Lubko PETRENKO: Przygotujcie się na ciężką wiosnę na froncie, żadnych negocjacji nie będzie

Przygotujcie się na ciężką wiosnę na froncie, żadnych negocjacji nie będzie

Photo of Lubko PETRENKO

Lubko PETRENKO

Ukraiński dziennikarz i publicysta związany z lwowskim portalem Zaxid.net.

zobacz inne teksty Autora

Rywalizacja o przejęcie inicjatywy w wojnie potrwa mniej więcej do końca tego roku. Do tego czasu nie powinniśmy spodziewać się żadnych poważnych negocjacji. Chyba że pojawi się jakiś „czarny łabędź” po jednej lub drugiej stronie – twierdzi Lubko PETRENKO

.Oficjalnych rozmów z Rosją ukraińskie władze nie prowadziły od prawie dwóch lat. Ostatni raz spotkanie takie miało miejsce w marcu 2022 roku, kiedy delegacje ukraińska i rosyjska spotkały się w Stambule przy tureckiej mediacji. W tym czasie negocjatorzy osiągnęli nawet pewne wstępne porozumienia. Zdecydowano, że każda ze stron omówi propozycje u siebie, w Kijowie i w Moskwie.

Niedawno ponownie wspomniano o rozmowach w Stambule. Stało się to za sprawą szefa partii rządzącej Sługa Ludu, Dawyda Arachamii, który był na czele ukraińskiej delegacji negocjacyjnej. W listopadzie ubiegłego roku udzielił on wywiadu prezenterce telewizyjnej Natalii Mosejczuk. W wywiadzie tym Arachamija zaskoczył wszystkich wiadomością, że krwawa wojna rosyjsko-ukraińska mogła się zakończyć, zanim się na dobre zaczęła, jeszcze w marcu 2022 roku. Co w tym celu musiała zrobić Ukraina? Faktycznie drobiazg – zrezygnować z przystąpienia do NATO, które delikatnie mówiąc i tak nie spieszyło się z tym, by nas przyjąć.

Tyle, jeśli wierzyć słowom Dawyda Arachamii, który opowiadał Natalii Mosejczuk o przebiegu negocjacji ukraińsko-rosyjskich, które rozpoczęły się jeszcze w lutym 2022 roku na Białorusi i były kontynuowane w Stambule w marcu. Wydawałoby się, że można mu wierzyć, w końcu przewodniczył ukraińskiej delegacji negocjacyjnej w imieniu prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego.

Przytoczmy cytat z odpowiedzi Arachamii na pytanie dziennikarki o cel udziału rosyjskiej delegacji w rozmowach:
– Oni naprawdę prawie do końca mieli nadzieję, że skłonią nas do podpisania takiej umowy, abyśmy zachowali neutralność. To była najważniejsza dla nich sprawa. Byli gotowi zakończyć wojnę, jeśli zachowamy – jak kiedyś Finlandia – neutralność i zobowiążemy się, że nie przystąpimy do NATO.
– Tylko jeden punkt?
– Tak, to był kluczowy punkt. Wszystko inne było marginalne.

Tak więc według Arachamii wojnę można było powstrzymać niemal na samym początku, i to niezwykle łatwo – należało obiecać, że Ukraina nie przystąpi do Sojuszu Północnoatlantyckiego, do którego nawet dziś niespecjalnie nas zapraszają. A dwa lata temu – tym bardziej, ponieważ nikt na Zachodzie nie wiedział na pewno, czy Ukrainie uda się wytrzymać rosyjską ofensywę, czy nie.

Warunek ten jest dość zabawny, ponieważ w pewnym momencie Ukraina faktycznie zobowiązała się nie przystępować do NATO. Było to podczas prezydentury Janukowycza. Ale po Euromajdanie i ucieczce Janukowycza do Rostowa łatwo było wszystko zmienić. Teraz aspiracje Ukrainy do przystąpienia do zachodniego bloku obronnego zostały zapisane w konstytucji. Kto więc powstrzyma nas po raz kolejny, gdy tylko nadarzy się dobra okazja? Nikt.

Jakoś nie bardzo wierzę w twierdzenie Dawyda Arachamii, że to właśnie kwestia NATO była fundamentalna, a wszystko inne to drobiazgi, jak nas zapewniał. Być może polityk zapomniał o czymś od czasu rozmów w Stambule? Możemy przypomnieć mu o innych żądaniach Rosjan, z których nie byli skłonni się wycofywać. Na przykład uznanie przez Kijów niepodległości republik Donieckiej i Ługańskiej w pełnych, dawnych granicach obwodów donieckiego i ługańskiego oraz wycofanie ukraińskich wojsk z ich terytorium. Innymi słowy, Ukraina miała zgodzić się nie tylko na utratę tych małych, nieuznawanych republik, ale także na oddanie znacznie większych terytoriów, które nie były jeszcze nawet okupowane. Mariupol, który był bohatersko broniony w czasie negocjacji, a także Kramatorsk, Słowiańsk, Bachmut itp. również znalazły się na tej liście.

.Podążmy jednak dalej za znanymi żądaniami Rosji. Zgodnie z nimi Ukraina musi uznać Krym za terytorium Federacji Rosyjskiej. Czy to już wszystko? Nie. Ukraina musiałaby również uznać obwody zaporoski i chersoński za nowe gubernie Federacji Rosyjskiej i wycofać stamtąd swoje wojska. Być może udałoby się coś uzgodnić w tej kwestii, ale na pewno nie „korytarz lądowy” na Krym. Oznaczałoby to, że Mariupol i Berdiańsk na zawsze pozostałyby rosyjskie, a Ukraina straciłaby dostęp do Morza Azowskiego.

I są to tylko terytorialne życzenia Rosjan, ale Kreml nie ogranicza się do nich. Wspomnieliśmy już o NATO, więc przejdźmy dalej. Czy zapomnieliśmy już o „demilitaryzacji”? Konkretnie chodziło o zmniejszenie liczebności Sił Zbrojnych Ukrainy z 250 tys. do 83,5 tys. Nieźle, prawda? Całkiem użyteczne, aby potem podbić Ukrainę, przelewając mniej krwi.

Jest jeszcze tzw. „denazyfikacja”, która według rosyjskiego ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa zakładała „szerokie prawa dla języka rosyjskiego na Ukrainie” i „zaprzestanie prześladowań Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Moskiewskiego na Ukrainie”.

Wszystkie późniejsze ewentualne porozumienia między Ukrainą a Rosją zostały przekreślone przez Buczę. Po wyparciu rosyjskich najeźdźców z miasta odkryto masowe groby lokalnych mieszkańców. Makabryczne zdjęcia ciał ludzi zakatowanych i pospiesznie zakopanych przez rosyjskich żołnierzy, a później ciał mieszkańców Irpienia i Hostomela przeraziły nie tylko Ukrainę – przeraziły cały świat. Zrozumiałe było, że negocjacje nie wchodziły w rachubę. Zwłaszcza możliwość choćby minimalnych ustępstw terytorialnych na rzecz agresora. Przecież na każdym pozostałym skrawku ukraińskiej ziemi okupanci mogą urządzić „nową Buczę”, izby tortur dla tych, którzy nie zgadzają się na przyjęcie „ruskiego miru”, a tych, którzy się zgadzają, zamieniać w janczarów i wysyłać na wojnę przeciwko własnym współobywatelom. Tak właśnie się stało, o czym przekonaliśmy się po wyzwoleniu części obwodów charkowskiego i chersońskiego.

Ukraina nie ma ani moralnego, ani politycznego prawa, by dobrowolnie, bez walki, oddać okupantowi choćby centymetr swojego terytorium. W ten sposób z zakresu negocjacji zdecydowanie usunięto największy potencjał do kompromisu – terytorialny. Ponadto pojawiła się poważna moralna przeszkoda w negocjacjach z Rosjanami: jak można w ogóle rozmawiać z tymi, którzy bez sądu i śledztwa masakrują cywilów na okupowanych terytoriach?

.Kolejny śmiertelny cios ukraińsko-rosyjskim negocjacjom Kreml zadał 30 września 2022 roku. Tego dnia prezydent Rosji Władimir Putin uroczyście ogłosił aneksję czterech obwodów Ukrainy – ługańskiego, donieckiego, zaporoskiego i chersońskiego. Ponadto władze okupacyjne przypisały do zagarniętego obwodu chersońskiego okupowane wówczas części obwodu mikołajowskiego – miasto Snihuriwka i okolice, a także zachodnią część Półwyspu Kinburnskiego. 2 października Sąd Konstytucyjny Federacji Rosyjskiej uznał aneksję ogłoszoną przez Putina za „zgodną z konstytucją”, a już 3 października Duma Państwowa jednogłośnie poparła nielegalną aneksję i wprowadziła odpowiednie poprawki do rosyjskiej konstytucji.

Rosyjscy politycy do tej pory nie wyjaśnili ani Rosjanom, ani światu, w jakich granicach dokonano aneksji ukraińskich terytoriów. Jedni rosyjscy politycy twierdzą, że wyżej wymienione obwody (z wyjątkiem mikołajowskiego) są uznawane za „legitymizowane terytoria rosyjskie” w ich granicach administracyjnych, czyli nawet z częściami, których rosyjskim okupantom nie udało się przejąć. Inni twierdzą, że linia graniczna nie została jeszcze ustalona i że należy wziąć pod uwagę „obecną sytuację terytorialną”.

W końcu są to czysto wewnętrzne kwestie Rosji i nie powinniśmy się nimi przejmować. Ukraina wyraźnie opowiada się za odzyskaniem wszystkich okupowanych terytoriów, w tym Krymu i Donbasu. Natychmiast po aneksji dokonanej przez Putina, 30 września 2023 roku, prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski przewodniczył posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa i Obrony Ukrainy, po którym oświadczył, że Ukraina nie będzie już rozmawiać z Putinem; rozmowy na najwyższym szczeblu zostaną przywrócone dopiero w razie kontaktu z przyszłym prezydentem Rosji. Zełenski wydał odpowiedni dekret wprowadzający tę zasadę w życie.

W rezultacie rosyjskie negocjacje znalazły się w geopolitycznym impasie. Dość trafnie opisał tę sytuację niemiecki politolog i znawca Kremla Andreas Umland: „W przypadku hipotetycznych negocjacji oba kraje musiałyby nie tylko omówić szereg kwestii politycznych między sobą, ale także rozwiązać fundamentalny spór prawny. Rosja narusza prawo międzynarodowe od prawie dekady w sposób, który wcześniej był niewyobrażalny. Aneksje Moskwy zasadniczo zmieniły również rosyjskie prawo wewnętrzne. Na przykład konstytucje ukraińska i rosyjska wyraźnie definiują te same terytoria we wschodniej i południowej Ukrainie, w tym Krym.

Władimir Putin i Wołodymyr Zełenski, jako prezydenci swoich państw, są również postrzegani przez swoje narody jako »gwaranci« swoich konstytucji, zobowiązani do ich przestrzegania. Nawet jeśli jeden z nich lub obaj chcieliby zawrzeć jakiś kompromis terytorialny, ustawy zasadnicze ich państw wyraźnie im tego zabraniają. Oznacza to, że co najmniej jedna konstytucja musiałaby zostać zmieniona przed podjęciem jakichkolwiek istotnych rozmów pokojowych. Wymagałoby to jednak znaczącej większości głosów w odpowiednim parlamencie. Jest to trudne w przypadku Rosji Putina i nierealne w przypadku Ukrainy”.

Czy oznacza to, że negocjacje między Ukrainą a Rosją są w zasadzie niemożliwe? Wcale nie.

Oświadczenia o zamiarze negocjacji (zarówno rzeczywiste, jak i fikcyjne) nie przestawały napływać ze strony rosyjskiej. Już jesienią 2022 roku Kreml był faktycznie gotowy do zatrzymania dalszej ekspansji i, jak powiedział wówczas rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow, „negocjowania w oparciu o obecną sytuację terytorialną”. Innymi słowy, Moskwa nie zamierzała oddawać okupowanych terytoriów, ale uważała, że Ukraińcy powinni być zadowoleni z faktu, że Rosjanie więcej ziem odbierać im nie będą.

Strona ukraińska zaczęła mówić o ewentualnych negocjacjach z Moskwą rok później. Do jesieni 2023 roku. Ukraina wciąż miała nadzieję na udaną kontrofensywę, na to, że potężnym ciosem przebije się do Morza Azowskiego, wtargnie na Krym i faktycznie wyzwoli prawie wszystkie terytoria zagrabione przez wroga. Nasze przekonania były dodatkowo wzmacniane przez ruchy rebelianckie w samej Rosji (marsz Jewgienija Prigożyna na Moskwę). Wydawało się, że Rosja upada, że jej front wkrótce się rozpadnie, więc nasza armia zwycięsko pomaszeruje, by wyzwolić swoje ziemie.

Później jednak okazało się, że nie jest tak kolorowo, jak myśleliśmy. Front rosyjski trzyma się, a „linia Surowikina” nie pozwala na przełamanie naporu wroga. Zachodnia pomoc wojskowa maleje, a mobilizacja się przeciąga.

I oto na początku września 2023 roku Wołodymyr Zełenski w wywiadzie dla tej samej Natalii Mosejczuk zasugerował pewną gotowość Kijowa do negocjacji. W szczególności zasygnalizował, że nie ma nic przeciwko rozmowom, przynajmniej o losie Krymu.

Ale wtedy to już Rosjanie zaczęli wykazywać się uporem. Kreml zdał sobie sprawę, że ukraińska ofensywa w końcu utknęła w martwym punkcie. Rosja przejęła inicjatywę, rozpoczynając potężny szturm w kierunkach awdijiwskim, łymańskim i kupiańskim. Ukraina coraz bardziej potrzebowała pocisków artyleryjskich. Dawało się we znaki zmęczenie ludzi na linii frontu, nastąpiły przestoje w mobilizacji.

Putin, który niedawno mówił o gotowości do rozmów, gdy Kijów nie chciał negocjować, teraz twierdzi, że nie będzie prowadził żadnych rozmów, z wyjątkiem omówienia warunków ukraińskiej kapitulacji.

Jakie są więc perspektywy negocjacji? Jest niemal pewne, że nie odbędą się one w tym roku. Każda ze stron przygotowuje się do przejęcia inicjatywy na froncie. Ukraina buduje linie obronne, aby osłabić zdolności bojowe rosyjskiej armii; oczekuje na odpowiedni moment, by przeprowadzić kontratak, który teraz może się udać, ponieważ będzie osłaniany z powietrza przez myśliwce F-16. Być może dzięki amerykańskim samolotom bojowym i odpowiedniej infrastrukturze Ukraina będzie w stanie uzyskać przewagę w powietrzu, a tym samym przeprowadzić udany atak na południu, tj. w obwodach chersońskim i zaporoskim. Istnieje jednak również niebezpieczeństwo, że Rosja, która podniosła swój przemysł wojenny z zapaści, rzuci wszystkie siły i środki, by dokonać przełomu na wschodzie – w obwodzie ługańskim i charkowskim.

.Tak więc rywalizacja o inicjatywę w wojnie potrwa mniej więcej do końca tego roku. Do tego czasu nie powinniśmy spodziewać się żadnych poważnych negocjacji. Chyba że pojawi się jakiś „czarny łabędź” po jednej lub drugiej stronie.

Lubomyr Petrenko

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 23 lutego 2024