Ludwik DORN: Dwie dekady PO-PiS. Partia gniewu kontra partia błogostanu Ludwik DORN: Dwie dekady PO-PiS. Partia gniewu kontra partia błogostanu

Dwie dekady PO-PiS. Partia gniewu kontra partia błogostanu

Ludwik DORN

Marszałek Sejmu V kadencji, współzałożyciel i wiceprezes PiS w latach 2001-2007. W 2015 r. kandydował do Sejmu z list PO. Analityk polityczny i publicysta.

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

PiS i PO powstały 20 lat temu. Podzieliły je nie głębokie różnice ideowe, ale radykalna rozbieżność interesów politycznych. Wyniki wyborów 2007 roku zmieniły polityczne DNA obu partii i stworzyły socjopolityczne przesłanki toksycznego konfliktu, który trwa po dziś dzień – pisze Ludwik DORN

W styczniu 2001 roku powstała Platforma Obywatelska, a w maju Prawo i Sprawiedliwość. Od końca 2005 roku po dziś dzień ostry konflikt między tymi formacjami jest zasadniczym czynnikiem organizującym życie polityczne w Polsce. Owszem, istnieją i mają znaczenie inne podmioty partyjne o mniejszej wadze, ale i dla nich walka między PiS a PO jest istotnym punktem odniesienia. Czasami dystansują się od niej i głoszą konieczność przełamania jałowego duopolu PiS-PO, czasami się w nią wpisują. Wyborach parlamentarnych 2019 roku PiS i Koalicja Obywatelska zebrały razem ponad 71 proc. głosów.

Przypomnieć jednak warto, że w 2001 roku obie te partie powstały jako pospiesznie klecone szalupy ratunkowe dla polityków z dryfujących ku klęsce Akcji Wyborczej Solidarność i Unii Wolności; klęskę zapowiadało wcześniejsze miażdżące zwycięstwo Aleksandra Kwaśniewskiego w I turze wyborów prezydenckich. Ponadto o możliwości sklecenia tych szalup przesądził szereg przypadków w postaci decyzji innych polityków zajmujących kluczowe stanowiska.

Geneza PO i PiS

.Zacznijmy od Platformy Obywatelskiej. Twierdzi się, że powołało ją „trzech tenorów”: Donald Tusk, Andrzej Olechowski i Maciej Płażyński. Skąd się wzięli ci śpiewacy i dlaczego chcieli zaśpiewać razem? Donald Tusk musiał zacząć śpiewać na własny rachunek, bo w grudniu 2000 roku przegrał wybory na przewodniczącego Unii Wolności z Bronisławem Geremkiem. Ponieważ we wszystkich polskich partiach panuje taki obyczaj, że przegranych w rozgrywkach wewnątrzpartyjnych albo wycina się do gleby, albo przynajmniej odsyła na zieloną trawkę, co też spotkało Tuska i związanych z nim polityków z dawnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego, to środowisko to nie miało innego wyjścia niż secesja z Unii Wolności, czego dokonało po porozumieniu się z Andrzejem Olechowskim i Maciejem Płażyńskim.

Z kolei siła tego pierwszego polityka wzięła się stąd, że w wyborach prezydenckich wystąpił jako kandydat niezależny. Ówczesny przewodniczący UW Leszek Balcerowicz przeforsował kuriozalne rozwiązanie: partia sama nie wystawia własnego kandydata, tylko popiera Olechowskiego, który nie zaciąga wobec niej żadnych politycznych zobowiązań. Sukcesem Olechowskiego było to, że w pierwszej i ostatniej turze wyborów wyprzedził o 2 punkty procentowe wspieranego przez cały AWS Mariana Krzaklewskiego. Po wyborach przed Andrzejem Olechowskim stanęło pytanie: co będzie ze mną dalej?

Olechowski mógłby się dogadać z Leszkiem Balcerowiczem, ale ten nie ubiegał się o ponowny wybór na przewodniczącego UW. Mógłby się dogadać z Tuskiem, ale ten przegrał wybory partyjne. Trzeźwo ocenił, że nie ma żadnych szans na porozumienie z Bronisławem Geremkiem. Miał poważny kapitał polityczny – ponad 17 proc. głosów w wyborach prezydenckich – był sam, bez przyszłości i do zagospodarowania. Zagospodarował go Donald Tusk.

Trzeciego tenora, Macieja Płażyńskiego, Marszałka Sejmu z AWS, wypchnął na platformę Marian Krzaklewski, który, wbrew oporom samego zainteresowanego, przeforsował na funkcję przewodniczącego Ruchu Społecznego AWS (była taka partia) Jerzego Buzka, bo Płażyńskiego jako polityka o znacznym stopniu autonomii po prostu się bał. Płażyński stanął przed niewesołą perspektywą, że on, Marszałek Sejmu, może zostać po wyborach zdegradowany do roli szeregowego posła. Zaczął się rozglądać za alternatywą i ją znalazł.

Faktycznym twórcą PiS był natomiast premier Jerzy Buzek, który w schyłkowym okresie rządu AWS zaoferował Lechowi Kaczyńskiemu stanowisko ministra sprawiedliwości. Lech Kaczyński wykorzystał okazję, wykreował się na szeryfa i jedynego sprawiedliwego w dość bagnistym AWS, a na parę miesięcy przed wyborami wszedł w ostry konflikt z premierem i złożył dymisję. To na mocnej w opinii publicznej pozycji Lecha Kaczyńskiego Jarosław Kaczyński sklecił PiS, do którego w Sejmie przystąpili posłowie z różnych partyjnych odłamów AWS.

Obie szalupy ratunkowe dopłynęły w wyborach do sejmowego lądu. PO zdobyła 12,7 proc. głosów, PiS sporo mniej – 9,5 proc. Miażdżącą przewagę uzyskał SLD z 41 proc., ale z punktu widzenia PiS i PO istotne było to, że pozostałe formacje postsolidarnościowe nie weszły do Sejmu, a więc obie partie dzieliły się monopolem na polityczną reprezentację środowisk postsolidarnościowych.

Konsekwencje afery Rywina

.Jednakże to nie konflikt siły postsolidarnościowe–postkomuniści nadawał polityczną dynamikę wydarzeniom przez pierwsze półtora roku po wyborach, ale starcie między nihilistyczną partią protestu Samoobroną Andrzeja Leppera, wspieraną przez tradycjonalistyczno-nacjonalistyczną Ligę Polskich Rodzin Romana Giertycha, a całą resztą. W tym starciu PiS i PO odgrywały rolę aktorów drugiego planu. Andrzej Lepper szalał w Sejmie, z trybuny sejmowej rzucał najdziksze oskarżenia korupcyjne, jego klub poniewierał Izbą (posłowie okupowali mównicę i przy kamerach skakali po stole marszałkowskim), a sondażowe notowania Samoobrony szybowały w górę.

Nie działo się tak bez przyczyny. Leszek Miller w kampanii wyborczej stwierdzał, że SLD nie obiecuje wprawdzie gruszek na wierzbie, ale gdyby je obiecał, to gruszki by wyrosły. Sojusz w koalicji z PSL objął władzę. Poobijane czterema wielkimi reformami AWS społeczeństwo oczekiwało szybkich rezultatów, a gruszki nie wyrosły. W 2002 roku przyrost PKB praktycznie stanął w miejscu, a rejestrowane bezrobocie skoczyło z 17,5 proc. do rekordowych 20 proc. Narastał społeczny gniew, który znalazł swój wyraz w jesiennych wyborach samorządowych w 2002 roku. SLD w wyborach do sejmików wojewódzkich uzyskał klęskowe ze swego punktu widzenia 24,5 proc.

PiS i PO w czternastu województwach zawiązały koalicję i uzyskały 12,1 proc.; jeśli doliczyć do tego wyniki z dwóch pozostałych województw, to odsetek wzrasta do 16. Natomiast Samoobrona zdobyła 16 proc. głosów, a LPR – 14,5 proc.; razem z dwoma mniejszymi partiami protestu sumaryczny wynik partii antysystemowych wyniósł ponad 33 proc.

To był szok. PiS i PO wyciągnęły z niego dwie nauki. Po pierwsze: nigdy, przenigdy nie zawierać koalicji wyborczej. Po drugie, że jeśli nie uda im się politycznie zagospodarować społecznego gniewu, to zostaną zalane przez Samoobronę i LPR. Pierwsze było zrobić łatwo, do drugiego musiała się nadarzyć okazja, którą przyniósł szczęsny los w postaci afery Rywina. Dla Leppera i Giertycha afera Rywina była wymarzoną okazją; mieli to, czego najbardziej nienawidzili w jednym worku: SLD z Millerem, prezydenta Kwaśniewskiego i Adama Michnika z „Gazetą Wyborczą”.

Rozstrzygnął jednak czynnik ludzki. Afera Rywina i prace komisji śledczej to nie była komedia slapstickowa, w której (by przyciągnąć uwagę publiki) wystarczy wejść na trybunę sejmową i ciskać tortem z kremem w oponentów, w czym wyspecjalizował się Andrzej Lepper; to był pięcioaktowy dramat, w którym aktorzy muszą zbudować sami siebie, dozować napięcie, a w finale rzecz całą zakończyć efektowną puentą. Samoobrona nie miała nikogo do obsadzenia w tej roli, a LPR popełnił ciężki błąd; do komisji śledczej skierował bezbarwnego adwokata, a później nie udało się go zamienić na Romana Giertycha. Dzięki Janowi Rokicie i Zbigniewowi Ziobrze to PO i PiS stały się głównymi partiami gniewu; obie odwołały się do hasła IV Rzeczpospolitej, które ukuł konserwatywny politolog Rafał Matyja, a podjął i rozpropagował liberał Paweł Śpiewak, wówczas poseł PO.

Różnice oczywiście istniały: PiS podkreślał konieczność walki z przestępczością i korupcją oraz budowy sprawnego i taniego państwa, a PO – uwolnienia energii obywatelskiej krępowanej przez ociężałe i skorumpowane państwo. To były różnice w rozłożeniu akcentów. W podwójną – prezydencką i parlamentarną – kampanię obie partie wkraczały z pozycji przyjaznych sobie rywali; głównym przeciwnikiem było SLD. Sytuacja się zmieniła, gdy PO zręczną intrygą doprowadziła do rezygnacji kandydata SLD Włodzimierza Cimoszewicza z ubiegania się o prezydenturę. Pojawiło się wtedy pytanie: co ma być główną osią sporu. Inicjatywą wykazał się PiS, narzucając podział na „Polskę liberalną” i „Polskę solidarną”, co miało pewne uzasadnienie w odmiennych koncepcjach polityki podatkowej. Rywalizacja zdecydowanie się zaostrzyła, ale nie miała charakteru toksycznego. I PiS, i PO zgodnie twierdziły, że po wyborach wspólny rząd koalicyjny będzie najbardziej naturalnym i najbardziej prawdopodobnym rozwiązaniem.

Jednakże w wyborach prezydenckich, które nieco poprzedzały w czasie parlamentarne, zaczęły rysować się zręby głębszego podziału, który z czasem wyraźnie się wykrystalizuje.

Po pierwszej turze wyborów Donald Tusk miał ponad 3 punkty procentowe przewagi nad Lechem Kaczyński; drugą turę wygrał ten drugi z 8 punktami procentowymi przewagi. Jak do tego doszło? Zdecydowało poparcie udzielone mu przez Samoobronę, LPR i PSL – partie dalekie od liberalizmu gospodarczego, pod którego sztandarem walczyła PO; największą wagę miało poparcie Andrzeja Leppera, który w I turze uzyskał ponad 15 proc. głosów.

Wyniki elekcji prezydenckiej zapowiadały wyniki wyborów do Sejmu: PiS wygrał je z 27 proc. i przewagą prawie 3 punktów procentowych nad PO, ale równie istotne było to, że Samoobrona i LPR nie odnotowały przyrostów i spadły do roli partii drugiego planu. Przed rozgrywką o rząd PiS miał zdecydowanie mocniejsze karty niż PO. Po pierwsze – urząd prezydencki. Po drugie, w Sejmie PO znalazła się w relatywnej izolacji; wspólna gra z osłabionym SLD była dla niej wykluczona, między nią a Samoobroną i LPR była przepaść, natomiast PiS wyrobił sobie możliwość politycznej kooperacji z tymi dwiema partiami.

W tej sytuacji wejście PO do koalicji z PiS oznaczało dla niej perspektywę marginalizacji. Donald Tusk zręcznie uciekł spod gilotyny. Realnym warunkiem zgody PO na koalicję z PiS była akceptacja kandydatury parującego polityczną nienawiścią do PiS Bronisława Komorowskiego na marszałka Sejmu. Na to z kolei Kaczyński nie mógł się zgodzić; marszałek Sejmu jest władcą agendy sejmowej, a gdyby był skrajnie niechętny PiS, to oznaczałoby to, że ta partia wprawdzie ma prezydenta i premiera, ale politycznie jest zakładnikiem w Sejmie PO i musi tańczyć, jak ta mu zagra. Kierownictwo PiS wyciągnęło z tego konsekwencje. Marszałkiem Sejmu został przy poparciu Samoobrony i LPR Marek Jurek, został powołany mniejszościowy rząd PiS z poparciem tych partii, a po paru miesiącach PiS wszedł z nimi w formalną koalicję rządową.

Szarpnięci cuglami czy walka z układem

.To nie głębokie różnice ideowe i polityczne podzieliły wtedy PiS i PO, ale radykalna rozbieżność interesów politycznych. Widać to było po utworzeniu rządu, kiedy to PiS odstawił na półkę projekt „Polski Solidarnej” i rękoma skaperowanej z PO minister finansów Zyty Gilowskiej realizował politykę fiskalną i gospodarczą, której nie powstydziliby się liberałowie z PO. Polem konfliktu stała się nie polityka gospodarcza czy zagraniczna PiS, ale walka o polityczną dystrybucję szacunku społecznego: dla wyborców Samoobrony i LPR wejście ich przedstawicieli do rządu oznaczało, że w wymiarze symbolicznym i politycznym oni sami przestali być pogardzanym marginesem, których głos się praktycznie nie liczy, i wkroczyli do centrum państwa: lud wszedł do śródmieścia. Gdy doszło do rozpadu koalicji rządowej i przedterminowych wyborów, to po stronie PO właśnie kwestia walki o prestiż i uznanie stała się leitmotivem kampanii wyborczej, co wyrażał slogan: „PiS rządzi, a nam wstyd”. PiS atakowano mniej za prowadzone polityki publiczne, bardziej za to, że fanatyków i barbarzyńców wprowadził do centrum państwa i życia publicznego.

Wyniki wyborów 2007 roku zmieniły polityczne DNA obu partii i stworzyły socjopolityczne przesłanki toksycznego konfliktu, który trwa po dziś dzień.

Wybory z bardzo dużą przewagą wygrała Platforma Obywatelska (41,5 proc.), co oznaczało wzrost niemal o 17 punktów procentowych. Istotne było to, że przyczyną tego wzrostu był skok frekwencyjny: do urn poszło 4,25 mln wyborców więcej niż dwa lata wcześniej. Jak sądzę, jedną z najważniejszych przyczyn był powrót do urn liberalnych wyborców SLD z 2001 roku, którzy w wyborach 2005 roku pozostali w domu; rozpadający się SLD przestał być dla nich atrakcyjny, a do wyboru mieli antykomunistyczną i prolustracyjną PO i takiż PiS; w dodatku obie partie zapowiadały utworzenie wspólnego rządu i wzmocnienie państwa pod hasłami „szarpnięcia cuglami” (Jan Rokita) i „walki z układem” (Jarosław Kaczyński).

W 2007 roku sytuacja była odmienna. Tusk przed wyborami zręcznie pozbył się czołowego propaństwowego rewolucjonisty, czyli Jana Rokity, PO była ostro skonfliktowana z PiS, jeśli chodzi o lustrację. Wynik wyborów przeobraził PO w polityczną reprezentację monstrualnie rozrośniętego centrum złożonego w większości z ludzi, którzy od państwa i polityki oczekują przede wszystkim jednego: by zostawiło ich w spokoju, i dlatego przy urnie wyborczej wynajęli polityków, którzy im to gwarantują. Zaczął się czas odsyłania polityków z wizją do psychiatry, ciepłej wody w kranie i błogiej konsumpcji napływających coraz szerszym strumieniem funduszy europejskich.

PiS też nie mógł się uskarżać na wyniki wyborów. Poprawił swoją pozycję o ponad 5 punktów procentowych, a w liczbach bezwzględnych o 2 miliony wyborców. Najistotniejsze było to, że PiS przejął wyborców Samoobrony i LPR, które nie weszły do Sejmu. Stał się partią tych ludzi, którzy rozdział zysków z transformacji i akcesji do Unii Europejskiej uważali za niesprawiedliwy i dla siebie krzywdzący. Stał się partią gniewu walczącą z partią błogostanu. Jarosław Kaczyński zrozumiał, co się dzieje. Po wyborach pozbył się z partii inteligenckich polityków (Dorn, Ujazdowski, Zalewski), niepasujących do profilu stronnictwa ludowego gniewu, i wybrał drogę totalnej opozycji.

Katastrofa smoleńska nie wytworzyła toksycznego konfliktu między PiS i PO; ona tylko zwiększyła poziom toksyn do śmiertelnego natężenia i wzbogaciła go o nowy wymiar: kwestię wspólnoty.

Skoro Jarosław Kaczyński stwierdzał, że był zamach i zamordowano mu brata, to poziom toksyn musiał wzrosnąć. Skoro PO odmówiła wzniesienia pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej, która była tragedią dla całej wspólnoty, a ofiary tragedii wspólnotowej się upamiętnia przez pomniki, to znaczyło to, że ten wymiar polityczny jest dla niej nieważny.

Wybory w 2011 roku nie zmieniły układu sił między PO a PiS. Przesłanki do jego zmiany zaczęły narastać pod koniec kadencji. Najlepiej ujął to Bartłomiej Sienkiewicz w znanej rozmowie z Markiem Belką, wyrażając obawy przed zwycięstwem PiS: „Albo ludzie poczują, że nastąpiła pewna zmiana, bo jak ja poznaję ten proces, to jest tak: (…) budujemy drogi, bla, bla, bla (…), ale to już kompletnie nie działa. Dlaczego nie działa? Bo przeciętny Kowalski patrzy na te autostrady, estakady, na ten dworzec, na cokolwiek innego (…). Bo jego podstawowe pytanie jest: a co ja z tego, kurwa, mam?! Gdzie jest ten pieniądz u mnie w portfelu? A nie że ma wypierdolonego orlika przed oknami, bo on ma w dupie tego orlika, podobnie ma tę autostradę w dupie!”.

Sienkiewicz usłyszał narastające w Polsce wołanie dickensowskiego Olivera Twista: chcę więcej owsianki! PO nie odpowiedziała na nie, ale odpowiedział PiS obietnicą 500+. W wyborach 2015 roku PiS znakomicie odwołał się też do wątków wspólnotowych, wykorzystując kryzys migracyjny. Tylko władza PiS dawała gwarancję uchylenia zagrożenia inwazji na polską wspólnotę wspieranych przez Unię Europejską muzułmańskich migrantów niosących ze sobą terroryzm, przemoc wobec polskich kobiet i groźne pasożyty oraz bakterie. I znów PO nie potrafiła takiej wizji obrony wspólnoty przeciwstawić własnego przesłania.

Wchodzimy w chaos polityczny okresu przejściowego

.W ten sposób doszło do dopięcia pakietu PiS dla Polaków, w którym mieściła się zmiana dystrybucji szacunku społecznego (partia „zwykłych Polaków” przeciw partii gardzących nimi elit), zmiana dystrybucji dóbr materialnych (więcej owsianki: 500+, rozszerzenie 500+ na pierwsze dziecko, 13. i 14. emerytura) oraz obrona wspólnoty (najpierw przed migrantami, potem przed gender i LGBT). Ten pakiet zapewnił PiS reelekcję także dlatego, że PO, najsilniejsza partia opozycyjna, nie potrafiła mu przeciwstawić własnego przesłania w żadnym z trzech kluczowych wymiarów.

W drugiej połowie 2020 roku sytuacja zaczęła się jednak zmieniać dramatycznie. PO nadal tkwi w bezruchu, ale rzeczywistość zaczęła niszczyć dwa z elementów pakietu PiS. Pandemia i jej gospodarcze konsekwencje oznaczają, że owsianki nie będzie więcej, ale mniej. Z kolei w wymiarze wspólnotowym nieodpowiedzialność i nieporadność rządu PiS w ograniczaniu pandemii nie tylko podważa przekonanie o kompetencji tej ekipy do radzenia sobie w sytuacji kryzysowej, ale stawia pod znakiem zapytania zdolność PiS do obrony wspólnoty przed zagrożeniami: wobec LGBT to byli dzielni figo-fago, ale gdy przyszło do pandemii, okazali się cienkimi Bolkami. Ponadto wywołany przez PiS konflikt wokół aborcji związany z zerwaniem kompromisu aborcyjnego sytuuje PiS w roli sprawcy, który zburzył we wspólnocie spokojność porządku, a tego wspólnota bardzo nie lubi.

Warto też zwrócić uwagę na to, że obie partie przeżywają potężne problemy wewnętrzne. PO w ogóle nie ma skutecznego przywództwa politycznego, a w PiS pozycja polityczna Jarosława Kaczyńskiego zdecydowanie w związku z pandemią i konfliktem aborcyjnym osłabła, co wobec jego wieku wyostrza kwestię przygotowań do walki o sukcesję. Wchodzimy w nowy okres, w którym toksyczny konflikt między PO a PiS przetrwa, ale na pewno przestanie organizować polityczne imaginarium Polaków, co w końcu będzie miało bezpośrednie konsekwencje polityczne.

Wchodzimy w chaos polityczny okresu przejściowego. Oddają to słowa wieszcza:

Nastał, mój miły, wiek eschylesowy:
Poemata się rodzą wielkie, ciemne,
Na skrzydłach złotych straszne bogów głowy
Jak Samuele wychodzą podziemne.
Ale nie widzi, kto w duchu nie nowy
Albo kto w sobie ma serce nikczemne…

Ludwik Dorn
Tekst ukazał się w nr 25 miesięcznika opinii “Wszystko Co Najważniejsze” [LINK].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 23 stycznia 2021

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam