupowane i anektowane wbrew ich woli i wbrew prawu międzynarodowemu w 1940 roku i ponownie w 1944 roku, a następnie znalazły się na granicy narodowej ekstynkcji wskutek trwającej pięć dekad sowietyzacji i rusyfikacji? Nawet dzisiaj wiceminister spraw zagranicznych Moskwy, Andriej Kozyriew, oświadczył w swojej oficjalnej odpowiedzi, adresowanej do krajów bałtyckich, że w 1940 roku Estonia, Łotwa i Litwa dołączyły do Związku Radzieckiego „dobrowolnie”. To tak, jakby powiedzieć, że dziesiątki tysięcy Estończyków, w tym moja rodzina i ja, „dobrowolnie” oddały się w ręce Sowietów i pozwoliły się deportować na Syberię.

.Jak można przyjmować to wszystko ze spokojem i szczerym zrozumieniem? Oczywiście jest to mniej lub bardziej znany nam rodzaj irracjonalizmu, który rodzi się w Rosji i sprawia, że rosyjska polityka wydaje się nieprzewidywalna. Istnieje jednak też inna, równie niepokojąca tendencja, która dla wygody jest przedstawiana na demokratycznym Zachodzie jako Realpolitik. Mowa o podejściu, które można nazwać polityką „ustępstw”. Skłaniając się ku temu podejściu, nieświadomie stajemy się wspólnikami imperialistycznych rosyjskich sił, które wierzą, że mogą rozwiązać ogromne problemy swojego kraju poprzez ekspansję na zewnątrz i grożenie sąsiadom.

Cały wolny Zachód jest oburzony i zbulwersowany znanymi wypowiedziami Władimira Żyrinowskiego. Ale co zadziwiające, prawie nikt nie zwrócił uwagi na to, co niedawno oświadczył rosyjski minister spraw zagranicznych Kozyriew i nikt przeciwko temu nie zaprotestował. A przecież stwierdził on, że rząd w Moskwie uważa dalszą obecność rosyjskich wojsk w byłych republikach sowieckich za pożądaną.

Nasze konsekwentne podejście do kwestii aktualnej sytuacji politycznej w Europie wynika zarówno z naszego doświadczenia historycznego, jak i poczucia odpowiedzialności: za nami nie ma jałowego ugoru, są inne wolne państwa europejskie.

Procesy społeczno-polityczne i gospodarcze w Rosji, która nawet dziś bardziej przypomina superkontynent niż państwo, nie mogą być kontrolowane z zewnątrz, niezależnie od tego, jak bardzo byśmy tego pragnęli. Wyraźnie pokazały to doświadczenia ostatnich lat: szeroko rozpowszechniona skłonność wolnego Zachodu do traktowania jako niezastąpionego każdego przywódcy, który akurat sprawuje urząd w Moskwie – czy to Chruszczowa, Breżniewa, Gorbaczowa, czy Jelcyna – doprowadziła do fatalnych inwestycji i błędnych ocen. Ktokolwiek naprawdę chce dziś pomóc Rosji i narodowi rosyjskiemu, musi wyraźnie powiedzieć jego przywódcom, że kolejna imperialistyczna ekspansja nie ma szans na powodzenie. Ktokolwiek tego nie zrobi, w rzeczywistości pomoże wrogom demokracji w Rosji i innych krajach postkomunistycznych.

