Magdalena SŁABA: "Dlaczego wciąż wracam do Tolkiena?"

TSF Jazz Radio

Dlaczego wciąż wracam do Tolkiena?

Magdalena SŁABA

Prawniczka, Warszawianka, fanka wycieczek, zapamiętała miłośniczka Tolkiena, muzyki dawnej i kina europejskiego.

zobacz inne teksty autora

25 września, o godzinie mniej więcej 16.30, ktoś zadał mi pytanie: Dlaczego wraca Pani do książek Tolkiena?

Czasu na odpowiedź nie było zbyt dużo, gdyż to samo pytanie zostało postawione równocześnie innym Tolkienofilom zgromadzonym w sali na drugim piętrze Instytutu Kultury Polskiej (sic!) na Uniwersytecie Warszawskim. Odparłam zatem żartobliwie: Gdyż za każdym razem, gdy kończę czytanie, niemal nie pamiętam wydarzeń

Ale to wcale nie jest takie proste. Nie można w jednym zdaniu zawrzeć fenomenu popularności Tolkiena, który stał się, wbrew intencjom, własnością kultury masowej i choć stał w kontrze do całej literatury swojego czasu, ciągle przybywa mu czytelników. Zresztą Tolkien „skonsumowany” przez masową kulturę to szeroki – i gorzki – temat. Tolkien „sprzedał się” w 150 milionach egzemplarzy i został przetłumaczony na 40 języków. Sam Autor odsprzedał prawa do ekranizacji Hobbita i Władcy Pierścieni. Wielu zauważa teraz z przekąsem, że rodzina Profesora i Tolkien Estate zapewne żałują takiej decyzji, bo nie mają udziału w zyskach z filmów Petera Jacksona (niektórym nie mieści się w głowie, że można prawdziwie żałować upadku sztuki, zamiast żałować utraconych pieniędzy). Jak wiadomo, ze względów prawnych Silmarillion nie może być sfilmowany (na razie), choć może kiedyś ktoś stworzy dobry serial telewizyjny na podstawie tego dzieła. Myślę, że to byłoby ciekawe, choć, moim zdaniem, nie da się zekranizować Tolkiena. Powstał natomiast scenariusz filmu opartego na opowieści o Upadku Númenoru, którego autorem jest znany i poważany lingwista tolkienowski z Norwegii, Helge Fauskanger. Roboczy tytuł brzmi Westernesse. Czy chcielibyśmy zobaczyć taki film? Czy w ogóle ta nieustająca ochota do przerobienia Tolkiena na każdy z dostępnych współcześnie środków wyrazu artystycznego z kinem na czele ma jeszcze sens? W moim ulubionym filmie Tylko kochankowie przeżyją Jima Jarmuscha, w pewnej scenie w klubie w Tangerze, Adam – Tom Hiddleston mówi do Eve – Tildy Swinton, komentując jej uznanie dla libańskiej piosenkarki Yasmine (Yasmine Hamdan, postać autentyczna, w filmie gra samą siebie): Mam nadzieję, że nie zrobi kariery. Jest na to za dobra… Dla Tolkiena jest już za późno.

.Dlaczego wracamy do Tolkiena? Co takiego jest w tej prozie, że i młody, i dojrzały umysł znajduje tam odkrywaną za każdym razem od nowa przyjemność i radość lektury, a może nawet przeżycie na wyższym poziomie, niż tylko czysta sztuka? I o czym tak naprawdę pisał Tolkien? Jaki jest główny temat jego największych utworów: Silmarillionu, Hobbita, Władcy Pierścieni?

Rozważmy…

Gustave Flaubert, zdaniem wielu największy pisarz wszechczasów, pisał o swym literackim testamencie, czyli Trzech baśniach, że nie zna odpowiedzi na pytanie: dlaczego? – nie umie wyjaśnić sensu niezwykłych zdarzeń, które sam przedstawia (np. dlaczego Duch Święty ukazuje się umierającej Félicité pod postacią kolorowej egzotycznej papugi). Flaubert posługiwał się drobiazgowym i precyzyjnym opisem rzeczywistości nie po to, żeby ukazać jej realność, ale aby podkreślić jej widmowość. Widma istnienia – oto co frapowało Flauberta: tajemnica życia i czasu. Ale bez w y j a ś n i e n i a przyczyny i sensu… Sens jest zadaniem dla Czytelnika, który może któregoś dnia skonstatuje, że pewne rzeczy w życiu po prostu się zdarzają i nikt nie wie, dlaczego tak się dzieje. Tak jest. Tyle i aż tyle. Tajemnicze „nie wiadomo” jest niczym wiszący nad nami topór…

W najnowszym wydaniu Trzech baśni można obejrzeć fotografie rękopisów Flauberta – strony są niemal nieczytelne, tak dużo na nich poprawek. Pisarz podobno praktykował też bardzo głośne czytanie, by sprawdzić, czy jego dzieło dobrze brzmi (!). Tolkienowi jego utwory same wychodziły spod pióra, czasem w ciągu jednego dnia. A czasem spędzał nad nimi długie lata i zmieniał wersje do upadłego (ale pisał niejako od początku – tyle, że charakter pisma miał mało czytelny i często używał ołówka, który się ściera i zanika).

I Flaubert, i Tolkien byli przekonani, że odcięcie człowieka do Natury przez gwałtowny rozwój cywilizacji przemysłowej zniszczy w nim poetyckość i przyrodzony talent do uprawiania sztuki.

Dziś na miejscu dawnego wiejskiego domu Flauberta jest papiernia i przemysłowa pustynia. Ciekawe, że o tegorocznym nobliście w dziedzinie literatury, Patricku Modiano, napisano, że nie mówi o tym, co wie, tylko o tym, czego nie wie. Dlatego zawsze będzie miał coś do powiedzenia… W ten sposób do niczego nie dojdziemy, co najwyżej popadniemy w jeszcze większą frustrację, a jedynym wymiernym skutkiem takiej twórczości będzie zbudowanie magazynu osobliwości, pełnego mathomów niczym w składzie niepotrzebnych prezentów i innych drobiazgów w Michel Delving. Taka literatura pozostawia nas często rozbitych, z mgłą na oczach i lękiem w sercu.

.Współcześni pisarze pokazują nam świat z własnej perspektywy, z punktu widzenia jednostki, posługując się osobistymi przeżyciami i doświadczeniami. Nie dostarczają syntezy… Być może ostatnimi, którzy pokazywali świat z pewnego oddalenia, pozwalającego dostrzec wzór w chaosie życia, byli francuscy egzystencjaliści (Camus). Po nich nie ma nikogo takiego. W polskiej literaturze współczesnej może jedynie Zbigniew Herbert potrafił tak pisać o prawach moralnych, jak Tolkien.

Tolkien był mistrzem syntezy. Musiał być, gdyż za podstawowe zadanie pisarza i jakiegokolwiek innego twórcy uznawał przekazanie wartości moralnych. Tak realizowało się, przez całego jego życie, dziedzictwo klubu TCBS, założonego jeszcze podczas nauki w King Edward’s School w Birmingham (pisałam o tym ostatnio). Było to dziedzictwo, w które prawdziwie wierzył, traktował jak obowiązek. Tolkien, tak jak trzy stulecia wcześniej John Milton, był przekonany o moralnej i przemieniającej świat sile słowa, a słowo za najdoskonalszy łącznik między ludźmi.

Moralność i etyka to mocno zapomniane posłannictwo sztuki. Nie wiemy nawet, że możemy tego od niej wymagać. Literatura współczesna, a także film, który dla mnie osobiście jest ważną dziedziną twórczości, coraz mniej nam dostarcza rozważań na podstawowe tematy moralne, a jeśli już dostarcza, to i tak sami musimy wybierać według własnego rozumu. Na tej drodze nie ma drogowskazów.

.Może dlatego nie oglądam popularnych seriali… Z ciekawości obejrzałam kiedyś któryś odcinek kolejnego sezonu Gry o Tron. Zobaczyłam pojedynek, do którego jeden z bohaterów staje niejako w imieniu drugiego, długo przeważa, ale w końcu ginie tak straszną śmiercią, że trudno przypisać temu jakiś głębszy sens – wstrząs, który temu towarzyszył, nie miał w sobie nic oczyszczającego. Ta śmierć ściąga zresztą na głównego bohatera jeszcze większe kłopoty. Ciekawe, że w cyklu George’a Martina najbardziej moralną postacią o dużej przenikliwości i wrażliwości jest ktoś, kogo powierzchowność naraża z jednej strony na kpiny, z drugiej – na śmiertelne niebezpieczeństwa, a nieustannie – na brak szacunku, odtrącenie, nienawiść, samotność. Karzeł, który jest olbrzymem…? Jaka jest jego rola? Wygra czy przegra? Jeśli przegra, to jakie będzie znaczenie jego klęski? Jeśli przeczytam (przeczytam, nie obejrzę) Grę o Tron, to jedynie po to, by się tego dowiedzieć… Co jeszcze ciekawsze, takie postaci i motywy bardzo teraz interesują publiczność (chyba, że założyć, że tylko nam wmawiają, że nas to interesuje…). Choć właściwie przychodzi mi do głowy, gdy to piszę, że w starożytnym Rzymie śmierć wielkiego gladiatora na arenie mogła mieć podobny wydźwięk… Zastanawiające, że tak szerokie grono fanów ma serial Breaking Bad, w którym doprowadzony do krawędzi katastrofy bohater, zwykły spokojny szary człowiek, przechodzi na stronę zła, żeby odzyskać, co stracił i wygrać. Zakończenie serialu Dexter podobno miało pozostawić widza z moralnymi wątpliwościami (moralnym „kacem”?) – a słyszałam, że wielu nawet bardziej polubiło głównego bohatera i akceptowało jego wybory.

Niedawno brałam udział w dyskusji nad tym, czy Harry Potter jest jakoś podobny do dzieł Tolkiena – dla mnie to zupełnie nie ta klasa i styl, a przy okazji ktoś słusznie i mądrze zauważył, że źródłem norm etycznych dla Harry’ego jest… on sam (na marginesie: ta dyskusja dość rychło się wyczerpała, gdyż po jednej stronie byli ci, co czytali tylko Harry’ego Pottera, a po drugiej wyłącznie fani Tolkiena – brakowało osób, które czytały i Tolkiena i dzieło Pani Rowling, choć szczerze mówiąc, jakoś mnie to nie dziwi…). Wydaje mi się, że z fanami seriali jest tak samo, jak z uczestnikami rozmaitych i coraz liczniejszych festiwali – chodzi o samo branie udziału w wydarzeniu, najlepiej odpowiednio długim. Chodzenie do muzeów dla jednego obrazu (np. na jedynego w polskich zbiorach El Greca, wystawionego na Zamku Królewskim w Warszawie) nie jawi się aż tak ekscytująco (swoją drogą, ten obraz El Greca przetrwał gdzieś na prowincji, bo nie zdawano sobie sprawy, jaką wartość przedstawia; musiał być ponownie odkryty!).

Teraz trzeba być „bardzo w czymś” tak, jakby nam się zgubiło poczucie przynależności i tożsamości, więc sami wytwarzamy swoiste kasty, związane ze sobą wspólną fascynacją i budujące własne światy, oparte głównie na intensywności przeżyć.

Ta intensywność jest najważniejsza – życie nie może być jedynie letnie; coraz mniej mamy zainteresowań (licznych!), teraz wypada mieć od razu pasje (najlepiej jedną!) – problem w tym, że trwają one jakoś tak dramatycznie krótko (do następnego serialu…?). Tolkiena też tak „przerobiono”. Tolkieniści są w odwrocie (w domu…?), teraz dominują The Ringers, czyli fani filmów na podstawie utworów Tolkiena. Już słyszę ten zarzut, że przecież w tym miejscu jakbym mówiła o sobie – miłośnicy Tolkiena też uchodzą niekiedy za szalonych „wielbicieli jednej książki”. Ależ ona nam wystarczy! – w pewnym sensie, o czym, mam nadzieję, niżej, choć nie mam zamiaru się na niej zatrzymać. Trzymam się literatury, bo ona jest naprawdę ważna i nieprzemijająca, nieulegająca chwilowym modom, poza tym dostarcza inspiracji do odkrywania innych obszarów sztuki słowa, historii, filozofii. W oparciu o literaturę można budować światopogląd.

Na tle tego wszystkiego bardziej zrozumiałe staje się, dlaczego często traktuje się Tolkiena jako pisarza naiwnego, którego podejście do świata i rządzących w nim mechanizmów cechuje dziecięca wiara w dobro, które musi zwyciężyć. Fenomenem rzeczywistym jest być może to, że Tolkiena albo się uwielbia, albo nie znosi – stany pośrednie odnotowywano rzadko. A może właśnie tutaj przebiega granica między kulturą wyższą i masową? Syn Profesora, Christopher Tolkien, ubolewa bardzo, że Tolkien „stał się potworem pożartym przez własną popularność i wchłoniętym przez absurdalność naszych czasów”. Odnosi się tak do tych wszystkich adaptacji Śródziemia, w których całe jego delikatne piękno i mądrość zostały przemienione nie do poznania przez filmy, komputerowe gry itp. Nie mogę nie dostrzegać, jak bardzo zachwyt nad „Tolkienem w wersji masowej” oddala odbiorców od rozumienia tego, co Profesor naprawdę pisał o świecie i ludziach, jaką to ma i może mieć wartość dla nas na początku nowego wieku (i w każdym czasie), jak niezwykle spójna, integralna i przez to atrakcyjna, a przy tym nieprawdopodobnie złożona, wielopoziomowa i, chciałoby się rzec, holistyczna jest ta wizja Śródziemia.

Ale taka jest cecha kultury masowej, że prześlizguje się ona po powierzchni. Władca Pierścieni jest długą opowieścią – może ta długość nie jest już albo jest coraz mniej do zaakceptowania przez nasze odmienione umysły, głodne Informacji, a nie Historii (story)…? Tolkienowej popularności niezwykle przysłużył się Internet, ale czy aby po tym przepuszczeniu przez bity i piksele to na pewno ten sam Tolkien? Internet może pomieścić bardzo dużo, tak dużo, że teraz ci, którzy się tym przejmują i którym na tym zależy, zabrali się za tropienie wszystkich stereotypów, nieścisłości, przekłamań, wreszcie bzdur, jakie krążą o Tolkienie w sieci (np. za wyjaśnianie, co jest, a co nie jest cytatem z Tolkiena). Stereotyp, notabene, to słowo, które w czasie Wielkiej Wojny 1914-1918 zostało użyte jako termin na schematyczne myślenie o zjawiskach i przebiegu wydarzeń, w związku z propagandą wojenną (stereotypowy to to samo co szablonowy, oklepany, utarty, schematyczny; z greckiego stereo – ‘stężały, twardy, masywny’; pierwotnie pojęcie z dziedziny drukarstwa).

Te nieporozumienia wokół Tolkiena, mniejsze i większe, powodują, że wielu badaczy jego twórczości traktuje swą pracę jak misję, niemal posłannictwo (dotyczy to np. Toma Shippeya). Bardzo dużo wydaje się dzieł Tolkiena opatrzonych komentarzami: mamy takie komentarze do Władcy Pierścieni, Hobbita, Łazikantego, Gospodarza Gilesa z Ham (czyli Rudego Dżila i jego psa), Przygód Toma Bombadila (właśnie się ukazały – w wersji kieszonkowej i pięknej szacie graficznej), Upadku Króla Artura, Pieśni o Sygurdzie i Gudrun, (w przygotowaniu Kowal z Podlesia Wielkiego), których autorami są m. in. Douglas Anderson, Christina Scull i Wayne Hammond, Verlyn Flieger, Christopher Tolkien (interesujące, że większość z nich to Amerykanie…).

.Gdyby Profesor mógł zobaczyć skutki tej „mody” na swoje utwory, chyba by go one nie zdziwiły… Świat ten tak działa, że wszystko sprowadza do absurdu. A Tolkien sobie z tego kpił, tak skrycie, jak i żywe oczy. Cały Hobbit jest takim „żartem filologa”. Jeśli się dobrze przyjrzeć, to Hobbit jest metatekstem Władcy Pierścieni, a Gospodarz Giles z Ham jest metatekstem Hobbita. Tolkien celowo to tak ułożył. W końcu chodzi o to, żeby twórczość była przyjemnością dla nas samych (tutaj tekst, gdyby mógł, powinien puścić oko do Czytelnika). Dla przykładu: w Hobbicie mamy Bitwę Pięciu Armii, toczoną pod bramą Ereboru, w trakcie której, w krytycznym momencie nadlatują orły. We Władcy Pierścieni jest zaś bitwa z armią Saurona pod Czarną Bramą, Morannon, i tu też w pewnym momencie nadlatują orły. Zadaniem Bilba jest ukraść Arcyklejnot – i kradnie go, lecz nie temu, komu trzeba. Wielki, sławny i dumny Król spod Góry pada twarzą na wycieraczkę na progu Bag End, przygnieciony na dodatek przez swych kompanów, bo Bilbo zbyt prędko otworzył drzwi.Tolkien trzyma dystans do przedstawionego świata, nie pozwalając postaciom popaść w nadmierny patos i sprawiając, że często mamy wrażenie, jakby bohaterowie nie byli na swoim miejscu. Thorin przez cały czas zachowuje się w sposób nieprzystający do swej „marki”, a prawdziwa chwała czeka na niego na końcu – Tolkien daje mu bohaterski czyn i piękną śmierć, a chwała syna Thraina, syna Throra staje się mitem założycielskim odnowionego królestwa krasnoludów – ich odzyskanej cywilizacji. Bilbo wraca do domu spod Góry i musi się zabrać za udowadnianie, że to w rzeczy samej On, cały i zdrowy, bo już uznano go za zmarłego i poważana w Shire kancelaria Grubb, Grubb & Burrowes (sic!) przystąpiła do licytacji jego majątku, a kuzynowie Bagginsowie z Sackville pracowicie mierzyli pokoje w Bag End dla sprawdzenia, czy zmieszczą się tam ich meble. Tak to nas ten świat wykrzywia w smutnym uśmiechu, podszytym melancholią, tęsknotą i… sympatią.

W niemal każdym fragmencie Władcy Pierścieni można znaleźć jakiś komentarz do przeszłości, do skutków upływu czasu i do niezbadanych ścieżek pamięci.

