Paulina MATYSIAK: Historia jednego tweeta, albo co to są feminatywy

TSF Jazz Radio

Historia jednego tweeta, albo co to są feminatywy

Paulina MATYSIAK

Filolożka i filozofka. Członkini zarządu krajowego Partii Razem.

zobacz inne teksty autora

Czy w jednym tweecie można zawrzeć przekaz, który poruszy serca jednych, a rozjuszy drugich? Jak wiele można zawrzeć w skondensowanej formie tej ulotnej wiadomości, jaką jest tweet? – pisze Paulina MATYSIAK

Jak się okazuje wiele, nawet jeśli nie to konkretnie było celem. Mój tweet o treści: „Filolożka, doktorka, reżyserka, ministra, polityczka, prezydentka, filozofka, posłanka… Tak, są takie wyrazy. Tak, można ich używać. A nawet trzeba, bo będzie to świadczyć o równouprawnieniu kobiet w zakresie wykonywania zawodów i piastowania funkcji” wzbudził wiele emocji i kontrowersji.

.Dla jednych, jak Maria Wanke-Jerie, było to naśmiewanie się z kobiet i feminizmu sprawdzanego tylko do końcówek: „Antropolożka, scenografka teatralna polityczka adwokatka burmistrzyni filolożka profesorka nadzwyczajna redaktorki naczelnej zastępczyni architektka, ekspertka, marszałkini, premierka… To przecież nagrywanie się z kobiet, a nie równouprawnienie. I kaleczenie języka”. Żeńskich końcówek nie używa także Bogumiła Mirosławska „Durne to. Ja jestem lekarzem i dziennikarzem i tak zostanie. I czuję absolutnie równie uprawniona do wykonywania tych zawodów jak mężczyźni. Drogie feministki, nie ośmieszajcie kobiet tymi pustosłowiami.”

Sam pomysł, że używanie feminatywów będzie świadczyć o równouprawnieniu wyśmiał Rafał Ziemkiewicz: „Niekoniecznie, ale jest poślica, politykierka, doktorzyca, celebrycica, doktrynerzyca, feminazistka – nie zapominałbym też o starej, ale wiecznie aktualnej «ciotce rewolucji»”. I dodał dalej „ja bym nawet rzekł, że nazywanie kobiet oficerkami, kierownicami, kosiarkami, dyplomatkami etc. to ich uprzedmiotowianie”. W podobnym zresztą tonie wypowiedział się Stanisław Żerko: „Nie. Nie będzie “świadczyć”. Przeciwnie: ośmiesza ideę (którą popieram od dawna) równouprawnienia kobiet.”

Z kolei dla innych użytkowniczek i użytkowników Twittera żeńskie końcówki to przykład normalnego używania języka. Użytkowniczka @arbuzolo napisała: „Ale proszę nie mówić za ogół kobiet i wypowiadać się w ich imieniu, jest masa kobiet, które używają feminatywów i chcą, by weszły w mowę potoczną (i nie tylko). Są wypaczeniem? A to dlaczego? Panie nie zgadzają się z feminizmem, bo prawdopodobnie nie wiedzą, na czym to polega.”

Podobne stanowisko zajęła Dorota Łoboda „Dla wszystkich, którzy uważają, że żeńskie końcówki to wymysł współczesnych feministek – wycinki z prasy z dwudziestolecia międzywojennego. Wtedy żeńskie nazwy zawodów były w powszechnym użyciu i nikomu nie przeszkadzały” dzieląc się z użytkownikami kolażem wykonanym z wycinków z nazwami kobiecych zawodów. Można znaleźć tam takie określenia jak: ochroniarki, bojowniczki, strzelczyni, milicjantki, legjonistki, wywiadowczynie, czy komendantki. Dziś zapewne niektóre z tych określeń wzbudzają uśmiech politowania – na szczęście tylko na twarzach niektórych użytkowników języka.

Emocje, liczby, komentarze i odniesienia odsuńmy na bok i zajmijmy się treścią.

Feminatywy

.Feminatywy to nic innego jak określenie rzeczowników rodzaju żeńskiego, które utworzono od rzeczowników męskich, dodając do nich wykładnik żeńskości, czyli potocznie zwane „żeńskie końcówki”. To właśnie te wszystkie określenia kobiet ze względu na przysługujący im tytuł, pełnioną funkcję, zajmowane stanowisko czy wykonywany zawód wzbudziły emocje wśród użytkowniczek i użytkowników Twittera.

Język polski jest androcentryczny. Bez problemu można wskazać niesymetryczność w zakresie słowotwórstwa nazw zawodów wykonywanych przez kobiety. Mimo że sytuacja zawodowa i społeczna kobiet niewątpliwie zmieniła się na przestrzeni ostatnich kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu lat, to znajduje ona niewielkie odbicie w strukturach języka. Potwierdzeniem tego faktu jest niepopularność żeńskich określeń większości prestiżowych stanowisk i funkcji (rektor – rektorka, premier – premierka).

Co ciekawe, na przełomie wieków XIX i XX, a także w okresie II RP, żeńskie końcówki były w użyciu, zachęcano do nich i protestowano przeciwko maskulinizacji języka (można potwierdzić ten fakt chociażby w „Poradniku Językowym” z 1904 roku, w którym opublikowano protest czytelników „przeciwko gwałceniu języka polskiego i łączeniu z nazwiskami żeńskimi tytułu Dr. (Doktor) zamiast Drka (Doktorka)”).

Tak naprawdę to dopiero PRL zaczął poważnie rugować żeńskie końcówki w imię postępu i – uwaga! – dowartościowania społecznego kobiet.

Współcześnie dyskusja o feminatywach trwa, choć oczywiście zdania są podzielone.

Filolog czy filolożka?

.Jednym z wymiarów równości (ale nie jedynym) jest widoczność kobiet w języku, dlatego ja opisując siebie wybiorę zawsze drugą formę – jest dla mnie oczywista. Byłam uczennicą i studentką, kiedy pracowałam w bibliotece byłam bibliotekarką, a kiedy w urzędzie – urzędniczką i inspektorką.

Wracając jednak do tweeta, od którego zaczęła się cała „dyskusja”, muszę przyznać, że nie spodziewałam się, że temat zdawałoby się oczywisty, wywoła taką burzę. Prawie tysiąc odpowiedzi na samym Twiterze, artykuły prasowe (chociażby felieton konserwatywnego Pawła Kowala, w którym poparł moje stanowisko) i posty na innych portalach społecznościowych. Do tego w zasadzie przykra konkluzja, że niewielki ich procent odnosi się merytorycznie do tematu.

Podzieliłam wypowiedzi dotyczące mojego wpisu na cztery główne zbiory tematyczne wynikające ze sposobu argumentacji.

Argument z estetyki: nazwy żeńskich zawodów brzmią koszmarnie. Można uznać to za kaleczenie języka i jednocześnie naigrywanie się z kobiet i ich ośmieszanie.

Przede wszystkim nie wszystkie nazwy żeńskich zawodów wzbudzają negatywne emocje. Z wieloma nazwami jesteśmy obeznani i osłuchani: pielęgniarka, nauczycielka, lekarka, przedszkolanka, sprzątaczka, woźna, policjantka. Brak męskich odpowiedników takich nazw jak „niania” czy „przedszkolanka” wynika z efektu przypisywania konkretnym płciom określonych ról społecznych.

Argument z równouprawnienia: poprawne nazewnictwo nie ma nic wspólnego z realnym równouprawnieniem.

Używanie żeńskich końcówek w nazwach zawodów nie musi przecież oznaczać braku działań na innych polach, na których dochodzi do nierówności. Dalej należy dążyć do wyrównywania płacy za tę samą pracę wykonywaną przez kobiety i mężczyzn, czy niwelowania zjawisk takich jak „szklany sufit” czy „lepka podłoga”.

Argument z naturalnej ewolucji języka: zmiany w języku muszą zajść naturalnie, a nie wprowadzone siłą.

Zgadzam się, że żadne zmiany wprowadzone np. uchwałą Rady Języka Polskiego nie zmienią przyzwyczajeń użytkowniczek języka polskiego. A zmiany w języku zachodzą nieustannie – coraz więcej kobiet używa feminatywów i nie ma problemu z tym, by określać się jako doktorki, profesorki, gościnie, posłanki, filozofki, psycholożki, czy filolożki. To jak wygląda obecnie język polski jest efektem tego, jak kształtowały i kształtują go historia, mody, wpływy. Zmiany nigdy nie dokonują się samoistnie, ale wynikają z tego, że pewne grupy o nie walczą. W tym przypadku – zachęcają do używania i same używają określonych nazw zawodów i funkcji.

Argument z podkreślenia różnicy: żeńskie końcówki nie podkreślą równouprawnienia, tylko różnice.

To jest właśnie celem używania feminatywów – pokazać, że kobiety także mogą być strażaczkami, prezydentkami, informatyczkami, profesorkami czy muzyczkami. Dlaczego płeć na poziomie językowym miałaby nie być widoczna? W wielu nazwach zawodów jest widoczna (wspomniane wcześniej sprzątaczki, nauczycielki, czy pielęgniarki) i nikt nie kruszy o to kopii. Jesteśmy przyzwyczajeni do tych określeń i nie budzą naszej wątpliwości. Za jakiś czas prezydentki i filolożki też nie będą nikogo dziwić.

.Poziom emocji, jakie wzbudziła dość oczywista konstatacja pokazuje, że temat feminatywów w języku polskim może być w kolejnych latach istotną osią społecznego sporu. Jak wskazują natomiast stanowiska zajęte przez przedstawicieli różnych stron politycznych spór ten nie będzie się pokrywał z tradycyjnymi podziałami politycznymi.

Paulina Matysiak

Pierwszy raz na Wszystko Co Najważniejsze?

Aby nie ominąć istotnych tekstów, raz w tygodniu w niedzielę rano wysyłamy newsletter. Zapraszamy do zapisania się:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam