
Kiedy państwo staje po stronie silniejszych, pracownicy zostają na lodzie
Polska nie jest krajem przedsiębiorców. Polska jest krajem pracowników – państwo, które nie potrafi ich chronić, traci wiarygodność. A polityka, która ogranicza się do deklaracji bez pokrycia, prędzej czy później zostanie rozliczona – pisze Paulina MATYSIAK
.W dominującym nurcie debaty publicznej w Polsce sporo słyszymy o potrzebie tzw. „wolnego wyboru” na rynku pracy. O tym, że każdy może być przedsiębiorcą i kowalem własnego losu, a umowy cywilnoprawne czy jednoosobowa działalność gospodarcza to same korzyści z elastycznością na czele. Bzdura. Problem polega na tym, że dla milionów Polek i Polaków to nie jest żaden wybór, lecz przymus narzucony przez realia rynku i nierównowagę między pracownikiem a pracodawcą.
Reforma Państwowej Inspekcji Pracy była tak ważna, bo dawała wreszcie państwu skuteczne narzędzie do reagowania tam, gdzie prawo jest w oczywisty sposób obchodzone. Jeśli ktoś pracuje jak pracownik – czyli pod kierownictwem, w określonych godzinach, w jednym miejscu, na rzecz jednego podmiotu – to nie jest żadna współpraca między „przedsiębiorcą” a inną firmą. To jest stosunek pracy, ale przykryty fikcyjnym samozatrudnieniem.
I właśnie ten podstawowy krok został zablokowany decyzją premiera Donalda Tuska, który pozostał obojętny na głos ludzi pracy i związków zawodowych. Reforma, zresztą i tak już wcześniej znacznie rozwodniona, okazała się dla niego „zbyt daleko idąca”. Dlaczego? To oczywiste – bo uderzała w interesy tych, którym premierowi i jego środowisku politycznemu zależy najbardziej. To nie żaden przypadek czy nieporozumienie, lecz konkretna decyzja ideologiczna w duchu bliskiego Koalicji 15 Października neoliberalizmu. Gdy dochodzi do konfliktu między prawami pracowniczymi a komfortem biznesu, to rządzące elity po raz kolejny wybierają status quo… nawet jeśli oznacza to dalsze tolerowanie patologii na rynku pracy.
.Warto też podkreślić jedno: ta reforma nie była niczyim politycznym kaprysem ani jakimś lewicowym eksperymentem. Wzmocnienie PIP było kamieniem milowym Krajowego Planu Odbudowy. Warunkiem, od którego zależała wypłata 11 miliardów euro z unijnych środków. Czy naprawdę w imię dogmatycznej wiary w deregulację i straszenia „krzywdą biznesu” rząd Donalda Tuska jest gotów ryzykować utratę takich pieniędzy? Trudno to nazwać odpowiedzialnym rządzeniem.
Miliony obywateli pracują dziś na umowach śmieciowych albo w ramach fikcyjnego samozatrudnienia. A co za tym idzie, muszą pogodzić się z brakiem urlopu, stabilności, ochrony w razie choroby czy ciąży i pojawienia się dziecka. Państwo zamiast stanąć po ich stronie, rozkłada ręce i mówi pracownikom jasno: radźcie sobie sami. Chcecie walczyć o zmianę tego na umowę o pracę? Proszę bardzo, droga wolna! Wolne (dosłownie) sądy zapraszają! Tylko że pracownik na śmieciówce rzadko ma czas, pieniądze i siłę, by przez lata walczyć z pracodawcą.
Do apelu o wzmocnienie PIP dołączają – ponad podziałami – związki zawodowe, które mówią wprost, że państwo jest dziś bezradne wobec fikcyjnych form zatrudnienia. Wiedzą to, bo widzą to codziennie w zakładach pracy: łamanie prawa, strach przed utratą dochodu, presję, by „nie robić problemów”.
PIP bez konkretnych uprawnień to instytucja fasadowa. Reforma miała to zmienić i skrócić drogę od stwierdzenia naruszenia prawa do prawdziwej zmiany sytuacji pracownika. Ale została przez rząd zatrzymana.
Postulat wzmocnienia PIP wyszedł oczywiście ze strony współrządzącej Nowej Lewicy. Włodzimierz Czarzasty, jej przewodniczący, jasno deklarował w mediach, że „dopóki Lewica jest w rządzie, nic pracownikom się nie stanie. Czas podnieść kompetencje PIP”. Dziś te słowa brzmią gorzko, bo reforma została zatrzymana, a w odpowiedzi słyszymy o „dialogu”, „nowym otwarciu” i „poszukiwaniu kompromisu”. Tylko że kompromis, który polega na tym, że pracownicy znów zostają z niczym, nie jest żadnym kompromisem. Zresztą o czym tu mówić, skoro sam premier „tę sprawę uważa za zamkniętą”?
Niezwykle symptomatyczna była sytuacja, kiedy publicznie zapowiadane spotkanie Włodzimierza Czarzastego z Donaldem Tuskiem w sprawie reformy nie doszło do skutku, bo premier… nie znalazł czasu. To dobitnie pokazuje hierarchię w tej koalicji. Pytanie brzmi: czy Nowa Lewica rzuci wyzwanie premierowi i będzie gotowa do stawiania twardych warunków, aby walczyć o własne ideały i program? Bez tego żadna prospołeczna zmiana się nie wydarzy. Czy lewicowa część rządu przyjmie bez zająknięcia zniewagę w tak ważnej dla siebie sprawie? Na razie poprzestaje na wyrażających oburzenie grafikach w mediach społecznościowych. I mocno trzyma się niedawnych słów lidera o tym, że „będzie twardym, lojalnym, przewidywalnym członkiem tej koalicji”.
.Skutki braku skutecznej ochrony pracowników widać w sytuacjach granicznych. Tak się złożyło, że niedawno złożyłam interpelację dotyczącą matek pracujących na umowach cywilnoprawnych i w ramach jednoosobowej działalności gospodarczej. Punktem wyjścia była historia kobiety, która nie z wyboru, lecz z przymusu rynkowego pracowała na JDG, będąc w ciąży, opłacała składki i korzystała ze zwolnienia lekarskiego, a mimo to – z powodu braku statusu osoby ubezpieczonej w dniu porodu i innych zawiłości urzędniczych – została pozbawiona zasiłku macierzyńskiego.
Wspominam o tym, ponieważ uważam ten przypadek za ilustrację systemu, w którym ochrona macierzyństwa poza etatem bywa iluzją. Fikcyjne samozatrudnienie i śmieciówki oznaczają nie tylko brak stabilności dziś, ale też ryzyko utraty bezpieczeństwa w kluczowych momentach życia. Dlatego rezygnacja z reformy PIP to nie tylko ukłon w stronę tych, którzy korzystają z obchodzenia prawa pracy, lecz także – i tu jestem skłonna postawić taką tezę – policzek wymierzony kobietom, które chciałyby założyć rodzinę.
Spór o PIP odsłania zresztą jeszcze jeden problem, czyli chaos podatkowo-składkowy, który premiuje omijanie etatu. Dopóki praca „na fakturze” bywa uprzywilejowana wobec pracy na umowę o pracę, dopóty presja na wypychanie ludzi w fikcyjne formy zatrudnienia będzie rosła. Dlatego potrzebujemy poważnej rozmowy o uporządkowaniu systemu, także w sprawie jednolitej daniny jako próby wyrównania zasad i ograniczenia arbitrażu, w którym jedni płacą pełne składki, a inni – dzięki różnym unikom – znacznie mniej.
.Polska nie jest krajem przedsiębiorców. Polska jest krajem pracowników – państwo, które nie potrafi ich chronić, traci wiarygodność. A polityka, która ogranicza się do deklaracji bez pokrycia, prędzej czy później zostanie rozliczona.




