Maciej RUCZAJ: Warszawa – Praga. Trudne sprawy

Warszawa – Praga. Trudne sprawy

Photo of Maciej RUCZAJ

Maciej RUCZAJ

Politolog i publicysta, od 2016 dyrektor Instytutu Polskiego w Pradze.

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

W kwestii imponderabiliów Praga i Warszawa stoją w niełatwych czasach ramię w ramię, z potencjałem do odegrania wspólnie ważnej roli w sytuacji kryzysowej – pisze Maciej RUCZAJ

.„Bezpłodny sojusz” – tak kilka lat temu zatytułował nieoceniony dla polsko-czeskiej wymiany intelektualnej Ośrodek Myśli Politycznej zbiór tekstów o relacjach między Pragą a Warszawą. Chyba największym przekleństwem naszych relacji było od lat przekonanie, że – cytując Masłowską – „między nami dobrze jest”, ponieważ jesteśmy sobie bliscy i rozumiemy się nawzajem. Skoro jesteśmy tacy podobni, po co się poznawać? Skoro wszystko między nami dobrze, po co naciskać na większy rozwój współpracy? Pomnikiem tej impotencji niech będzie nieistniejące do dzisiaj połączenie kolejowe i autostradowe dwóch największych miast dawnej Korony Czeskiej, czyli Pragi i Wrocławia. Albo fakt, że większość czeskich respondentów kilka lat temu w sondażu stwierdziła, że z Polską nie kojarzy im się nic i nie są zainteresowani zmianą tego stanu.

W ostatnich tygodniach na brak treści w stosunkach polsko-czeskich nie można już narzekać. Jak pokazują teksty zgromadzone we wspólnym międzyredakcyjnym projekcie polskiego miesięcznika “Wszystko co Najważniejsze” i czeskiego tygodnikz „Echo”, Praga i Warszawa są w samym centrum wydarzeń, obdarzone misją o konkretnych parametrach: po pierwsze, działać na rzecz bezpieczeństwa regionu, zarówno w znaczeniu wojskowym (czyli wzmacniać wschodnią flankę NATO również poprzez większą obecność USA), jak i energetycznym (czyli pozbyć się zależności od rosyjskich surowców); po drugie, działać na rzecz inkluzyjnej UE – otwartej na aspiracje krajów sąsiednich, niektóre z nich płacą za to dziś swoją krwią; po trzecie, nawiązując do wspólnego doświadczenia walki z dwoma totalitaryzmami, przeciwdziałać porwaniu Europy przez radykalne projekty ideologiczne. Takie konkluzje w odniesieniu do relacji polsko-czeskich zabrzmiały tuż po jesiennych wyborach w Czechach na konferencji w praskim Instytucie CEVRO, a inwazja Rosji na Ukrainę wzmocniła tylko ich aktualność.

Jednak żeby nie popaść w pułapkę samozadowolenia, warto – w kilku ogólnikowych tezach – przypomnieć o zasadniczych różnicach, które należy brać pod uwagę, żeby dobrze wykorzystać aktualny restart na linii Warszawa–Praga.

Podobieństwo języków i historii najnowszej może prowadzić na manowce. W rzeczywistości nasza kultura polityczna, sposób myślenia o własnym państwie, wspólnocie narodowej i miejscu w Europie bardzo się różnią. Nasze historie oddzieliły się w późnym średniowieczu, kiedy Polska wyruszyła w stronę wschodu, a Czesi – pod berło Habsburgów. Zapominamy, że aż do 1945 roku jedynym fizycznym punktem styczności między ziemiami polskimi a czeskimi był region cieszyński.

Zapomnijmy o „słowiańskim braterstwie” – choć słowianofilstwo stanowiło element czeskiej myśli politycznej, w rzeczywistości czeska kultura kształtuje się w tysiącletniej interakcji (często burzliwej) z kulturą niemiecką. Historia Czech z wyjątkiem okresu komunizmu należy do Europy Zachodniej. Tutaj można szukać źródeł zdystansowania wobec projektów emancypacyjnych przychodzących z naszej części Europy, takich jak Trójmorze. Przekonanie, że Czechy jednak niezupełnie należą do Europy Środkowo-Wschodniej, łączy się z fatalistycznym stwierdzeniem, że małe Czechy skazane są na relację zależności – co najmniej gospodarczej – od Niemiec, której wyrazem jest półżartem powtarzany bon mot o Czechach jako „siedemnastym landzie”. Zanim skrytykujemy, pamiętajmy, że Czech, mówiąc o świecie niemieckim, ma na myśli Bawarię, Austrię, Saksonię, nie pikielhauby pruskich żandarmów.

Historia warunkuje odmienne postrzeganie państwowości. W polskim doświadczeniu – nieznośna kruchość bytu (państwowego), dla Czechów – ciągłość przejawiająca się w kulturze materialnej (Praga!) w tysiącletniej niezmienności granic. Dla Polaków wolność jednostki i niepodległość narodu łączyły się w jedno, dla Czechów ciągłość państwa niekoniecznie musi oznaczać niepodległość. To doświadczenie istnienia w ramach większych całości: ten wybór czynią już pierwsi Przemyślidzi, włączając swe ziemie w skład Rzeszy. Korona św. Wacława z natury jest częścią większych całości, nie tracąc zarazem swej integralności. Dlatego nie znajdziemy marzeń o autarkiczności, przeciwnie – akceptację faktu, że „gabaryty” państwa i narodu nie dają mu nadziei na całkowicie samodzielną politykę. Stąd pewien lęk przed polską skłonnością do zbyt ostrego krytykowania struktur zachodnich, która jest odbierana właśnie jako poszukiwanie alternatywnego ładu politycznego.

Jak wobec tego wytłumaczyć chłodny stosunek sporej części czeskiego społeczeństwa – i czeskiego konserwatyzmu – do Brukseli? Nie wynika to aż tak bardzo z absolutyzacji suwerenności, raczej ze sceptycyzmu wobec ideologizacji polityki unijnej. Czeski konserwatyzm jest młodszym bratem konserwatyzmu angielskiego: jest organiczny, ewolucyjny i pragmatyczny, woli budować i utrzymywać instytucje niż systemy ideologiczne – i nieufnie podchodzi do dogmatów z zewnątrz.

Strach przed ideologizacją, przed polityką wkraczającą do sfery prywatnej dotyczy nie tylko czeskiej prawicy, ale społeczeństwa jako takiego, zadając kłam rozpowszechnionemu po obu stronach granicy mitowi przepaści między „polskim konserwatyzmem” a „czeskim liberalizmem”. W rzeczywistości tempo przyswajania zmian, mód, poziom mobilności społecznej, zakorzenienia społeczności lokalnych wskazują na niewyleczalny „progresywizm” Polaków i czeską skłonność do wsobności, zadowolenia się „tym, co mamy” i głęboką niechęć do każdego, kto chce ingerować w prywatność i dyktować zmiany w stylu życia.

Ostatnią – i być może największą – przeszkodą we wzajemnych relacjach są zanieczyszczone kanały transmisyjne. W Polsce sympatia dla czeskiej kultury rzadko przekłada się na zainteresowanie czeskim społeczeństwem, czeską polityką i historią (pewnie dlatego, że zagłębienie się w nią problematyzuje sielski obraz kraju Szwejków i wujów Pepinów). W Czechach relatywny brak zainteresowania Polską łączy się z fiksacją na wiadomościach z Polski potwierdzających stereotyp fanatyków religijnych i nacjonalistów zalewających Czechy zepsutą żywnością. Stereotypy te są bez końca powielane przez media – najczęściej z lenistwa, ale czasami celowo. Jak w przypadku najpoczytniejszego czeskiego portalu Novinky.cz, którego korespondent z Warszawy zajmuje się „tłumaczeniem” Czechom, co myśleć na temat Polaków, już od czasów I zjazdu Solidarności – niezmiennie według sformułowanych wtedy przez czechosłowackie organy wytycznych w celu obrony czechosłowackiego społeczeństwa przed „zarazą z Polski”.

.Pomimo różnic i pomimo barier – jest na czym budować. Na rosnącej wymianie handlowej, ale przede wszystkim na wspólnych wartościach: Europa oparta na wspólnym rynku, a nie narzucane centralnie projekty ideologiczne, Europa bezpieczna dzięki własnej odpowiedzialnej polityce oraz więziom transatlantyckim, Europa uodporniona na zakusy rosyjskiego imperializmu i otwarta dla wszystkich, którzy chcą zrzucić moskiewskie jarzmo. W kwestii imponderabiliów Praga i Warszawa stoją w niełatwych czasach ramię w ramię i mają potencjał, by wspólnie odegrać ważną rolę w sytuacji aktualnego kryzysu.

Maciej Ruczaj

Tekst ukazał się równolegle w czeskim tygodniku “Echo” i w nr 41 miesięcznika opinii “Wszystko co Najważniejsze” [LINK] w ramach międzyredakcyjnego projektu realizowanego przy wsparciu Instytutu Polskiego w Pradze, w konkursie MSZ “Forum Polsko Czeskie 2022”.

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 14 maja 2022