Czy możemy jeszcze zwiększyć dzietność? [Nathaniel GARSTECKA]

dzietność

Aby przeciwdziałać kryzysowi demograficznemu, francuski poseł proponuje uproszczenie i zwiększenie zasiłków związanych z narodzinami dziecka. Chodzi o wprowadzenie jednorazowej wypłaty w wysokości 250 euro miesięcznie na dziecko, począwszy od pierwszego dziecka, aż do osiągnięcia przez nie wieku 20 lat. Pomysł ten został wypróbowany w Polsce.

.Poseł Jérémie Patrier-Leitus (Horizons, centroprawica) przedstawił raport mający na celu poprawę wskaźnika dzietności we Francji, który spadł do 1,55 dziecka na kobietę w 2025 roku. Wśród proponowanych środków znalazło się wprowadzenie „uniwersalnego zasiłku rodzinnego” w wysokości 250 euro miesięcznie na dziecko, począwszy od pierwszego dziecka. Zasiłek ten zastąpiłby większość istniejących już świadczeń, które są zbyt liczne i mało przejrzyste.

Pomysł ten nie jest nowością w Europie. Polska eksperymentuje z nim od 2016 r. w formie miesięcznego zasiłku w wysokości 500 złotych (a od 2024 r. 800 złotych) na dziecko. Pierwotnym celem było podniesienie wskaźnika dzietności, który spadł z 2 w 1989 r. do 1,3 w 2015 r. Z perspektywy czasu można stwierdzić, że bilans tego działania był więcej niż niejednoznaczny. Chociaż wskaźnik dzietności w Polsce wzrósł do 1,4 w 2018 r., to jednak ponownie spadł po kryzysie związanym z ograniczeniami sanitarnymi w 2020 r., a następnie po rosyjskiej inwazji na Ukrainę w 2022 r. W 2024 r. wynosił już tylko 1,1!

Ponadto program „500+” przyspieszył inflację, zwłaszcza w momencie jego wejścia w życie. Polska nie jest krajem o silnej tradycji redystrybucji społecznej, dlatego każdy pomysł w tym kierunku ma natychmiastowy wpływ na rynek. Dotyczyło to w szczególności wózków dziecięcych. Klasyczny model, który w 2016 r. kosztował 2000 złotych, dwa lata później był wart 2500 złotych. Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku pieluch i odzieży dziecięcej. Rodzice, którzy wtedy robili zakupy, doskonale o tym wiedzą. Bardzo szybko pozytywny efekt „500+” został więc całkowicie zniwelowany przez wywołaną nim inflację.

Stwierdzając względną porażkę tego programu, polskie władze postanowiły pójść na całość. Zamiast pozwolić programowi „500+” umrzeć śmiercią naturalną, przekształciły go w program „800+” i nawet planują podwyższyć go do „1000+”, co przyczynia się do obciążenia finansów publicznych.

Wreszcie wprowadzenie programów społecznych mających na celu wsparcie demografii sugeruje, że dzietność jest wyłącznie kwestią środków finansowych. Jednak jest to kryterium, które ostatecznie ma niewielkie znaczenie, podobnie jak kwestia mieszkania. Średnia powierzchnia użytkowa na mieszkańca we Francji i w Polsce ciągle wzrastała w XX wieku, ale płodność tylko spadała. Krótko mówiąc, można powiedzieć, że nigdy w historii nie żyło nam się tak dobrze, a jednocześnie nigdy nie mieliśmy tak mało dzieci. Ta prosta obserwacja nie pozostawia żadnych szans dla argumentów polityków lewicowych, twierdzących, że to właśnie poprzez zwiększenie liczby mieszkań socjalnych „uratujemy” naszą demografię.

Problem jest znacznie bardziej złożony i jego rozwiązania nie zapewnią banalne środki, takie jak redystrybucja socjalna czy mieszkalnictwo. Można sądzić, że ci, którzy twierdzą inaczej, nie rozumieją, że spadek liczby urodzeń wynika między innymi z przemian demograficznych zachodzących w społeczeństwach zachodnich oraz ewolucji norm społecznych: posiadanie dzieci nie jest już uważane za coś normalnego i naturalnego w dobie długich studiów, kariery zawodowej, relatywistycznego progresywizmu i ekologicznego ruchu „no kids”. W tym zakresie lewica, która dziś ubolewa nad skutkami, których przyczyny sama pielęgnuje, ponosi oczywiście dużą część odpowiedzialności.

Wiek rodziców, kiedy rodzi się im pierwsze dziecko, jest coraz wyższy, zmniejsza się liczba dzieci w gospodarstwie domowym, a co za tym idzie – słabnie solidarność międzypokoleniowa. Dziadkowie często mieszkają gdzie indziej (z powodu exodusu młodych pokoleń, które szukają pracy w dużych miastach) i dlatego są mniej zaangażowani w pomaganie młodym rodzicom w godzeniu pracy z życiem rodzinnym. Koszty utrzymania, pomoc socjalna i mieszkania mają oczywiście znaczenie, ale nie w takim stopniu, jak wyobrażają to sobie politycy. Nawet jeśli ułatwi się dostęp do mieszkań i zwiększy świadczenia socjalne, wskaźnik dzietności nie powróci do poziomu gwarantującego odnowę pokoleń, ponieważ po prostu zmieniły się priorytety obywateli, a społeczeństwo nie celebruje już narodzin dzieci i rodzicielstwa.

Wreszcie – czy naprawdę należy dążyć do zwiększenia dzietności? Stagnacja demograficzna jest jedną z głównych konsekwencji cywilizacyjnego skoku Zachodu w XIX i XX wieku. Czy można i należy próbować temu zapobiec za pomocą skazanych na niepowodzenie działań publicznych? Automatyzacja i robotyzacja naszych gospodarek oraz zanik miejsc pracy o niskiej wartości dodanej automatycznie spowodują spadek zapotrzebowania na siłę roboczą, a tym samym na wzrost liczby mieszkańców. Nasza demografia ustabilizuje się w naturalny sposób, oczywiście będą to liczby znacznie niższe niż obecnie. Poziom życia wzrośnie, problemy mieszkaniowe znikną, podobnie jak ubóstwo.

.W tym kontekście poleganie na masowej imigracji (jak zalecają „eksperci” ONZ i UE) jest fundamentalnym błędem, który może doprowadzić do zniszczenia naszego modelu cywilizacyjnego i zaniku zachodnich narodów. Lepiej pozwolić, aby naturalna ewolucja naszego społeczeństwa przebiegała swoim torem, i odpowiednio się do niej dostosować, zachowując naszą etnokulturową jednorodność, niż próbować na siłę utrzymać przestarzały system oparty na dużej liczbie ludności.

Nathaniel Garstecka
Tekst pochodzi z cotygodniowej kroniki prowadzonej w języku francuskim i polskim przez Autora w tygodniku „Gazeta na Niedzielę” [link]. Przedruk za zgodą redakcji.

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 14 lutego 2026