Nigel GOULD-DAVIES: Koronawirus radykalnie przyspieszył tempo świata

Koronawirus radykalnie przyspieszył tempo świata

Photo of Nigel GOULD-DAVIES

Nigel GOULD-DAVIES

Analityk International Institute for Strategic Studies specjalizujący się w tematyce rosyjskiej. B. ambasador Wielkiej Brytanii na Białorusi. Autor „Tectonic Politics: Global Political Risk in an Age of Transformation”.

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Próba otrucia Aleksieja Nawalnego i jego późniejsze aresztowanie pokazują, że rosyjski system władzy staje się coraz bardziej opresyjny i nerwowy – mówi Nigel GOULD-DAVIES w rozmowie z Agatonem KOZIŃSKIM

Agaton KOZIŃSKI: – Jak pandemia zmieni rytm, w którym rozwija się globalizacja?

Nigel GOULD-DAVIES: – To pytanie wszyscy sobie zadajemy, odkąd się okazało, że COVID-19 zagraża w jednakim stopniu całemu światu. Na pewno pandemia skomplikowała globalizację, bo z jej powodu gwałtownie zahamowały najróżniejsze przepływy między poszczególnymi krajami. Najbardziej to widać na przykładzie przepływu osób, ale ograniczenia dotknęły też handlu czy inwestycji.

Ograniczenia wprowadzone z powodu koronawirusa odbiły się też na globalizacji – a jednocześnie wzmocniły pozycję poszczególnych rządów, które zaczęły kontrolować w większym stopniu działalność gospodarczą. W tym sensie możemy zacząć mówić o tym, że zaczęła się deglobalizacja.

– Z drugiej strony nowoczesne technologie wykorzystujące ponadnarodowe powiązania nigdy nie miały się lepiej. Sam fakt, że rozmawiamy za pośrednictwem Skype’a, najlepiej to potwierdza.

– Zgadza się. Poziom inwestycji w technologie, które zastępują ludzi, bardzo wzrósł. W końcu komputery czy inne urządzenia elektroniczne nie chorują. Pod tym względem pandemia okazała się dopalaczem historii, przyspieszyła globalne przemiany. Wygląda na to, że rok zmagania się z koronawirusem przyspieszy tempo przemian na świecie o 10, a może nawet 20 lat. Ale w tym czasie doszło też do naruszenia istniejących do tej pory na świecie linii uskoku – a to w dłuższej perspektywie obecnej globalizacji zaszkodzi w poważnym stopniu. Zobaczymy, jak na to zareagują Zachód i Chiny. Na to jeszcze nakładają się zmiany, które przyniosła pandemia. Stała się ona źródłem braku zaufania, napięć i rywalizacji. Od samego jej początku zaczęło się szukanie winnych, kto właściwie za nią odpowiada. Pogłębiła ona konflikt między USA i Chinami.

– Nowa dekada XXI wieku zaczęła się od kryzysu, wzrostu napięcia, niepewności. Jak ona będzie wyglądała? Właśnie wydał Pan książkę Polityka tektoniczna, w której opisuje Pan źródła potencjalnych konfliktów współczesnego świata. Czym trzecia dekada obecnego stulecia będzie się różnić od drugiej?

– W tytule tej książki użyłem metafory geologicznej. Chodzi mi o płyty tektoniczne. Są one ukryte głęboko pod powierzchnią ziemi, mało aktywne – ale gdy nagle zaczynają się poruszać, stają się przyczyną potężnych wstrząsów. Dziś jesteśmy w podobnej sytuacji. Widać narastające powoli procesy, które mogą przynieść gwałtowny efekt, drastycznie zmieniając znany nam krajobraz.

– Co jest najważniejszą płytą tektoniczną dziś?

– Wzrost znaczenia Chin na świecie. To powoduje napięcia, staje się przyczyną konfrontacji. Jednocześnie obserwujemy odrodzenie się Rosji.

– Odrodzenie? W 2020 r. wpływy Moskwy ze sprzedaży ropy i gazu spadły o ponad 40 proc.

– W większości kategorii, którymi mierzy się siłę poszczególnych krajów, Rosja słabnie – widać to szczególnie w kwestiach finansowych. To państwo przegrywa w globalnej rywalizacji gospodarczej.

– Rosja ma też fatalne wskaźniki demograficzne. W roku 2020 liczba jej mieszkańców zmniejszyła się o pół miliona.

– Od właściwie dekady Rosja znajduje się w stagnacji – a sankcje nałożone na ten kraj przez Zachód sytuację jeszcze pogarszają.

– A Pan mówi o „odrodzeniu”.

– Bo równolegle do tego procesu Rosja staje się coraz bardziej asertywna i nieprzewidywalna – a przez to coraz groźniejsza. I ten stan rzeczy będzie się pogłębiał w miarę, jak będziemy się zbliżać do terminu kolejnych wyborów prezydenckich.

– Zaplanowano je na 2024 r.

– Ale już teraz te wybory mają wpływ na niemal każdy aspekt polityki Kremla, także na politykę zagraniczną. I teraz proszę zwrócić uwagę na to, jak rozwija się sytuacja. W ostatnim czasie doszło do pogorszenia relacji między Ameryką i Chinami, między Europą i Chinami, a także między Ameryką i Europą. Z kolei relacje Moskwy i Pekinu są złe od mniej więcej lat 60. poprzedniego wieku. Relacje Moskwy i Waszyngtonu wyglądają źle od bardzo dawna. Wymieniam to wszystko po to, by pokazać, w jak bardzo nieprzewidywalnym świecie zaczęliśmy żyć.

– Dodatkowo jeszcze dla Moskwy sprawy uległy komplikacji z powodu trwających miesiącami protestów na Białorusi. Był Pan brytyjskim ambasadorem w Mińsku. Jakich konsekwencji tych protestów Białorusinów Pan się spodziewa?

– Proszę zwrócić uwagę, w jaki sposób Kreml reaguje na te protesty. Gdy tylko one wybuchły po sfałszowanych wyborach prezydenckich w sierpniu, rosyjskie komentarze były bardzo oszczędne. Te, które się pojawiły – głównie w mediach – wyrażały sympatię dla protestujących Białorusinów. Dopiero po jakimś czasie głos zabrał Putin, jasno mówiąc, że on wspiera Łukaszenkę. Zresztą widać, że protestujący Białorusini też nie chcą konfliktów z Rosją. Żądają odejścia Łukaszenki, ale jednocześnie nie chcą dokonać proeuropejskiego zwrotu.

– Tu widać największą różnicę w porównaniu z analogicznymi protestami na Ukrainie czy w Gruzji. W Kijowie, w Tbilisi widać było flagi UE – w Mińsku ich nie ma.

– Bo też większość Białorusinów czuje sympatię do Rosji – to ich odróżnia od Ukraińców czy Gruzinów. Natomiast nie ma pewności, czy dobre relacje z Białorusinami chce mieć Rosja. Dla Kremla cała sytuacja w Mińsku jest źródłem poważnych kłopotów. Putin przygotowuje się już do kolejnych wyborów prezydenckich. Widząc, w jaki sposób Białorusini zareagowali na fałszerstwa wyborcze, obawia się, że te protesty ośmielą Rosjan do podobnych wystąpień przy okazji wyborów prezydenckich w 2024 roku.

– Putin widzi zdarzenia na Białorusi jako prequel tego, co się może dziać przy okazji wyborów w Rosji?

– Tak – i bardzo się tego obawia. Dlatego też obserwujemy zaostrzenie polityki wewnątrz Rosji, czego przykładem były choćby próba otrucia Aleksieja Nawalnego, jego późniejsze aresztowanie czy prześladowania jego współpracowników. Widać, że rosyjski system władzy staje się coraz bardziej opresyjny i nerwowy. Co zresztą pozornie jest nielogiczne, przecież władza Kremla jest mocna, a społeczeństwo słabe. Mimo to obóz rządzący Rosją reaguje zdecydowanie. Wyraźnie nie chce, żeby w jego bliskiej zagranicy narodził się pokojowy ruch obywatelskiego sprzeciwu zdolny do odsunięcia od władzy dyktatora sprawującego władzę od 26 lat.

– Wcześniej Pan podkreślił, że Rosja staje się coraz mniej przewidywalna. Jakie mogą być tego konsekwencje?

– Już od dłuższego czasu Rosja zachowuje się w sposób, którego wcześniej nikt nie umiał przewidzieć. Choć też widać, że Moskwa stara się narzucać inicjatywę, realizować własną agendę. Tak wyglądała jej polityka choćby w Syrii czy na Ukrainie. Ale to, co Rosjanie zrobili w tych krajach, to jedno. Warto zwrócić uwagę jeszcze na to, w jaki sposób dokonywali oni kalkulacji zysków i strat przy tych działaniach.

– Na co Pan zwrócił uwagę?

– Przyjrzyjmy się temu na przykładzie próby otrucia Siergieja Skripala. Ten były oficer rosyjskiego wywiadu żył sobie po cichu w Wielkiej Brytanii po tym, jak został wymieniony za rosyjskich szpiegów aresztowanych w USA. Ale w pewnym momencie w Moskwie zapadła decyzja o wysłaniu dwóch zabójców, którzy mieli go otruć nowiczokiem. To się nie udało, Skripal przeżył. Ale najbardziej tu zastanawia sposób działania tych wysłanników. Człowieka można zabić na wiele sposobów – ale oni wybrali taki, który jednoznacznie wskazywał na to, że stoją za tym rosyjskie służby.

– Bo to miało być zabójstwo, ale też prowokacja.

– Dokładnie. Skąd taka decyzja? Dlaczego Kreml uznał, że warto wysłać tych dwóch ludzi z Rosji do Salisbury, by tam otruli Skripala? Tu nie było przypadku.

Podobnie wyglądała próba otrucia Nawalnego, również nowiczokiem. W tych działaniach widać mnóstwo sprzeczności. Ale jedno wydaje się jasne: Rosjanom kompletnie nie zależy na opinii, w ogóle nie zwracają uwagi na to, co myślą o nich inni.

– Na tej zasadzie za chwilę możemy mieć kolejny Krym.

– Akurat aneksji Krymu Putin dokonał przede wszystkim ze względu na politykę wewnętrzną. I to przyniosło efekt – w latach 2014–2015 Putin cieszył się największą popularnością w kraju.

– Teraz jego popularność znalazła się na poziomie niższym niż przed zajęciem Krymu.

– A Rosja zachowuje się coraz bardziej nieprzewidywalnie – i ta nieprzewidywalność sprawia, że na Zachodzie są tak duże problemy ze zrozumieniem jej sposobu myślenia. Osobiście spodziewałbym się teraz ze strony Kremla działań, które by pozwoliły zniszczyć albo przynajmniej osłabić wiarygodność art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Może do tego dojść poprzez jakąś formę ataku na jedno z państw nadbałtyckich. Jeśli NATO nie zdoła wtedy zareagować zgodnie z zasadą o kolektywnej obronie zapisanej w artykule 5, to podważyłoby zaufanie do Sojuszu w wielu krajach, przede wszystkim Europy Środkowej.

– A jaka byłaby reakcja NATO?

– Widać, że Sojusz jest coraz bardziej zaniepokojony polityką Rosji. Na szczycie po zajęciu Krymu podjął decyzje o wzmocnieniu flanki wschodniej – i ówczesne uzgodnienia poszły dalej niż zakłada Moskwa.

– Z kolei po agresji Rosji na Gruzję w 2008 r. mieliśmy rok później wielki reset w relacjach z USA. Teraz amerykańskim prezydentem jest ówczesny wiceprezydent Joe Biden. Jaka będzie jego polityka wobec Moskwy?

– Wydaje mi się, że Biden już rozumie, że resety nie przynoszą efektu. Spodziewam się po nim bardziej spójnej polityki wobec Rosji oraz bliższej współpracy w tej sprawie z tradycyjnymi sojusznikami, przede wszystkim w ramach NATO. Amerykański prezydent w ten sposób będzie odwracać zmiany w polityce zagranicznej USA, które wprowadził Donald Trump.

– Wcześniej wspomniał Pan, że Chiny mają coraz gorsze relacje z USA oraz z Europą. Czy w związku z tym Chiny są skazane na współpracę z Rosją?

– Ten trend był widoczny jeszcze przed zajęciem Krymu. W 2012 r. Putin ponownie został prezydentem. Napisał wtedy artykuł, w którym wezwał do bliższej współpracy z Chinami – i widać, że od tamtej pory ta kooperacja przyspieszyła. Dziś jest najmocniejsza od wielu lat, ostatni raz te państwa tak blisko ze sobą współpracowały w latach 50. poprzedniego wieku. Już sam ten fakt mówi bardzo dużo.

Proszę zwrócić uwagę, z jak dużym szacunkiem i respektem Xi Jinping wyraża się o Rosji. Oba kraje zbliża współpraca wojskowa i wywiadowcza. Ale też są granice tego szacunku. W kwestiach gospodarczych widać to zdecydowanie mniej. W tych sprawach Chiny są bardzo twardym graczem.

– Ale czy Chiny i Rosja mogą chcieć stworzyć coś, co stałoby się przeciwwagą dla NATO?

– Nie spodziewam się, aby oba te kraje zdecydowały się na pełny sojusz. Rosja zbytnio obawia się tego, że zostałaby zdominowana przez silniejsze ekonomicznie Chiny.

– PKB Chin jest ponad siedem razy większe niż Rosji.

– Właśnie. Obawę przed chińską dominacją widać bardzo wyraźnie. To nie przypadek, że w Rosji już kilka razy zdarzały się sytuacje aresztowania osób podejrzewanych o szpiegowanie na rzecz Chin. Warto zwracać na to uwagę, ponieważ na Zachodzie słychać argumenty przemawiające za tym, by przyjąć bardziej łagodny kurs wobec Rosji, bo w przeciwnym wypadku Moskwa zacznie blisko kooperować z Pekinem. To niebezpieczna logika.

– W swojej książce opisuje Pan płyty tektoniczne współczesnego politycznego świata, które coraz mocniej zderzają się ze sobą. Które z tych przesunięć tektonicznych jest dla nas szczególnie groźne?

– Chiny. Ich gospodarka jest coraz silniejsza; to państwo będzie coraz bardziej niebezpieczne – w każdym wymiarze: ekonomicznym, ale też wojskowym. W centrum uwagi znajdą się relacje między Pekinem i Tajpej. Teraz Chiny skupiają się na Hongkongu, próbując zlikwidować ostatnie przejawy autonomii tego miasta. Zakładam, że następnym krokiem będą działania wobec Tajwanu. Generalnie nie mam wątpliwości, że obecna dekada będzie dużo bardziej niebezpieczna niż ta, która właśnie się skończyła. Na całym świecie pogłębia się „luka kooperacyjna”, która dziś jest największa od zakończenia II wojny światowej.

– Czym jest ta luka? Jakie będą jej konsekwencje?

– Chodzi o to, że państwa mają coraz mniej powodów do tego, żeby ze sobą współpracować. Dziś takim obszarem jest walka z pandemią i ze zmianami klimatycznymi. Ale jednocześnie widzimy, jak bardzo słabną tradycyjne sojusze. Obserwujemy atak na koncepcję multilateralizmu. Znaczenie organizacji międzynarodowych jest nieustannie podważane przez Chiny czy Rosję, które rzucają wyzwanie dominującej sile, czyli Stanom Zjednoczonym. To sprawia, że rozbiciu ulegają tradycyjne reguły współpracy międzynarodowej. Luka kooperacyjna się powiększa. I to bardzo niepokoi.

Rozmawiał Agaton KOZIŃSKI
Tekst ukazał się w nr 27 miesięcznika opinii “Wszystko co Najważniejsze” [LINK].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 13 stycznia 2022