Choćby ten piękny moment, gdy Gandalf próbuje otworzyć drzwi Morii: Drzwi Durina, władcy Morii. Powiedz przyjacielu i wejdź. Czarodziej stosuje wiele zaklęć, lecz drzwi ani drgną. Może je otworzyć każdy, kto zna hasło, ale hasła nikt nie pamięta. Tylko Merry wpada na pomysł, by zapytać, co to znaczy Powiedz przyjacielu i wejdź. Wreszcie Gandalf odkrywa, jak śmiesznie proste jest to zadanie i wypowiada w języku elfów słowo Mellon: Hasło było wypisane na łuku, widzieliśmy je od pierwszej chwili. Napis trzeba tłumaczyć tak: „Powiedz <<przyjacielu>> i wejdź”. Kiedy wymówiłem w języku elfów słowo „przyjaciel”, drzwi się otwarły. Po prostu! Ale to zbyt proste dla uczonego mędrca w naszej nieufnej epoce. Tamte dni były szczęśliwsze. Kiedyś na wsi, jeszcze to pamiętam, nie zamykało się domów, a sąsiadka mojej Babci zostawiała na stole mleko i ciasto, kiedy szła na pole. W moim domu czasem spędzamy czas na zadawaniu pytania: A pamiętasz…? Niekiedy okazuje się, że nie ma już kogo zapytać. Jest za późno…

Tolkien był geniuszem. I każda próba jego przemiany w film, komiks, grę i inne zdaje się dostarczać jeszcze więcej dowodów na tę tezę – dzisiejszy świat jest bowiem zbyt dosłowny. Im więcej powstaje „dziwactw” o Tolkienie, tym większym geniuszem on się okazuje. Ta prawidłowość działa trochę tak jak zależność między Dobrem i Złem w jego powieściach. Dzieła Tolkiena zawierają niezwykle złożoną panoramę świata uporządkowanych wartości, które dostępne są każdemu wrażliwemu sercu i przenikliwemu umysłowi.

.Ta wielka synteza, o której pisałam wyżej, jest jednak wizją człowieka rozczarowanego rzeczywistością, Pesymisty, który wiele w życiu utracił i bardzo wiele przeżył, który bardzo ostro postrzegał świat i nie miał co do niego złudzeń. Przetrwał w końcu wojnę, która miała zakończyć wszystkie wojny, by za 20 lat zobaczyć drugą. Nie pamiętał ojca, stracił matkę, która zapadła na chorobę jeszcze na początku XX wieku nieuleczalną, poznał prawdziwą biedę (nawet jego koledzy z Oksfordu wspominali, że był nieustannie biedny), rozdzielono go z ukochaną, najbliżsi przyjaciele zginęli na froncie Wielkiej Wojny bądź stali się dalecy i obcy, był świadomy, że jego żona poświęciła dla niego rysującą się dostatnio przyszłość oraz własne pianistyczne ambicje, że nie czuła się najlepiej w Oksfordzie, nie brała udziału w życiu towarzyskim środowiska uniwersyteckiego i nie do końca rozumiała mistyczną wiarę męża, przeżywał bardzo fakt, że jego dzieci oddaliły się do wiary (rozwód syna Christophera). Do tego nawet tworzenie nie przebiegało tak, jak planował – niczym u Niggle’a proces ten skupiał się raczej na liściach niż na całym drzewie. W opowiadaniu o Kowalu z Przylesia Wielkiego gdzieś pod warstwą jego kolorowej tkaniny przebija Tolkienowe przeczucie, że także Kraina Baśni będzie kiedyś dla niego stracona… Kowal z Przylesia Wielkiego (Smith of Wootton Major – pierwszy polski tytuł Kowal z Podlesia Większego, podany tytuł w tłumaczeniu Cezarego Frąca) jest w jakimś sensie autobiograficzny.

Klucz tkwi, moim zdaniem, w temacie. W tym zasadniczym zagadnieniu, którym Tolkien się zajmuje właściwie przez całe życie. Ten temat to STRATA. Jest ściśle związany ze śmiertelnością i nieśmiertelnością reprezentowanymi przez Ludzi i Elfów jako Dzieci Ilúvatara, które jednocześnie symbolizują dwa aspekty Człowieczeństwa, humanizmu. Nieśmiertelność to zwycięstwo i trwanie, śmiertelność to czas i zmiana. Każde osiągnięcie dobrych ludzi, każde panowanie dobrego króla, każda miłość i szczęście – muszą się kiedyś skończyć. Tolkien postrzegał Człowieka w stanie Upadku – każde jego przedsięwzięcie dotknięte jest od początku skazą i nie rodzi nic perfekcyjnego w formie czy w treści. W Silmarillionie można znaleźć wspomnienia ludzi o takim właśnie upadku, który dokonał się za sprawą Melkora – Morgotha niemal tuż po przebudzeniu pierwszych ludzi na wschodzie. Gdy Edainowie doszli do Beleriandu, by spotkać tam Elfów, nikłe wspomnienie źródeł tego upadku było podtrzymywane jeszcze (ze wstydem) przez najmędrszych członków ludzkich rodów. W Dyspucie Finroda z Andreth (Athrabeth Finrod ah Andreth), opublikowanym w The History of Middle-earth, mędrczyni Edainów, Andreth, stanowczo podkreśla, że na początku swego istnienia Ludzie byli obdarowani nieśmiertelnością ciała (!), lecz utracili ten dar wskutek knowań Morgotha. Finrod, król Noldorów, nie do końca wierzy, że Człowiek mógł otrzymać taką łaskę nieśmiertelności, lecz jednocześnie przekonuje Andreth, że śmierć nie jest kresem, a początkiem, a z tego, że nie wiadomo, co następuje po śmierci, nie wynika wcale, że jest to Zło. Śmierć została Ludziom dana jako Dar, a stała się ich Przekleństwem na skutek ich niewłaściwych wyborów – niewątpliwie miał tu na Tolkiena wpływ John Milton i jego dzieło życia, Raj Utracony (które jest jednym z najdoskonalszych dzieł literackich w historii).

Jeśli nie jesteśmy gotowi na stratę, rodzi się zło. Nasz świat docenia wygranych. Z przegranymi mamy problem. A wszyscy jesteśmy przegrani w pewnym sensie. Nie możemy trwać, a żyjemy tak, jakbyśmy byli nieśmiertelni.

U Tolkiena ci, co trwali, odeszli ze Śródziemia. Jedyny Pierścień jest symbolem takiego trwania wbrew naturze rzeczy, wbrew czasowi, wbrew rozsądkowi. Zastanawiające jest, że u Tolkiena nadzieję mają śmiertelnicy, choć często to nadzieja głupców, a nieśmiertelni są raczej sceptykami i ten sceptycyzm powstrzymuje ich od działania – to nie przypadek zresztą, że trzy wielkie pierścienie Elfów, których powiernikami byli Galadriela, Gil-galad, a po nim Elrond oraz Círdan, a po nim Gandalf, miały moc zachowywania, a nie tworzenia. U śmiertelnych strach i nadzieja łączą się w wiarę, której nieśmiertelni nie znają. I nie chodzi tu chyba (jeszcze) o wiarę w sensie religijnym. Raczej o wiarę w sens – sens poświęcenia, ofiary, a więc, inaczej mówiąc, gotowości do utraty, rezygnacji z tego, co najdroższe. Gdyby Gandalf nie wierzył w sens swej walki z Balrogiem, może starałby się uciec z Morii razem z Drużyną albo uratować od upadku w przepaść pod mostem Khazad–dûm. Ale nic takiego nie nastąpiło. Czarodziej zmierzył się z Balrogiem i… został ponownie posłany do Śródziemia, żeby usunąć Sarumana i swą obecnością dodać ducha obrońcom Minas Tirith. Ale nawet on już wiedział, że trzeba oddać pola ludziom. Gandalf wie, że każde życie jest częścią większego planu i tylko w nim ma sens – nie jesteśmy pozbawionymi znaczenia atomami bezosobowego Wszechświata.

Z tego, że my sami nie mamy zdolności rozpoznania znaczenia zdarzeń ani wzoru tego planu, nie wynika, że ich nie ma w ogóle. Dlatego naszą powinnością jest, by jak najlepiej wykorzystać czas, który nam dano – taki jest sens naszego istnienia. Historia jest jak muzyka, nie ma końca. W starożytnej filozofii muzyka ma ten sam walor, co matematyka. Historia do Czegoś zmierza, nie błąka się bez celu po bezdrożach. Tyle, że Człowiek jest zanurzony w Czasie i choćby się bardzo starał, w ten ustalony Plan może jedynie wierzyć. Zresztą, lepiej go nie znać…?

To ludzie pokonali Saurona. I dwaj mali hobbici. Albo ściślej – ocalił ich wszystkich akt miłosierdzia Bilba, który w jaskini Gór Mglistych wiele lat wcześniej nie zabił Golluma, chociaż mógł. Zrezygnował. Utracił szansę. Ale zyskał kolejną, której nie mógł wtedy przewidzieć. I kolejny akt miłosierdzia Froda, który też oszczędził Gollumowi życie, co uratowało jego własne. A Frodo w ostatecznym rozrachunku przegrał, bo w krytycznym momencie chciał zachować Pierścień dla siebie, dlatego musiał odejść ze Śródziemia, tracąc ukochane Shire i de facto popadając w zapomnienie – to Sam, Merry i Pippin stali się bohaterami Czwartej Ery. To, co stało się w ognistym wnętrzu Orodruiny, Tolkien nazywał eukatastrofą, nagłym zwrotem sytuacji obiektywnie beznadziejnej i krańcowej, kiedy ratunek przychodzi z przeszłości i jest skutkiem naszych dobrych wyborów w czasie minionym, a nawet już zapomnianym.

Zło służy temu, żeby dzieła Dobra były jeszcze wspanialsze. W tym sensie pojawia się rola, jaką ostatecznie odegrał Gollum. Gollum zresztą jest dowodem także na to, że świat nie jest jednoznacznie czarno – biały. Bohater ten jest długo zawieszony między swym ja zwanym dawno temu Sméagolem, a innym ja zwanym Gollumem. To, że w pewnym momencie przeważa Gollum, a Sméagol znika na zawsze, „zawdzięczamy” dobremu Samowi, który nie może przemóc swych uprzedzeń do Golluma – scena ta bardzo poruszała samego Tolkiena, którego zasmucało, że największe zło pochodzić może czasem od największego dobra.

Swoją drogą, pomyślmy: co powinien zrobić Sam (albo co mógłby zrobić?, co musiałby zrobić?), gdyby Gollum nie poszedł za Frodem do wnętrza Góry Przeznaczenia, gdyby go tam w ogóle nie było (bo na przykład zginąłby podczas tortur w Barad–dûr albo przy przejściu przez tunel Szeloby), gdy Frodo zachował Pierścień zamiast go rzucić w ogień? Tolkien to rozważał, stojąc nieco z boku, już po wydaniu Władcy Pierścieni. Czy w ogóle mogło do tego dojść? Czy to miałoby sens?

Dwudziestowieczny heroizm literacki to obowiązek, powinność, świadome poświęcenie – dlaczego hobbickie, a nie ludzkie? Potęga fizyczna zmalała w naszych czasach, nie robi już wrażenia; liczy się determinacja, niezłomność woli – ciekawe, że taka niezłomność woli istnieje też w poezji staroangielskiej, która dla Tolkiena była niewyczerpanym źródłem zachwytu i inspiracji. Tolkien uważał, jak się wydaje, że człowiek nie jest powołany do wielkości, przynajmniej nie takiej, jaka wyłania się ze średniowiecznych eposów. Wolał proste życie – pintę ciemnego piwa i fajkowe ziele (obowiązkowo Longbottom Leaf albo Old Toby) w karczmie Pod Zielonym Smokiem. Ale też fascynował go świat, w którym żyją smoki. W takim świecie zawsze w końcu trzeba wyjść za próg domu i wyruszyć w Drogę. I walczyć z tym smokiem, jeśli nikt inny nie może, nikogo innego nie ma, nikt inny nie da rady. Bo świat także (w końcu) mnie dotyczy – i nie mogę się zajmować jedynie zapełnianiem swojej spiżarni i dbaniem o domowy komfort. Istnienie potworów, i pogodzenie się z tym, że istnieją, wymusza równoczesne istnienie heroizmu, a szlachetna odwaga to zarazem najwyższa lojalność wobec Twórcy Planu (jak pisał sam Tolkien w eseju Beowulf: potwory i krytycy). Potwory wciągają człowieka w walkę, której nie może wygrać, dopóki świat istnieje. Pewnie stąd w Tolkienowym świecie tyle żalu, który ma charakter czegoś stałego i symbolicznego. Jakiś smok na pewno kiedyś przyjdzie…

.Tolkien napisał kiedyś, że najbardziej niepopularną cnotą (sic!) naszych czasów jest abnegacja. Łacińskie abnegatio oznacza wyparcie się, zaprzeczenie (negare to przeczyć, natomiast ab- w złożeniach znaczy zaś od-, tj. oddzielenie się, nieobecność, różnica – tak oto pochodzenie słów wiele mówi o ich sensie i to jest to, co fascynowało Tolkiena). To bardzo trudne ćwiczenie – mieć wielką możliwość, lecz z niej świadomie nie skorzystać – móc, a nie chcieć. Dlatego jest z rzadka przeprowadzane. Bo i możliwości coraz większe. A w człowieku kiełkuje poczucie niemal nieograniczonej władzy nad światem, materią i czasem. Tylko jakoś z życiem coraz trudniej się uporać…

Na tym przecież polega misja Drużyny, a w końcu Froda – trzeba zgubić skarb, a nie go zdobyć, jak to bywało w baśniach. Każdy ma jakiś wybór i musi decydować szybko. Legolas mówi Gimlemu, pozostającemu wciąż pod ogromnym urokiem Galadrieli, Pani Światła: Cokolwiek znajdziesz, zgubisz – jak się wydaje żeglarzom, kiedy bystry nurt niesie ich łódź. Ciebie wszakże, Gimli, synu Glóina, zalicza się do szczęśliwych, bo z własnej woli wyrzekasz się tego, coś znalazł, a mogłeś wybrać inaczej. Nie opuściłeś przyjaciół, nie minie cię w każdym razie ta nagroda, że wspomnienie Lórien przetrwa w twym sercu na zawsze czyste, nieskalane i nigdy nie zblednie ani nie zgorzknieje. Gimli mówi na to, że w tych słowach jest prawda, ale pociechy niewiele – bo wspomnienie nie nasyci serca. To tylko zwierciadło (…) Tak przynajmniej czuje serce krasnoluda. Dla elfów może jest inaczej…

Galadriela, choć była Feänorowi wrogiem, poszła za nim do Śródziemia, gdyż chciała posiadać fragment tego świata na własność, aby móc tam realizować swoje ambicje. Pod koniec Pierwszej Ery, w obliczu katastrofy Beleriandu po ostatecznej rozprawie Valarów z Morgothem, uciekła z Celebornem z Doriathu. Trafili do Lórien, krainy Amrotha, którą władali nie jako królowie, lecz raczej powiernicy. W końcu Galadriela przeszła próbę: oparła się pokusie przejęcia Pierścienia od Froda, choć był on jej swobodnie ofiarowany. W rezultacie po wielu tysiącach lat uzyskała przebaczenie i mogła odpłynąć na Zachód Prosta Drogą. Dlaczego? Bo wyrzekła się największego pragnienia… Pożegnała Śródziemie. We Władcy Pierścieni (ale nie w filmie!) pożegnała także swego męża Celeborna, który pozostał w Lórien. Elfowie woleli porzucić Śródziemie, niż poddać się Sauronowi.

A w Silmarillionie sprawy toczą się choćby takimi torami: przywrócony do życia Beren wraca z Lúthien do Beleriandu, lecz musi żyć z dala od ludzi; Eärendil dopływa do Valinoru i wyjednuje łaskę dla Elfów i Ludzi, lecz musi pozostać na niebie jako gwiazda; Túrin, uwolniony przez przyjaciół z niewoli orków, zabija swego najlepszego przyjaciela, Belega, a potem, uciekając przed przeznaczeniem, wpada prosto w sidła Losu, który szykuje dla niego Melkor i smok Glaurung; Finrod Felagund, władca Noldorów gromadzi wielkie skarby w swej wspaniałej siedzibie w Nargothrondzie (jakby próbował wypełnić jakąś pustkę…), lecz porzuca wszystko, zostawia także koronę, aby spełnić przysięgę wobec Berena, syna Barahira, i oddaje za niego życie w lochach Saurona, broniąc go przed wilkołakiem; Turgon nie chce porzucić ukochanego Gondolinu, choć Tuor przybywa znad morza i spełnia się przepowiednia Ulma – i ukryte miasto zostaje zniszczone przez orków, wargów i Balrogów; król Thingol nie potrafi oprzeć się czarowi Silmarila, skutkiem czego Doriath upada pod atakiem krasnoludów; a wszystkich dosięga klątwa przysięgi Feänora. Númenor ginie pod rozszalałymi falami, bo ludzie zapragnęli nieśmiertelności i nie umieli przestrzegać jedynego zakazu, jaki narzucili Valarowie. W rezultacie prawdziwie istniejący ziemski raj ludzi znika na zawsze. Nie ma takiego zwycięstwa, które nie zawierałoby w sobie klęski.

Niemal wszystko u Tolkiena jest refleksją, impresją o stracie i przemijaniu albo – inaczej rzecz ujmując – o nieumiejętności rezygnacji, a dalej o pysze, o wyzwaniach rzucanych losowi i żądzy władzy.

Świadczą o tym choćby historie Feänora, Túrina Turambara, Thorina, Boromira, Sarumana. Przynajmniej część z tych Tolkienowych bohaterów w pewnym momencie uświadamia sobie swój błąd – ale jest już za późno i trzeba zapłacić za niego życiem. Frodo zaczyna swą wędrówkę od… sprzedaży ukochanego Bag End (i to komu?! Lobelii Sackville – Baggins!), a wraz ze „zgubieniem” Pierścienia traci też Shire. Aragorn jako król Elessar może się jawić jak jedyny wygrany – lecz w tej chwale jest już utrata: Aragorn dobrowolnie (!) pożegna się z życiem, Arwena jeszcze trwać będzie samotnie, aż i ona odejdzie w nieznane. Są świadectwa, że Cień powróci już za panowania syna Elessara, niedługo po tym, jak gondorskie dzieci zaczną bawić się w orków… Zadziwiające, że w walce Dobra ze Złem, w której Aragorn wykazał się tak wybitnymi przymiotami, nawet owo Dobro wymagało zdobycia Władzy. Być może dlatego Tolkien, który za najgorsze zajęcie dla człowieka uważał rządzenie innymi ludźmi, odmalował Powrót Króla jako przywrócenie słusznego Panowania. To Panowanie jest utrzymywaniem pokoju, chronieniem życia i sprawiedliwości (a nie ustanawianiem prawa!), pielęgnowaniem piękna, inspirowaniem do wzrostu, łączeniem tego, co ziemskie i tego, co niebiańskie – przypomina to uprawnianie ogrodu.

Hobbit kończył się w swej pierwotnej wersji na zabiciu smoka (na początku Tolkien zakładał też, że smokobójcą ma być sam Bilbo…), natomiast Bitwa Pięciu Armii to pomysł późniejszy, nie dziwne więc, że ta druga część opowieści jest bardziej mroczna, bardziej „dorosła”, ale też bardziej dziwna. Trudno zrozumieć (choć to szaleństwo w sumie bardzo ludzkie, niestety), dlaczego niemal chwilę po zniszczeniu Esgaroth ludzie, i Elfowie, decydują się pomaszerować pod Erebor, aby domagać się należnych im skarbów. Złoto ochroni ich przed nadciągającym mrozem zimy? Thorin nie chce oddać bogactw natychmiast, lecz nie oznacza to, że w ogóle ich ludziom odmawia. A to, co próbuje zrobić Bilbo przy użyciu Arcyklejnotu można zinterpretować jako chęć zdjęcia „klątwy” ze smoczego skarbu – hobbit nie prawa rozporządzać Arcyklejnotem, ale ma nadzieję „kupić” za nie pokój i ocalenie dla krasnoludów, czyli użyć skarbu zgodnie z jego przeznaczeniem – naprawić zerwane więzi między tymi, którzy kiedyś żyli w przyjaźni obok siebie i ze sobą. Zwycięstwo w końcu przychodzi, okupione wielkimi stratami (moment bitwy, gdy nadlatują orły, to kolejna eukatastrofa), lecz dla Bilba wszystko to przyćmiewa śmierć Króla spod Góry, który przecież mógł stać mocno, nie musiał upaść…

.Nie wiadomo dokładnie, jakie były poglądy polityczne Tolkiena, lecz jego światopogląd nazwano anarcho-konserwatyzmem. Profesor zapewne najlepiej czułby się w Shire, w którym burmistrz i szeryf nie mają specjalnie zajęć i nikt nie ustanawia praw od czasu, gdy wypędzono Sarumana i „obalono” nieszczęsnego Lotha Bagginsa. Relacje między mieszkańcami tej krainy opierają się na tradycji i zwyczaju. Shire nie potrzebuje władcy. Pewnie dlatego, że jest niewielkie i wszyscy się znają. Niektóre publiczne wypowiedzi zwolenników niepodległości Szkocji miały w sobie dziwną tęsknotę za takim idealnym miejscem: małym, zjednoczonym, zbudowanym na wspólnych wartościach, sprawiedliwym i niezależnym od jakiegokolwiek Centrum władzy… Podczas pamiętnych porządków w Shire, gdy Merry, Pippin i Sam poprowadzili zwycięskie powstanie przeciwko Sarumanowi i jego marionetce, Lothowi Bagginsowi, Tom Cotton, ojciec Różyczki i przyszły teść Sama, wyrzekł znaczące słowa: Ziela do fajek nikt nie miał, prócz Ludzi Wódz; Wódz nie lubi piwa, więc go hobbitom odmówił, pozwalając pić tylko swoim Ludziom; wszystkiego było coraz mniej, tylko przepisów coraz więcej. Już tylko to zdanie mogłoby być częścią jak najbardziej współczesnych utworów literackich poświęconych naszej XX / XXI – wiecznej historii. Podobnie jak inne zdanie z rozdziału Porządki w Shire, które wypowiada Robin Smallburrow: Gdybyśmy rozgniewali się wszyscy razem, może by dało się coś zrobić. Czyż to nie brzmi jak hasło dla Ruchu Parasolowego, czyli Occupy Central w Hongkongu? Uniwersalizm Tolkiena jest momentami aż zaskakujący – wszystko tam jest z naszego świata.

Tolkien, który zainspirował tyle rozmaitych ruchów społeczno – politycznych na świecie, z ekologicznym włącznie, do nich wszystkich odnosiłby się z dużą dozą nieufności. Nie znosił bowiem dogmatyzowania, ani zewnętrznego narzucania modeli życia.

Wbrew mniemaniu niektórych, nie odrzucał całkowicie współczesnej technologii, uważał jednak, że należy człowiekowi pozostawić wybór, czy chce z niej korzystać. Ostrzegał także przed współczesnymi Sarumanami, którzy zaangażowali swój rozum w procesy niszczenia raczej niż budowania, ponieważ stracili z oczu rzeczywiste potrzeby człowieka, a chcieli mu wmówić, co jest dla niego dobre, ponieważ ich dążenie do wiedzy prowadziło nieuchronnie do unicestwienia przedmiotu tych badań.

Mit skarbu – żywego, krążącego między ludźmi, i ukrytego, przeklętego, który nikomu nie przynosi korzyści – może być widziany jako metafora tego, co tak naprawdę warto robić z materialnymi i niematerialnymi „klejnotami”, jakie w ciągu życia dostają się w nasze ręce. Jeśli coś masz, oddaj, podziel się – tylko tak możesz się wzbogacić. Jeśli pilnie strzeżesz swego skarbu, i jesteś w stanie dostrzec każdego złodzieja pucharu, jaki wkradnie się do twej jaskini, to… jesteś smokiem. I skończysz jak smok. A jeśli kurczowo trzymasz się życia, chcesz trwać wbrew czasowi i prawom natury, staniesz się jak Nâzgul – zewnętrzna szata okrywać będzie najmroczniejszą pustkę i nic… Jakkolwiek „baśniowo” by to nie brzmiało. Bardzo znaczący jest moment wręczenia przez Galadrielę darów członkom Drużyny. Każdy dar jest specjalnie przygotowany dla konkretnego bohatera, nie ma tu przypadkowości. Dla przykładu, Boromir dostaje pas, jak Hobbici, lecz z lśniącego złota. Dar zawiera ostrzeżenie. Boromir nie potrafi jednak słuchać znaków. Kluczowy jest dar dla Gimlego – trzy złote włosy Pani Elfów dla Krasnoluda i cała ta dzieląca obie rasy wielowiekowa przepaść między Górą a Lasem zasypuje się w jednej chwili. W tym miejscu warto też pamiętać, że na hobbickie urodziny dawano prezenty, a nie je otrzymywano! Kiedy Beren, aby zdobyć rękę Lúthien, obiecuje jej ojcu, królowi Thingolowi, że gdy wróci z wyprawy do Thangorodrimu, „będzie miał w ręku Silmaril”, Thingol nawet nie wyobraża sobie, że prawdziwym darem będzie miłość i poświęcenie, że Beren „nie kupi” Lúthien za ten klejnot. Ale też nie skłamie – Silmaril będzie tkwił w jego dłoni, tyle że w trzewiach przerażającego wilka…

Oto jedna z najdoskonalszych, najmocniejszych scen Silmarillionu: podczas Bitwy Nieprzeliczonych Łez ojciec Túrina, Húrin, otoczony przez orków, zanim zostanie pochwycony w niewolę Morgotha, sam jeden pozbawia życia siedemdziesięciu (!) wrogów, za każdym razem krzycząc: Aurë entuluva!, Przyjdzie znów dzień! Żeby dojść do światła, trzeba przejść przez mrok. Auta i lómë! Noc przemija!Taki jest sens kroczenia w ciemnościach. Tylko to pozwala się podnieść i tylko to pcha do przodu. Nie wiadomo, kiedy przyjdzie ten dzień i co właściwie przyniesie. Lecz tak ujęte „Wielkie: Nie Wiadomo” jest warte ryzyka… Skoro klęska (lub to, co zwykliśmy nazywać klęską) jest wpisana w życie, to dlaczego w ogóle żyjemy? Bo paradoksalnie widmo końca, śmierci, pcha człowieka do działania, do podejmowania wyzwania. Nieśmiertelni skoncentrowali się na zachowywaniu tego, co jest. Śmiertelni dążą do zmiany, bo mają miało czasu i tak świat idzie do przodu.

.Zadziwiający komentarz do Tolkiena można znaleźć u wybitnego węgierskiego pisarza Sandora Máraia w książce Pokój na Itace, która jest rodzajem kontynuacji Odysei. W Pieśni drugiej Telemach, syn Odyseusza i Penelopy, stara się dowiedzieć od nimfy Kalipso, u której jego ojciec (dobrowolnie!) spędził siedem lat w drodze na Itakę, kim on właściwie był. Kalipso wyjawia mu prawdę: Ulisses bardzo chciał i miał odwagę być Człowiekiem, choć został stworzony bogiem – dlatego robił rzeczy, które istotom boskim i półboskim, także w jego rodzinie, wydawały się barbarzyństwem: zabijał, porzucał zdradzał, oszukiwał, składał fałszywe obietnice – choć niektórych dotrzymywał… Ulisses jest niczym Pan Gawain z Tolkienowej opowieści o Panu Gawainie i Zielonym Rycerzu – ten rycerz Króla Artura, aby zachować życie, ucieka się do podstępu, łamiąc co prawda reguły dworności, lecz pozostając wiernym zasadom moralnym – i za to spotyka go nagroda, Zielony Rycerz już nie żąda od niego próżnej ofiary. W końcu chodzi przecież o Życie! Odyseusz potrzebował wolności, maleńka wyspa Itaka jawiła mu się jako więzienie, dlatego potrzebował morza i dlatego zmierzał ku śmierci. Wrócił na Itakę po dwudziestu latach tułaczki, by zabijać, a potem znowu odszedł na kolejne dwadzieścia lat i wrócił, by umrzeć. Nimfa chciała dać Ulissesowi nieśmiertelność – odmówił. U Tolkiena nieśmiertelni chcą zrezygnować ze swego daru wiecznego życia – z powodu miłości: tak postąpiły Lúthien i Arwena. Jak pisze Sandor Márai: Miłość, jeśli jest prawdziwa, zawsze jest śmiertelna. Ten Gniew, który jest w Życiu, tylko Eros może złagodzić.

Kalipso tłumaczy, że młodość jest oczekiwaniem, a więc Mitem, dorosłość, dojrzałość zaś jest myślą, doświadczeniem, rozumem, a więc Logosem (lògos po grecku znaczy: mowa, słowo, wypowiedź, wiadomość, opowieść, księga, rachunek, myśl). We Władcy Pierścieni świat mitu reprezentowany przez Elfów już przemija – dlatego Bilbo i Frodo, którzy na skutek przedziwnych splotów okoliczności zostali w ten świat wciągnięci, biorą się za pisanie pamiętników (lògos oznacza przecież księgę). Zostanie tylko Człowiek i wszystko, co weźmie swój początek z jego rozumu – dotyczy to także Zła. Odyseusz, a potem Telemach, uczyli się prawd o bogach od Kalipso, jak Ludzie od Elfów u Tolkiena. Uczyli się choćby tego, że nawet bogowie przeminą, umrą, odejdą, bo także, jak ludzie, mieszczą się w czasie.

Śmierć nadaje sens Życiu. To, że tam jest i jest nieunikniona, to wyzwanie, a nie kara. I Obowiązek. Współczesnemu człowiekowi trudno się o tym myśli, jeszcze trudnej rozmawia. Tolkien jest wymagającym pisarzem…

W Mit wierzy się (albo nie wierzy) ze strachu, że to może być Prawda. A to JEST prawda. Mit jest bardziej prawdziwy niż Historia. A Historia to jeden z najniebezpieczniejszych wymiarów świata człowieka. Zrozumienie tych zależności daje spokój. Jak rzekł Celeborn do Boromira w Lórien: Nie gardź jednak legendami, dziedzictwem odległych wieków, często bowiem się zdarza, że stare niańki przechowują w pamięci wiadomości, które niegdyś największym nawet Mędrcom oddały usługi.

  ◊◊◊

Gdybym chciała zapisać w tym tekście wszystkie dygresje, jakie nasuwają mi się w związku z tym, co już napisałam, to rozrósłby się on do rozmiarów książki. Za to tak lubię Tolkiena…

Magdalena Słaba

Pierwszy raz na Wszystko Co Najważniejsze?

Aby nie ominąć istotnych tekstów, raz w tygodniu w niedzielę rano wysyłamy newsletter. Zapraszamy do zapisania się:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam