
Cyfrowe euro – rewolucja, która (być może) nie nadejdzie
Europejski Bank Centralny pracuje nad cyfrową wersją wspólnej waluty. Projekt jest zaawansowany technicznie, kosztowny i politycznie zablokowany. Co tak naprawdę stoi za ambicją i barierami stworzenia nowego pieniądza ery cyfrowej? – pisze Marcin ZARZECKI
.Historia cyfrowego euro to właściwie opowieść o próbie zachowania państwowej kontroli nad pieniądzem w erze, gdy granice między sektorem publicznym a prywatnym, między suwerennością a efektywnością stają się płynne. Przez wieki władza nad kreacją pieniądza była jedną z prerogatyw państwa. Gotówka – dotykalne, fizyczne banknoty i monety – pozostawała namacalnym symbolem władzy. Ale co w sytuacji, gdy pieniądz staje się sekwencją bitów? Gdy płatności odbywają się w aplikacjach kontrolowanych przez firmy z Doliny Krzemowej lub Shenzhen? Zmienia się nie tylko system wymiany pieniężnej, ale rekonfigurują się system społeczny i system polityczny.
Cyfrowa waluta banku centralnego (CBDC) nie jest kryptowalutą. Nie jest też prywatnym tokenem emitowanym przez korporacje technologiczne. Jest prawnym środkiem płatniczym, emitowanym przez bank centralny, denominowanym w walucie narodowej i objętym pełną odpowiedzialnością państwa.
W grudniu 2024 roku prezes Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde ogłosiła, że projekt cyfrowego euro wchodzi w finałowy etap przygotowań. Brzmi dobrze. Rzeczywistość, jak zwykle, jest bardziej skomplikowana. Projekt utknął w impasie politycznym. Państwa członkowskie zwlekają z niezbędnymi regulacjami, banki obawiają się utraty depozytów, a społeczeństwo – choć w 66 proc. deklaruje zainteresowanie – wyraża głębokie wątpliwości dotyczące kwestii prywatności. Historia cyfrowego euro to fascynujące studium tego, jak techniczna idea może ulec politycznym lękom i interesom ekonomicznym. To także narracje o marzeniu zachowania suwerenności monetarnej w świecie, w którym płatności cyfrowe zdominowały amerykańskie karty kredytowe i chińskie superaplikacje.
.W październiku 2020 roku EBC opublikował pierwszy raport o cyfrowym euro. Dokument był pełen zastrzeżeń, ale przesłanie było klarowne – Europa nie może pozwolić sobie na bierność wobec cyfrowej transformacji pieniądza. Użycie gotówki w strefie euro systematycznie maleje – pandemia ten proces jeszcze przyspieszyła. Według najnowszych danych SPACE 2024 21 proc. transakcji konsumenckich odbywa się już online, gdzie banknoty są bezużyteczne. Młodsze pokolenia w ogóle przestają nosić portfele. Ale to nie tylko kwestia wygody konsumentów. Kluczowy jest kontekst geopolityczny. W całej strefie euro nie istnieje jeden powszechnie używany europejski system płatności cyfrowych. Dominują amerykańskie Visa i Mastercard, w 15 z 20 krajów strefy euro nie funkcjonuje żaden krajowy system płatności w sklepach. Nasz europejski paradoks – wspólna waluta, ale rozdrobniona, zależna od zagranicznych gigantów infrastruktura płatnicza. I najważniejsze – Chiny. Chiński e-juan to dziś największy program pilotażowy CBDC na świecie. Do czerwca 2024 roku wartość transakcji osiągnęła 7 bilionów juanów (986 miliardów dolarów), obejmując 17 regionów/prowincji (province-level regions/provincial regions). To niemal czterokrotny wzrost w ciągu roku.
Czym właściwie jest cyfrowe euro? Cyfrowe euro miałoby być zobowiązaniem Europejskiego Banku Centralnego – tak jak banknot – ale w formie elektronicznej. To fundamentalna różnica wobec pieniędzy, które mamy dziś na kontach bankowych. Te są zobowiązaniami banków komercyjnych, nie banku centralnego. Kluczowa jest też funkcjonalność offline. EBC pracuje nad rozwiązaniem, które pozwoliłoby na płatności bezpośrednio między dwoma smartfonami bez połączenia z internetem, bez pośredników, bez możliwości śledzenia transakcji przez bank centralny. To coś, czego żaden istniejący system płatności cyfrowych nie oferuje. W teorii – prywatność gotówki połączona z wygodą transakcji.
Od listopada 2023 roku trwa dwuletnia „faza przygotowawcza” projektu. To precyzyjnie zaplanowana operacja. W styczniu 2024 EBC ogłosił pięć przetargów na dostawców komponentów technologicznych o łącznej maksymalnej wartości umów ramowych przekraczającej miliard euro. Wybrane firmy mają stworzyć system wykrywania oszustw (237 milionów euro), aplikacje dla dostawców usług płatniczych (154 miliony), instrument płatniczy offline (662 miliony) i inne kluczowe elementy infrastruktury. Całkowity koszt projektu do pierwszej emisji w 2029 roku? Około 1,3 miliarda euro. Kolejne koszty operacyjne to 320 milionów rocznie. Mamy tu co prawda rozbieżności między prognozami EBC i PwC, ale to i tak gigantyczne wydatki, które EBC porównuje do kosztów produkcji i dystrybucji banknotów. Argument jest prosty: cyfrowe euro, podobnie jak banknoty, to dobro publiczne, za które społeczeństwo płaci poprzez tzw. seniorat – dochód z emisji pieniądza.
Równolegle powstaje „rulebook” – księga zasad, standardów i procedur, która ma zagwarantować, że cyfrowe euro będzie działać jednolicie w całej strefie. Rulebook Development Group, złożona z przedstawicieli konsumentów, sprzedawców, banków i dostawców płatności, przepracowała ponad 2500 komentarzy do pierwszej wersji dokumentu. Jedna z najbardziej kontrowersyjnych kwestii brzmi prosto: ile cyfrowego euro może posiadać jeden użytkownik? To pytanie tylko z pozoru techniczne. W rzeczywistości dotyczy fundamentów systemu finansowego.
.Europejski Bank Centralny obawia się scenariusza, w którym obywatele masowo przenoszą oszczędności z kont bankowych do cyfrowego euro – bezpieczniejszego, gwarantowanego przez bank centralny, dostępnego bezpłatnie. Taki odpływ depozytów mógłby zdestabilizować sektor bankowy, który te depozyty wykorzystuje do udzielania kredytów. Dlatego planowane są limity i brak oprocentowania. Ale jaki limit? Zbyt niski – i cyfrowe euro stanie się bezużyteczne. Zbyt wysoki – i banki komercyjne stracą finansowanie. EBC pracuje nad metodologią kalibracji, biorąc pod uwagę doświadczenie użytkowników, stabilność finansową i skuteczność polityki pieniężnej. To balansowanie na linie między różnymi interesami, które może zadowolić wszystkich albo nikogo.
Cyfrowe euro będzie chronić prywatność tak jak gotówka, powtarza EBC niczym mantrę. W transakcjach offline rzeczywiście szczegóły transferu pieniężnego znają tylko płatnik i odbiorca. Problem w tym, że według najnowszych badań 58 proc. konsumentów strefy euro nie ufa płatnościom cyfrowym właśnie z powodu obaw o prywatność. Trudno się dziwić. W Chinach e-juan jest narzędziem kontroli państwa nad obywatelami. Każda transakcja może być śledzona, analizowana, wykorzystana do oceny „kredytu społecznego”. EBC zapewnia, że europejski model będzie inny, że funkcjonalność offline zagwarantuje anonimowość, że demokratyczne instytucje UE nie pozwolą na nadużycia. Ale to jedynie deklaracje. W praktyce każdy system może być wykorzystany wbrew pierwotnym intencjom. A historia uczy, że władza – nawet demokratyczna – rzadko rezygnuje dobrowolnie z narzędzi kontroli.
Jeśli projekt cyfrowego euro ma wroga, to jest nim paradoksalnie sektor bankowy. Ten sam, który miałby je dystrybuować i obsługiwać. Obawy banków są nawet zrozumiałe. Według szacunków PwC, przygotowanych na zlecenie europejskich banków, koszty wdrożenia cyfrowego euro mogą sięgnąć 18 miliardów euro. EBC ripostuje własnymi obliczeniami – 4-5,77 miliarda w ciągu czterech lat. To ogromna rozbieżność, która odzwierciedla głębszy konflikt, ponieważ banki widzą w cyfrowym euro zagrożenie dla swojego modelu biznesowego. Oto państwo – poprzez bank centralny – oferuje bezpłatne, bezpieczne konta cyfrowe. Po co więc trzymać pieniądze w banku komercyjnym, który pobiera opłaty, może zbankrutować i wykorzystuje nasze depozyty do własnych interesów? Nawet jeśli EBC wprowadzi limity, psychologiczny efekt może być znaczący. Banki już teraz tracą klientów i dane na rzecz Apple Pay, Google Pay i innych fintechów. Cyfrowe euro mogłoby być dla banków szansą, nie zagrożeniem – pod warunkiem, że znajdą sposób na budowanie wartości dodanej wokół podstawowej infrastruktury, ale to wymaga wyobraźni i transformacji biznesowej. Radykalnej.
Jednym z głównych argumentów za cyfrowym euro jest odzyskanie europejskiej kontroli nad infrastrukturą płatniczą. W raportach EBC pojawia się niepokojące ostrzeżenie – cyfrowe euro może zagrozić w pierwszej kolejności lokalnym europejskim systemom płatniczym. W Polsce mamy BLIK – niezwykle popularny, rodzimy system mobilnych płatności. Podobne rozwiązania istnieją w innych krajach. Czy cyfrowe euro wzmocni te inicjatywy, czy raczej je wypchnie z rynku? I co z ryzykiem, że ostatecznie to właśnie amerykańskie Apple Pay i Google Pay staną się głównymi interfejsami do cyfrowego euro, pozostawiając europejskim podmiotom jedynie koszty obsługi technicznej? To pytania, na które EBC nie ma jeszcze dobrych odpowiedzi.
.Cyfrowe euro to próba odpowiedzi na zasadnicze kwestie. Czy publiczny pieniądz cyfrowy wzmocni demokrację, dając obywatelom dostęp do bezpiecznego środka płatniczego? Czy może stanie się narzędziem niebezpiecznej centralizacji władzy, przekształcając każdą transakcję w instrument kontroli? Odpowiedź na te pytania zależy przede wszystkim od polityki, od architektury instytucjonalnej, od tego, czy demokratyczne społeczeństwa będą w stanie ustanowić skuteczne mechanizmy zabezpieczeń. Ale by to zademonstrować, cyfrowe euro musi najpierw powstać.
To nie będzie proste. Według Atlantic Council 137 krajów na świecie bada możliwość wprowadzenia własnych CBDC. Z nich tylko trzy – Bahamy, Jamajka i Nigeria – faktycznie uruchomiły swoje cyfrowe waluty. Także w Polsce pytanie o cyfrową wersję złotego coraz częściej pojawia się w przestrzeni publicznej. Słusznie, gdyż pieniądz nigdy nie był jedynie neutralnym narzędziem wymiany, ale zawsze instytucją społeczną, nośnikiem zaufania i symbolem państwowości. Polska ma szczególne doświadczenie historyczne związane z pieniądzem, inflacją i utratą zaufania do instytucji. To zobowiązuje do ostrożności. Potencjalny e-złoty nie powinien być projektem ideologicznym ani technologiczną demonstracją siły. Powinien być efektem szerokiej debaty ekonomicznej, prawnej i społecznej. Bank centralny musi pozostać strażnikiem stabilności, a nie architektem inżynierii społecznej. Jednocześnie państwo nie może uciekać przed wyzwaniami epoki cyfrowej.
.Europa, z jej zaawansowaną technologią, silną walutą i rynkami finansowymi, teoretycznie powinna być liderem tej rewolucji. W praktyce może stać się jej ofiarą, i to nie z powodu braku kompetencji technicznych, ale z powodu politycznej niezdolności do podjęcia decyzji. To właśnie jest najbardziej pouczające w całej tej historii. Cyfrowe euro może nie powstać dlatego, że jest pomysłem wymagającym zgody politycznej, zawieszenia różnych interesów i wiary w projekt europejski, które w dzisiejszej Europie są coraz trudniejsze do znalezienia. Zatem debata o cyfrowej walucie nie jest dziś technologiczną ciekawostką ani futurystycznym eksperymentem. Jest pytaniem o suwerenność, o zaufanie społeczne do pieniądza oraz o to, czy w świecie platform, algorytmów i fintechów wspólnoty narodowe zachowają realną kontrolę nad jednym z podstawowych filarów ładu społecznego – systemem monetarnym.