Estonia leży bardzo blisko Niemiec i Hamburga. Zachodnia, a przede wszystkim niemiecka polityka musi dokonać brzemiennego w skutki wyboru. Czy neoimperialistyczna polityka wielkiego wschodniego mocarstwa będzie tolerowana i finansowana, a w krótkiej perspektywie może nawet przyniesie zyski? To byłaby polityka niezdolna do spojrzenia nawet centymetr dalej niż własny nos. Czy może wspierane będą demokracja, wolność, odpowiedzialność i pokój w drodze do sukcesu na całym gigantycznym obszarze między Morzem Bałtyckim a Oceanem Spokojnym? Jeśli ma się to stać rzeczywistością, demokratyczny Zachód powinien z determinacją działać na rzecz stabilności i bezpieczeństwa średnich i mniejszych państw położonych na wschód od granicy Niemiec. Mam tu na myśli cały obszar Europy Środkowej, który moim zdaniem sięga od estońskiego miasta granicznego Narwa nad Morzem Bałtyckim do Adriatyku, obejmując również Ukrainę.

.Jeśli uda nam się zintegrować tę strefę państw z demokratycznym światem, stanie się ona modelem, który wywrze wpływ także na Rosję. Chcemy, a wręcz musimy być bezpiecznie zakotwiczeni w Zachodzie. Z takiej bezpiecznej pozycji, a nie z jakiejś strefy mroku, będziemy mogli przyjąć funkcję pomostu między Wschodem a Zachodem i jednocześnie stać się podporą dla demokratycznych sił Rosji. Wówczas postęp kroczący z zachodu na wschód będzie mógł wspomagać demokrację, wolną przedsiębiorczość, własność prywatną, a przede wszystkim rządy prawa na drodze do sukcesu.

Jeśli jednak państwa tego regionu, w tym Estonia, zostaną pozostawione samym sobie i narażone na potencjalne neoimperialne apetyty Moskwy, cena okaże się zbyt wysoka, i to dla całej Europy.

Podzieliłem się z Wami niektórymi z najpoważniejszych obaw, z których wynika, że kraje bałtyckie stały się probierzem idei europejskiej. Jeśli jednak zjednoczymy się, aby wyeliminować powody tych obaw, zyskamy obiecującą wizję pokojowej przyszłości. Można ją oprzeć na przekonujących faktach. Wizja ta pokazuje nam wspólne interesy Estonii, północno-zachodniej Rosji i całego obszaru Morza Bałtyckiego i Północnego; wówczas staną się możliwe rozmowy o gazociągu, który będzie przesyłać norweski gaz przez Półwysep Kolski i wolne kraje bałtyckie aż do Hamburga. Widzimy w niej też Via Baltica, autostradę biegnącą z Sankt Petersburga przez Estonię, Łotwę i Litwę do Berlina i dalej. Widzimy kilka stref wolnego handlu i obszarów rozwoju dla nowych inicjatyw. Jak w przeszłości, Reval/Tallinn działałby jako pośrednik między Hamburgiem i innymi miastami Hanzy na Zachodzie z jednej strony a Nowogrodem, czyli obszarem rosyjskim, z drugiej. Współpraca podobna do hanzeatyckiej jest naturalną perspektywą dla wszystkich państw leżących nad Bałtykiem i sąsiednim Morzem Północnym.

Republika Estońska, która ze względu na swoją politykę wewnętrzną, gospodarczą i społeczną jest jednym z najbardziej stabilnych państw regionu, może zaoferować wysokiej jakości usługi, solidarność i przyjaźń.

.Staramy się zrozumieć Waszą sytuację. Dziś proszę Was, byście spróbowali zrozumieć naszą. W interesie całej Europy, a tym samym w interesie Was, mieszkańców Niemiec i Hamburga, leży, aby Estonia pozostała demokratyczna i wolna.

Lennart Meri

Przemówienie Prezydenta Republiki Estońskiej Lennarta Meriego wygłoszone podczas Uczty św. Macieja w Hamburgu 25 lutego 1994 r. W Polsce tekst ukazał się w nr 61 miesięcznika opinii „Wszystko co Najważniejsze” [PRENUMERATA: Sklep Idei LINK >>>]. Miesięcznik dostępny także w ebooku „Wszystko co Najważniejsze” [e-booki Wszystko co Najważniejsze w Legimi.pl LINK >>>].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 12 kwietnia 2024