Człowiek nie musi zagrażać bioróżnorodności [Prof. Adam IZDEBSKI]

Po wprowadzeniu w rolnictwie karolińskiego modelu rolnictwa, bioróżnorodność osiągnęła na terenie Niemiec poziom znacznie wyższy niż w czasach przed osiedleniem się tam ludzi – pokazują badania historyków opublikowane w PNAS. Rolnictwo wbrew pozorom jest w stanie korzystnie oddziaływać na przyrodę – przekonuje współautor badań prof. Adam Izdebski.
Kryzys bioróżnorodności
.Postanowiliśmy zbadać, jak głęboko w przeszłość sięga obecny kryzys bioróżnorodności. Spodziewaliśmy się, że problem narastał wraz z rozwojem rolnictwa i nastąpił dużo przed okresem rewolucji przemysłowej. Ale z naszych badań wypłynął zupełnie inny wniosek: pokazujemy, że w historii naszej europejskiej kultury przez setki lat człowiek mógł być bardzo pozytywną siłą dla środowiska przyrodniczego – podsumował w rozmowie prof. Adam Izdebski.
Jak wyjaśnił, w Europie przez wieki wykorzystywano takie sposoby gospodarowania ziemią, które pozwalały zachować, a wręcz odbudować bogactwo gatunków w ekosystemach.
– Presja człowieka nie musi być czymś negatywnym, jest częścią przyrody. Nie powinniśmy traktować siebie jako szkodników – skomentował prof. Adam Izdebski.
Naukowcy łącząc metody z zakresu paleoekologii, archeobotaniki i historii przeanalizowali rdzenie gleby pobrane z okolic Jeziora Bodeńskiego (południowo-zachodnie Niemcy) i zbadali obecność pyłków różnych roślin w warstwach z różnych okresów. Porównali to ze źródłami historycznymi. Rejony te były ważnym centrum gospodarczym Europy wczesnego średniowiecza, gdzie zaczęła się gospodarka karolińska. W pobliskim klasztorze St. Gallen było archiwum, które zawiera dokumenty z VIII wieku, pokazujące, jak zarządcy klasztoru wprowadzali nowe idee do rolnictwa. Wyniki swoich badań naukowcy opublikowali w czasopiśmie PNAS.
Okazało się, że w ciągu ostatnich 4 tys. lat optimum bioróżnorodności przypadło wcale nie na czasy „dzikiej przyrody” przy minimalnym rolnictwie, ale na okres po wprowadzeniu innowacji rolniczej we wczesnym średniowieczu. Znaczący i trwały wzrost różnorodności gatunków roślin w regionie Jeziora Bodeńskiego nastąpił między 500 a 1000 r. n.e.
Bioróżnorodność i ważna rola człowieka
.Jak ważna była rola człowieka w utrzymywaniu bioróżnorodności, pokazuje fakt, że bioróżnorodność zaczęła znów na badanych terenach spadać w czasie epidemii dżumy w połowie XIV wieku. Choroba zdziesiątkowała ludność tej części Europy – w niektórych wsiach liczba mieszkańców spadła nawet o połowę. Brakowało ludzi do pracy, więc obszary użytkowane przez rolników zajęła dzika przyroda. A to z kolei – paradoksalnie – spowodowało spadek do niższych poziomów bioróżnorodności, które nigdy w pełni nie wróciły do stanu sprzed 1350 roku.
Prof. Adam Izdebski wyjaśnił, że w VIII w. korzystne zmiany w środowisku zapoczątkowała „zielona rewolucja karolińska” – innowacja w rolnictwie, jaką zaczęto w Europie wprowadzać za czasów Karola Wielkiego, a nawet już wcześniej. Do Polski ten pakiet dotarł w XII–XIII wieku w trakcie tzw. kolonizacji niemieckiej.
Rewolucja ta wiązała się przede wszystkim z wprowadzeniem trójpolówki. Pola zaczęto więc dzielić na trzy części. Na jednej części uprawiano rośliny jare (sadzone wiosną), na drugiej – ozime (sadzone jesienią), a na trzeciej – ziemia odpoczywa i była wykorzystywana jako pastwisko.
– W porównaniu z prostszym systemem uprawy i odłogowania na zmianę, gospodarka karolińska tworzyła większą mozaikę i różnorodność sposobów użytkowania terenu oraz większą różnorodność roślin, a co za tym idzie – zwierząt, ptaków i owadów – powiedział PAP prof. Izdebski. Główną zaletą tego systemu było to, że różne kawałki ziemi były użytkowane na różne sposoby, a do tego rośliny tam uprawiane zmieniały się co roku. Taki układ ziem sprzyjał powstawaniu terenów granicznych czy miedz, w których ukrywać się mogły zwierzęta i rośliny nieuprawne.
Kolejną zmianą było wprowadzenie na większą skalę konia jako zwierzęcia pociągowego oraz określonych typów pługa i narzędzi rolniczych. Zaczęto też stosować poplon, czyli wysiewano rośliny po zbiorach – w celu wzmocnienia gleby i jej urodzajności.
Ważna była także organizacja gospodarki rolnej: chłopi mieli swoje gospodarstwa, ale byli częścią większej struktury (klasztornej, królewskiej czy arystokratycznej), której zależało na jak najwyższych plonach. To wciągało rolnictwo w sieć innowacji i wczesną gospodarkę rynkową. Ponadto wprowadzono zróżnicowaną gospodarkę leśną (np. lasy na wypas czy na opał, gdzie stosowano technikę ogławiania, czyli przycinania drzew, by co roku zbierać nowe gałęzie).
Zmieniało się też rozprzestrzenianie roślin. Wraz z ziarnem uprawnym przemieszczały się nasiona roślin synantropijnych, czyli chwastów, które są ważne dla bioróżnorodności. – Na przykład chaber bławatek, niebieski kwiat polny, pojawił się w Europie wraz z rolnictwem karolińskim i jest sygnałem wprowadzenia tego pakietu. Ta roślina jednoroczna dobrze radzi sobie z głębszą orką i uprawami żyta – wyjaśnił prof. Izdebski.
Ponowny spadek bioróżnorodności na badanym terenie ma związek z rewolucją przemysłową pod koniec XIX wieku. To wtedy na dużą skalę następuje specjalizacja regionalna w produkcji rolnej (tendencja ta rozpoczęła się na mniejszą skalę – w produkcji tekstylnej – już w XVI w.). Wprowadzenie maszyn rolniczych, które wymagały ujednolicenia krajobrazu. Rozwój kolei i miast, co zwiększyło popyt na żywność, stopniowe wprowadzenie nawozów sztucznych po I wojnie światowej. Właśnie w reakcji na to zmechanizowane i przemysłowe rolnictwo w latach 20. XX wieku w Niemczech pojawia się koncepcja rolnictwa ekologicznego, z ideą zachowania tradycyjnych metod i balansu ze środowiskiem.
– Może nam się wydawać, że ideałem dla środowiska byłby powrót do stanu sprzed nastania człowieka, np. do poprzedniego interglacjału czy nawet wcześniej, sprzed 30 tys. lat. Wtedy jednak musielibyśmy wprowadzić też tury, słonie czy nosorożce – duże zwierzęta, które wyjadały las. A to jest nierealistyczne. Tymczasem krajobraz karoliński przypomina taki krajobraz sprzed 20-30 tys. lat. Gdzie człowiek i jego zwierzęta robią to, co wcześniej robili wielcy wymarli już roślinożercy. Myślę, że wniosek też jest z tego taki, że rolnicy mają bardzo pozytywne zadanie do wykonania, które jest potrzebne i realistyczne. Można prowadzić produktywne rolnictwo, które jednocześnie utrzymuje zróżnicowany krajobraz. To jest właśnie to, co próbują osiągnąć, w lepszy lub gorszy sposób, niektóre współczesne programy, takie jak np. Zielony Ład czy wielki program stworzenia cywilizacji ekologicznej w Chinach – podsumował prof. Adam Izdebski.
Ludzie kultury zachodniej dojrzewali do dokonującej się obecnie radykalnej zmiany poglądów na temat relacji człowieka ze zwierzętami
.Istotne elementy tej przemiany dokonują się głównie pod wpływem teorii Darwina i stanowią jej filozoficzne konsekwencje. W ramach ewolucjonizmu uznajemy, że człowiek, czyli gatunek Homo sapiens sapiens, jest podobny do innych pozaludzkich istot żywych, ale także różni się od nich. Istotną różnicę stanowi kulturowy wymiar ewoluowania dokonujący się na bazie procesów ewolucji biologicznej zawierającej podstawowe mechanizmy, zgodnie z którymi toczy się życie w tym zakątku Wszechświata.
Mimo że gatunek ludzki pozostaje wewnątrz natury i tworzy kulturę na bazie swojej natury biologicznej, to jednak filozofowie od zarania dziejów skupiali się na analizie cech wyróżniających człowieka, pomijając cechy biologiczne, które dzieli on nie tylko ze zwierzętami, ale i ze wszystkimi istotami żywymi. Filozofowie przekonywali o wyróżnionej pozycji naszego gatunku, wskazując na rozumność, samoświadomość, poczucie odpowiedzialności i działanie zgodne ze standardami dobra i zła. Te cechy konstytuujące godność osoby ludzkiej miały uzasadniać stawianie człowieka ponad innymi gatunkami istot żywych i miały go czynić „tytularnym panem przyrody”, który może je wykorzystywać (bez ograniczeń) do zaspokajania swoich potrzeb i do osiągania celów, które uzna za pożądane. Cechy wyróżniające człowieka miały także wskazywać na przepaść, która oddziela gatunek ludzki od pozaludzkich istot żywych, szczególnie od zwierząt.
Społeczna recepcja teorii Darwina była utrudniona nie tyle ze względu na trudności merytoryczne, jakie w owym czasie napotykała, ile ze względów światopoglądowych. Żona biskupa Wilberforce’a, który zasłynął z ataków na teorię Darwina bronioną przez Thomasa Huxleya, miała wykrzyknąć: „Człowiek od małpy, o Boże, nawet jeśli to prawdziwe, módlmy się, żeby nie stało się powszechnie znane”. Największy sprzeciw budziło twierdzenie, że człowiek, a szczególnie tak genialni ludzie jak Szekspir, czy Newton, miałby pochodzić od małpy.
Jednakże wbrew obawom żony biskupa rozwój teorii ewolucji i poszczególnych nauk w jej obrębie odsłonił jedność w różnorodności istot żywych powiązanych łańcuchami wzajemnych zależności. Okazało się, że wszystkie istoty żywe są „braćmi w DNA”, a człowiek jako jeden z milionów gatunków żyjących na Ziemi jest głęboko wpisany w tkankę biosfery za pośrednictwem struktur i funkcji swojego ciała. Jak to wyraził wybitny biolog molekularny ubiegłego wieku Jacques Monod, „jest żywą skamieliną noszącą w strukturach molekularnych swojego ciała ślady swojego pochodzenia”. Jest to dziedzictwo wspólne nie tylko ze zwierzętami, ale także z wirusami. Dlatego wirusy, czyli istoty nieposiadające „oprzyrządowania” potrzebnego do tego, żeby się powielać, wnikają do naszego organizmu i potrafią przestawić funkcjonowanie naszych komórek w taki sposób, żeby go namnażały. Można powiedzieć, że wirusy haniebnie nas wykorzystują, nas „tytularnych panów Stworzenia”. Wirusy wykorzystują do namnażania się nie tylko ludzkie organizmy (tak się dzieje w przypadku wszystkich chorób wirusowych, jak np. COVID-19), ale także zwierzęta i rośliny, a nawet bakterie. Na marginesie warto zauważyć, że bakterie posiadają skuteczny mechanizm zwalczania atakujących ich wirusów (bakteriofagów) za pośrednictwem tzw. enzymów restrykcyjnych, które tną na kawałki wirusową informację genetyczną, potrzebną do ich powielania, uniemożliwiając w ten sposób proces ich namnażania. Jest to niezwykle skuteczny sposób obrony bakterii przed infekcją wirusową, o wiele prostszy i skuteczniejszy aniżeli szczepionki produkowane przez potężny przemysł farmaceutyczny, z którego my, ludzie, jesteśmy tacy dumni.
Wiedza o naturze gatunków pozaludzkich, w tym różnych gatunków zwierząt, odsłoniła różnorodne i skomplikowane mechanizmy, które wykorzystują one odpowiednio do warunków panujących w środowisku. W świetle zgromadzonej wiedzy pejoratywne znaczenie pojęcia „zwierzęcość” okazuje się nieporozumieniem i wynika z naszej ignorancji. Nie ma zwierząt „w ogóle”, istnieją konkretne gatunki zwierząt, które oprócz cech wspólnych z innymi, takich jak np. heterotroficzność, posiadają cechy unikatowe, stanowiące o ich tożsamości, są to cechy określone przez pulę genową gatunku. Podobnie jak w przypadku gatunku ludzkiego, o każdym z nich możemy powiedzieć, że jest podobny do innych, ale też różni się od nich zasadniczo. Są więc różne gatunki istot żywych, a występujące pomiędzy nimi różnice są zabezpieczone przez izolację rozrodczą i nie powinny stanowić racji do twierdzenia, że jedne z nich są lepsze, a inne gorsze, podobnie jak w przypadku orkiestry symfonicznej nie ma sensu twierdzenie, że skrzypce są lepsze od fletu.
Osobniki każdego gatunku istot żywych posiadają wrodzony program (przekazany w języku informacji genetycznej), określający, jak mają się zachowywać w swoim środowisku, aby przeżyć i pozostawić potomstwo. Większość z nich nie ma swobody wyboru sposobu życia, realizują bowiem program przekazany przez rodziców. Bobry nie zastanawiają się, jak i z czego zbudować tamę, a pszczoły – o czym mają „rozmawiać”; od milionów lat „rozmawiają” na ściśle określony temat – gdzie jest pożywienie, jak jest obfite i jak je znaleźć. Zakres indywidualnego doświadczenia, czyli to, czego mogą się nauczyć, jest określony przez geny.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/prof-zdzislawa-piatek-ekologiczne-nawrocenie/
PAP/ Ludwika Tomala/ LW




