„Beatelsi” Larsa Saabye CHRISTENSENA

Ta powieść ma dwie strony. Jak na płycie winylowej jest strona A i strona B, radosna i mroczna. Mam jednak nadzieję, że to książka optymistyczna i sławiąca muzykę The Beatles – powiedział norweski pisarz Lars Saabye Christensen, autor bestsellerowej powieści „Beatlesi”.
Bestsellerowa powieść, którą zna każdy fan The Beatles
„Beatlesi”, powieść po raz pierwszy wydana w 1984 r., to najpopularniejszy utwór Larsa Saabye Christensena, uznany w plebiscycie czytelników norweskiej gazety „Dagbladet” za najwybitniejszą książkę ostatniego ćwierćwiecza. „Czterech chłopaków z Oslo wkracza w dorosłość w momencie, gdy świat ogarnia Beatlemania. Kolejne etapy w życiu Gunnara, Seba, Oli i Kima wyznaczają albumy i single Wielkiej Czwórki z Liverpoolu. Ich codzienność wypełniają szkolne obowiązki, nadopiekuńczy rodzice i pierwsze przejawy buntu. Muzyka okazuje się językiem emocji, przyjaźń próbą lojalności, a młodość – nieodwracalnym doświadczeniem” – napisano na stronie powieści. W Polsce ukazały się także m.in. jego „Modelka”, „Półbrat”, „Magnes” i „Odpływ”.
Ma pan ulubionego Beatlesa?
Lars Saabye Christensen: Podziwiałem każdego z nich, ale najwyżej cenię Paula. To musi być bardzo trudne stworzyć tak wiele arcydzieł, mając ledwie dwadzieścia kilka lat. To prawie jak klątwa.
Miałem takie smutne wrażenie po zobaczeniu dokumentu „Get Back” – serialu z 2021 r. w reżyserii Petera Jacksona. Czterech kumpli z dzieciństwa wspólnie przechodzi przez cały ten zgiełk, światową sławę, histerię beatlemanii, nagrywają razem te wspaniałe albumy, ale nie potrafią już ze sobą żyć. Z trudem przebywają w jednym pomieszczeniu. Po prostu nie są w stanie przegadać tego, co między nimi narosło i co ich podzieliło. Czy to, że się rozpadli – w przeciwieństwie do The Rolling Stones – czyniło ich właściwymi bohaterami do opowiedzenia o dorastaniu?
Lars Saabye Christensen: Gdy się rozpadli, wszyscy rozpaczali. Ale może to była dobra rzecz, może trzeba się było cieszyć, że w ogóle byli i tyle nagrali, zamiast się smucić, że nie nagrali jeszcze więcej. To było magiczne siedem czy osiem lat. Może jako grupa nie mieli już dokąd iść. Z perspektywy czasu widać natomiast – choć może to banalne – jak ważny jest nawet nie tyle talent czy umiejętności, ile zdolność bycia razem, bycia grupą.
No i sam fakt, że nigdy się nie zeszli, nie dali się skusić lukratywnymi ofertami, by wrócić na scenę na choć jeden występ. Tym samym nie popsuli mitu.
Lars Saabye Christensen: I należy się im za to szacunek. Byłem na kilku koncertach Paula McCartneya i na każdym zauważyłem to samo: ludzie wychodzili, gdy grał nowe piosenki. Szli po piwo czy do toalety. Szybciutko wracali, gdy grał któryś z dawnych przebojów. Wydaje mi się to brakiem szacunku dla artysty. Ale to miałem na myśli, gdy mówiłem, że to klątwa – być geniuszem w wieku 20 lat, jak on.
Jak ocenia pan dziś książkę, którą napisał pan 40 lat temu?
Lars Saabye Christensen: Byłem młodym autorem, miałem jakieś 25 lat, kiedy zacząłem ją pisać. To dla mnie jakby powrót do przeszłości, do moich literackich początków. Odkrywałem wtedy własny język, sposób opowiadania, bohaterów i swoje własne historie do napisania. Czułem, że to, co piszę, może się stać fundamentem pod kolejne książki, dalszą twórczość.
Wielki sukces powieści
Przeczuwał pan, że „Beatlesi” okażą się także wielkim sukcesem?
Lars Saabye Christensen: Ani odrobinę. Miałem poczucie, że to rzecz ważna dla mnie osobiście. Że odnajdywałem się jako autor. Pewnie gdybym pisał z założeniem, że tworzę bestseller, nic by z tego nie wyszło. Dopiero po wszystkim można sobie pozwolić na taką myśl – że udało się stworzyć coś wartościowego.
Jak tłumaczy pan niesłabnącą popularność tej powieści?
Lars Saabye Christensen: Być może – choć zastrzegam, że nie znam odpowiedzi – tym, że to dość osobista opowieść, a jednocześnie to historia, w której może się odnaleźć wiele osób, nie tylko moich rówieśników. To opowieść o dorastaniu, przyjaźni i jej nieuchronnym rozpadzie, o odkrywaniu, doświadczaniu świata. Być może czytelnicy widzą w tej historii swoją własną. Gdy dorastamy, wszyscy musimy ostatecznie przejść przez to samo. Piszę o tym kolektywnym doświadczeniu. Gdy pytam samego siebie, dlaczego podobała mi się jakaś książka, zazwyczaj decyduje o tym głos narratora, sposób, w jaki buduje opowieść, atmosferę. Ale dlaczego „Beatlesi” okazali się popularni? Nie wiem.
Bohaterowie powieści nadają sobie imiona ulubionych członków zespołu, sami marzą o jakieś nieokreślonej, ale świetlanej przyszłości. „Beatlesi” przypomnieli mi „Yesterday”, polski film z lat 80., w którym czwórka kumpli z technikum w prowincjonalnej Polsce połowy lat 60. naśladuje sposób bycia muzyków słynnego zespołu. A także niemiecki film „Słoneczna aleja”, którego nastoletni bohaterowie dorastający w NRD lat 70. zakochani są w zachodnim rock and rollu, przede wszystkim w The Rolling Stones. Te lata 60., o których pan pisze, nie przystają do idealistycznego obrazu ery Wodnika i dzieci kwiatów.
Lars Saabye Christensen: Ta powieść ma jakby dwie strony – jak na płycie winylowej jest strona A i strona B. Ta druga część rzeczywiście jest dość mroczna. Zespół już nie istnieje, życiowe drogi dawnych kumpli rozchodzą się, w opowieści pojawiają się narkotyki. Mam jednak nadzieję, że to książka optymistyczna i sławiąca muzykę The Beatles. Pisarze z mojego pokolenia wiele jej zawdzięczają, była ważną inspiracją, miała ogromną siłę. Ich muzyka, wizerunek, nie wolno zapominać również o słowach piosenek! Dla mnie słuchanie The Beatles było kluczowym elementem kształcenia literackiego.
Wokół lat 60. narosło wiele mitów, zazwyczaj niemających wiele wspólnego z prawdą. Widziałem na własne oczy, jak wielu moich przyjaciół się stoczyło, wpadło w narkotykową matnię, zagubiło się życiowo. Tamten czas, zapamiętany z optymizmu i poczucia wolności, miał też mroczną stronę. Mimo to przez sztukę przemawiała nadzieja, że zbudowanie lepszego świata jest możliwe. Zwłaszcza przez muzykę.
Piosenka „Penny Lane” i jej wpływ na książkę
Czy to prawda, że do pisania prozy zainspirowała pana piosenka „Penny Lane”?
Lars Saabye Christensen: Tak. To piękna, urocza pieśń, jedna z moich ulubionych piosenek Paula McCartneya. Uświadomiła mi, że nie muszę się porywać na żaden abstrakcyjny, wielki temat. Oto największy zespół na świecie śpiewał o ulicy w rodzinnym Liverpoolu. O ludziach u fryzjera i przechadzających się ulicami sąsiadach. To było dla mnie odkrycie, byłem młodym człowiekiem i nie miałem jeszcze żadnych historii do opowiedzenia. Ale nagle uświadomiłem sobie, że mam przecież swoją ulicę w swoim mieście. W porządku, nie jestem sławnym piosenkarzem, ale mam tu swoich ludzi i swoje zakątki. I może to już coś. Większość pisarzy, mam wrażenie, wraca do tej lokalności, do miejsc, z których wyrośli. Wracają, bo może nie sposób się z tego wyzwolić?
Co ta muzyka dla pana znaczyła? Bo przecież nie chodziło tylko o dźwięki.
Lars Saabye Christensen: Ja także marzyłem – a były to marzenia bardzo powszechne – że będę grał w zespole, że będę muzykiem, stanę się sławny i pożądany. Ale chodziło o coś znacznie ważniejszego, o tę radość, szczęście, energię, jaką słyszę w muzyce The Beatles. Radość to być może najważniejszy składnik muzyki rozrywkowej.
Dla mnie byli tak ważni również dlatego, że byli moim pierwszym w życiu artystycznym wyborem. To była moja muzyka, ja ją wybrałem, nie słuchali jej moi rodzice ani nauczyciele. Sam do niej dotarłem.
Przeszli niezwykłą drogę w ciągu niecałych 10 lat istnienia zespołu, od „Love Me Do” do finału „Abbey Road”.
Lars Saabye Christensen: A gdy skończyli, mając po dwadzieścia kilka lat. Byli wciąż młodymi ludźmi. Minęły zaledwie trzy lata między „Love Me Do” a tym, jak nagrali rewolucyjny „Revolver”. A bycie świadkiem tego artystycznego rozwoju, kiedy samemu się jest nastolatkiem, to naprawdę wielkie doświadczenie. Dorastaliśmy wraz z nimi.
Dziś to doskonale znana muzyka, ale gdy się ukazywała, byliśmy nią wstrząśnięci. Nie rozumieliśmy jej, wymagała od nas bardzo wiele. Musieliśmy się wysilić, by zrozumieć „A Day in a Life” czy „Strawberry Fields”. Uważam, że to było bardzo wartościowe i może jest to coś, czego brak w dzisiejszym obcowaniu z muzyką.
Jak wiele z „Beatlesów” oparł pan na własnych doświadczeniach? Jak wiele z tego to opowieść o panu? W 1965 r. był pan nieco młodszy niż Kim, główny bohater powieści.
Lars Saabye Christensen: Powiedziałbym, że około 20 procent jest autobiograficzne. Dorastałem przy tej samej ulicy, uczyłem się w tej samej szkole. Też grałem w drużynie piłkarskiej i, oczywiście, też słuchałem Beatlesów. Moja matka przeczytała tę książkę 40 lat temu, gdy ukazała się po raz pierwszy, i od razu powiedziała mi: no dobrze, Lars, to po prostu ty.
Rozmawiał Piotr Jagielski/ PAP
Powieść „Beatlesi” Larsa Saabye Christensena ukazała się nakładem wydawnictwa Marginesy w tłumaczeniu Iwony Zimnickiej.
PAP/ Piotr Jagielski/ LW






