Francja ubożeje na tle Europy przed wyborami prezydenckimi 2027

PKB na mieszkańca Francji pozostaje czwarty rok z rzędu poniżej średniej Unii Europejskiej. Nie oznacza to, że Francuzi nagle stali się biednym społeczeństwem, lecz pokazuje proces znacznie bardziej niepokojący: inne państwa rozwijają się szybciej, podczas gdy Francja stopniowo traci przewagę budowaną przez dziesięciolecia. W tle znajdują się słaba dynamika produktywności, niski poziom aktywności zawodowej, dezindustrializacja, pogarszające się wyniki edukacji oraz dług publiczny ograniczający możliwości przyszłych reform. Gospodarcze osuwanie się Francji może stać się jednym z najważniejszych tematów wyborów prezydenckich w 2027 roku.
.Punktem wyjścia do nowej dyskusji stała się rozmowa opublikowana przez francuski portal Atlantico z ekonomistami Markiem de Basquiatem i Michelem Ruimym. Marc de Basquiat, doktor ekonomii, absolwent CentraleSupélec i ESCP oraz przewodniczący think tanku AIRE, przedstawia diagnozę bardziej radykalną, wskazując na wieloletnie podporządkowanie polityki gospodarczej redystrybucji, rozbudowie świadczeń i ochronie istniejącego modelu społecznego. Michel Ruimy, wykładający ekonomię monetarną i funkcjonowanie rynków kapitałowych w ESCP, akcentuje natomiast ponadpartyjny i kumulatywny charakter kryzysu, który nie rozpoczął się wraz z prezydenturą Emmanuela Macrona i nie może zostać przypisany jednej stronie francuskiej polityki.
Obu ekonomistów różni ocena odpowiedzialności, lecz łączy zasadnicza diagnoza. Francja nie znajduje się na krawędzi nagłego załamania, ale od wielu lat powoli traci pozycję wobec państw, z którymi jeszcze niedawno mogła się porównywać z poczuciem gospodarczej przewagi. Tak rozumiany déclassement nie jest widowiskową katastrofą, lecz stopniowym przyzwyczajaniem się do słabszego wzrostu, niższej skuteczności państwa oraz coraz mniejszej zdolności finansowania ambicji społecznych, militarnych i europejskich.
Francja, która miała wyprzedzić Niemcy
Na początku lat siedemdziesiątych eksperci Hudson Institute przewidywali, że Francja może stać się pierwszą potęgą gospodarczą Europy. Państwo prowadziło wówczas wielkie programy przemysłowe, rozwijało energetykę jądrową, infrastrukturę, lotnictwo, sektor kosmiczny i nowoczesny transport, a francuska produktywność oraz obecność w branżach przyszłości pozwalały zakładać, że kraj może wyprzedzić Republikę Federalną Niemiec. Nie była to prognoza całkowicie oderwana od rzeczywistości, ponieważ Francja należała wówczas do największych gospodarek świata, dysponowała dynamiczną demografią oraz administracją zdolną do formułowania wieloletnich celów strategicznych.
Pierwsze pęknięcie nastąpiło wraz z kryzysami naftowymi lat siedemdziesiątych, które zakończyły okres łatwego wzrostu i ujawniły rosnącą zależność europejskich gospodarek od energii, handlu światowego i zmian technologicznych. Francja próbowała jednak zachować model zbudowany w czasach wysokiego wzrostu, mimo że jej gospodarka rozwijała się coraz wolniej. Kolejne rządy, zarówno prawicowe, jak i lewicowe, starały się jednocześnie utrzymywać rozbudowane państwo społeczne, chronić zatrudnienie, ograniczać nierówności i unikać gwałtownych konfliktów społecznych, coraz częściej finansując tę równowagę poprzez deficyt.
Marc de Basquiat za jeden z najważniejszych punktów zwrotnych uważa decyzje podjęte po zwycięstwie François Mitterranda w 1981 roku, w tym obniżenie wieku emerytalnego, podwyższanie płacy minimalnej, rozbudowę świadczeń społecznych i późniejsze skrócenie tygodnia pracy. Michel Ruimy proponuje interpretację mniej partyjną: jego zdaniem Francja przez czterdzieści lat dokonywała wielu pojedynczych wyborów, z których każdy mógł być politycznie zrozumiały, lecz ich łącznym skutkiem stał się model coraz kosztowniejszy i coraz słabiej zdolny do wytwarzania bogactwa. Problemem nie była zatem jedna błędna decyzja, ale stopniowe zastępowanie strategii rozwoju zarządzaniem społecznymi skutkami słabnącego wzrostu.
Francuzi nie zbiednieli nagle, lecz inni bogacą się szybciej
Najnowsze dane pokazują skalę zmiany. Według zestawienia INSEE opartego na danych Eurostatu francuski PKB na mieszkańca, liczony według standardu siły nabywczej, odpowiadał w 2025 roku 98 proc. średniej Unii Europejskiej. W 2020 roku Francja znajdowała się jeszcze na poziomie 103 proc. średniej, rok później osiągała 101 proc., natomiast od 2022 roku pozostaje poniżej poziomu wyznaczanego przez całą Unię. Niemcy znajdowały się w 2025 roku na poziomie 115 proc. średniej unijnej, Holandia na poziomie 134 proc., a szybko rozwijająca się Polska osiągnęła już 81 proc.
Nie oznacza to, że przeciętny Francuz nagle ma mniej pieniędzy niż każdy przeciętny mieszkaniec Unii. PKB na mieszkańca nie jest wynagrodzeniem ani dochodem gospodarstwa domowego, lecz miarą wartości wytwarzanej w gospodarce, skorygowaną o różnice cen pomiędzy państwami. Wskaźnik ten nie uwzględnia również wszystkich korzyści wynikających z bezpłatnej edukacji, publicznej ochrony zdrowia, infrastruktury i transferów społecznych, dlatego nie powinien być utożsamiany bezpośrednio z codzienną zasobnością rodzin.
Znaczenie danych jest jednak trudne do zlekceważenia, ponieważ pokazują one kierunek, w którym zmienia się względna pozycja Francji. W tekście „Siła nabywcza Francuzów wchodzi do tematów debaty przed wyborami 2027” opisywaliśmy rosnące znaczenie cen energii, mieszkań, podatków, emerytur oraz kosztów codziennego życia. Nowe dane dodają do tej debaty inny wymiar: problemem staje się już nie tylko to, ile Francuzi mogą kupić za swoje wynagrodzenia, ale także to, czy ich gospodarka wytwarza wystarczająco dużo, aby poziom życia mógł nadal rosnąć.
Jeszcze bardziej wymowna jest perspektywa długoterminowa. OECD oblicza, że pomiędzy 2000 a 2025 rokiem francuski PKB na mieszkańca zwiększał się w tempie odpowiadającym zaledwie 63 proc. tempa wzrostu osiąganego przez przeciętne państwo Unii Europejskiej, 59 proc. średniego tempa państw OECD i 54 proc. tempa wzrostu Stanów Zjednoczonych. Francja nadal pozostaje dużą, nowoczesną i zamożną gospodarką, ale przestała rozwijać się równie szybko jak kraje wyznaczające dziś światowe standardy produktywności, technologii i inwestycji.
Praca, produktywność, szkoła i przemysł tworzą jeden mechanizm
Pierwszym źródłem różnicy pozostaje praca. W 2025 roku stopa zatrudnienia osób w wieku od 15 do 64 lat wynosiła we Francji 69,4 proc., wobec średniej OECD na poziomie 70,4 proc., lecz największe różnice dotyczą osób najmłodszych i najstarszych. W grupie od 60. do 64. roku życia francuska stopa zatrudnienia pozostawała o 12,2 punktu procentowego niższa od średniej OECD, co ma ogromne znaczenie dla kraju finansującego emerytury i świadczenia zdrowotne ze składek oraz podatków pracujących pokoleń.
Nie chodzi wyłącznie o długość tygodnia pracy ani o często przywoływane 35 godzin. Znacznie ważniejsza jest liczba osób uczestniczących w rynku pracy przez całe życie zawodowe, moment rozpoczynania aktywności przez młodych oraz wiek opuszczania rynku przez seniorów. Problem ten został szerzej przedstawiony w tekście „Praca, emerytury i państwo opiekuńcze”, w którym pokazaliśmy, że spór o aktywność zawodową będzie w istocie sporem o możliwość finansowania całego francuskiego modelu społecznego.
.Przez wiele lat Francja mogła kompensować mniejszą liczbę przepracowanych godzin bardzo wysoką produktywnością pracowników. Ta przewaga stopniowo jednak zanika, a OECD wskazuje, że inwestycje przedsiębiorstw w badania, wdrażanie nowych technologii oraz rozwój kwalifikacji pozostają słabsze niż w najlepiej funkcjonujących gospodarkach. Francja przeznacza ogromne środki na wspieranie badań i innowacji, lecz ich efekty zbyt rzadko prowadzą do powstawania firm zdolnych konkurować na rynku globalnym oraz do trwałego zwiększania produktywności całej gospodarki.
W tym miejscu gospodarka spotyka się z edukacją. W badaniu PISA z 2022 roku francuscy piętnastolatkowie uzyskali 474 punkty z matematyki, podczas gdy dziesięć lat wcześniej osiągali 495 punktów, a wynik z czytania spadł z 493 punktów w 2018 roku do 474 punktów. Jeszcze bardziej niepokojący jest utrzymujący się we Francji silny związek pomiędzy wynikami uczniów a sytuacją społeczną i ekonomiczną ich rodzin, co oznacza, że szkoła coraz słabiej pełni przypisywaną jej przez Republikę funkcję wyrównywania szans i tworzenia nowych elit.
Kolejnym elementem tego samego mechanizmu jest przemysł. Pod koniec 2024 roku przemysł przetwórczy wytwarzał we Francji około 10,4 proc. wartości dodanej, wyraźnie mniej niż w Niemczech i mniej niż w państwach, które zachowały silniejszą bazę eksportową. Francja nadal dysponuje światowej klasy przedsiębiorstwami w lotnictwie, energetyce, sektorze zbrojeniowym, dobrach luksusowych, transporcie, technologiach kosmicznych i energetyce jądrowej, lecz pomiędzy globalnymi championami a małymi przedsiębiorstwami brakuje jej gęstej sieci średnich firm przemysłowych przypominającej niemiecki Mittelstand.
Dezindustrializacja nie oznacza jedynie likwidacji fabryk. Wraz z przemysłem znikają miejsca pracy wymagające konkretnych kwalifikacji, lokalne sieci poddostawców, prywatne nakłady na badania, zdolności eksportowe oraz centra gospodarcze położone poza największymi metropoliami. W ten sposób problem gospodarczy staje się problemem społecznym i terytorialnym, wzmacniając poczucie porzucenia prowincji oraz kierując wyborców ku kandydatom obiecującym ochronę krajowej produkcji, granic gospodarczych i miejsc pracy.
Emmanuel Macron zmienił wiele, lecz nie zmienił logiki modelu
Bilans prezydentury Emmanuela Macrona nie może zostać sprowadzony do prostego stwierdzenia, że projekt „start-up nation” zakończył się całkowitym niepowodzeniem. Obniżenie podatku dochodowego od przedsiębiorstw, wprowadzenie jednolitego opodatkowania dochodów kapitałowych, zmiany prawa pracy, rozwój szkolnictwa zawodowego i staży, wspieranie nowych technologii oraz program France 2030 poprawiły część warunków prowadzenia działalności gospodarczej. OECD zauważa również poprawę cenowej konkurencyjności Francji oraz utrzymanie odporności rynku pracy na kolejne wstrząsy.
Problem polega na skali zmiany. Francja zbudowała dynamiczne środowisko start-upów, przyciągnęła zagraniczne inwestycje i rozwinęła kilka obiecujących sektorów technologicznych, lecz sukcesy te nie przełożyły się dotąd na zasadnicze zwiększenie produktywności całej gospodarki ani na odbudowę szerokiej bazy przemysłowej. „Start-up nation” pozostała częściowo udanym projektem sektorowym, ale nie stała się nowym modelem gospodarczym zdolnym zastąpić mechanizmy wyczerpujące się od kilku dziesięcioleci.
Równocześnie wydatki publiczne osiągnęły w 2025 roku 57,2 proc. PKB, należąc do najwyższych w OECD. Sama wysokość wydatków nie przesądza jeszcze o ich nieefektywności, ponieważ Francja finansuje z nich rozbudowaną ochronę społeczną, edukację, opiekę zdrowotną, administrację i inwestycje publiczne. Coraz trudniejsze do wytłumaczenia staje się jednak to, dlaczego mimo tak dużego zaangażowania państwa pogarszają się wyniki szkół, rośnie liczba medycznych pustyń, pogłębia się kryzys mieszkaniowy, a obywatele coraz częściej mają wrażenie, że państwo pobiera więcej, ale zapewnia mniej.
To właśnie temu paradoksowi poświęcony został tekst „Dlaczego francuskie państwo przestało działać”, pokazujący związek pomiędzy wysokością wydatków a spadającą zdolnością administracji do realizowania podstawowych zadań. Gospodarcza degradacja Francji nie polega zatem na prostym wycofywaniu się państwa, ale na rosnącej różnicy pomiędzy środkami, które państwo angażuje, a rezultatami, które uzyskuje.
Pandemia COVID-19, kryzys energetyczny oraz gospodarcze następstwa wojny na Ukrainie jeszcze wzmocniły ten mechanizm. Polityka quoi qu’il en coûte pozwoliła ochronić przedsiębiorstwa, zatrudnienie i dochody milionów rodzin, lecz jednocześnie utrwaliła przekonanie, że każdy kryzys może zostać rozwiązany poprzez uruchomienie kolejnego programu publicznego finansowanego długiem. To, co było zrozumiałe jako reakcja nadzwyczajna, z czasem zaczęło zastępować trudniejszą debatę o produktywności, strukturze wydatków, odpowiedzialności państwa i granicach możliwej redystrybucji.
Dług nie jest jedyną przyczyną kryzysu, ale zamyka drogę ucieczki
W pierwszym kwartale 2026 roku francuski dług publiczny osiągnął 3536,1 miliarda euro, czyli 117,5 proc. PKB. Oznacza to wzrost o 75,6 miliarda euro w ciągu jednego kwartału, a OECD przewiduje, że przy utrzymaniu obecnej trajektorii zadłużenie może dojść do 118,8 proc. PKB w 2026 roku oraz 120,9 proc. w roku wyborczym 2027. Cour des comptes ostrzega natomiast, że koszty obsługi długu mogą przekroczyć 100 miliardów euro w 2029 roku, coraz mocniej ograniczając możliwość finansowania edukacji, obronności, ochrony zdrowia, transformacji energetycznej i reindustrializacji.
Dług jest częściowo skutkiem słabego wzrostu, niskiej aktywności zawodowej i decyzji o zachowaniu rozbudowanego modelu społecznego mimo zmieniającej się demografii. Z czasem staje się jednak również samodzielną przyczyną osłabienia, ponieważ rosnące odsetki zabierają środki potrzebne do inwestowania w przyszłą produktywność. Powstaje mechanizm zamknięty: słaby wzrost zwiększa zadłużenie, dług ogranicza inwestycje, a niedostateczne inwestycje utrwalają słaby wzrost.
Na „Wszystko co Najważniejsze” opisywaliśmy już szczegółowo, dlaczego dług może stać się jednym z najważniejszych tematów wyborów prezydenckich. W tekście „Czy Francja żyje na kredyt?” pokazaliśmy z kolei, że od 2020 roku zadłużenie zwiększało się znacznie szybciej niż nominalny PKB, co każe pytać, jaka część nowych zobowiązań została przeznaczona na budowę potencjału gospodarczego, a jaka jedynie na utrzymywanie bieżącej równowagi społecznej.
Nowy element obecnej debaty polega na tym, że zadłużenie przestaje być odrębnym problemem finansów publicznych i staje się częścią szerszej diagnozy utraty pozycji. Cour des comptes ocenia, że nawet konsekwentne zmniejszanie deficytu o 0,6 punktu procentowego rocznie od 2027 roku pozwoliłoby Francji w 2035 roku jedynie powrócić do poziomu zadłużenia osiągniętego w 2025 roku. Następny prezydent nie otrzyma więc możliwości szybkiego rozwiązania problemu, ale będzie musiał wyznaczyć kierunek, którego skutki staną się widoczne dopiero po zakończeniu jego kadencji.
Wybory 2027 mogą stać się referendum nad prawdą o gospodarce
Podział polityczny przed wyborami prezydenckimi będzie przebiegał nie tylko pomiędzy lewicą, centrum i prawicą, ale pomiędzy trzema różnymi odpowiedziami na pytanie o źródła francuskiego osłabienia. Édouard Philippe, Bruno Retailleau i David Lisnard w różnym stopniu podkreślają konieczność zwiększenia aktywności zawodowej, ograniczenia wydatków, uproszczenia państwa oraz odbudowy wiarygodności finansowej. Dla tego obozu podstawowym problemem jest gospodarka, która została przeciążona podatkami, regulacjami i kosztami modelu społecznego.
Marine Le Pen i Jordan Bardella proponują odpowiedź bardziej suwerenistyczną, łącząc ochronę siły nabywczej, preferencje dla francuskich przedsiębiorstw, reindustrializację oraz ograniczenie kosztów migracji i integracji europejskiej. Najtrudniejsze pytanie wobec ich programu dotyczy możliwości jednoczesnego obniżania części podatków, zachowania szerokiej ochrony socjalnej i zmniejszenia deficytu. Z kolei Jean-Luc Mélenchon i radykalna lewica odrzucają diagnozę, według której najważniejszym problemem jest nadmierna skala państwa, przekonując, że wzrost należy odbudować poprzez inwestycje publiczne, wyższe opodatkowanie najzamożniejszych oraz silniejszą redystrybucję.
Każda z tych odpowiedzi zawiera element trafnej diagnozy, ale również własne przemilczenie. Francja rzeczywiście potrzebuje większej liczby pracujących, wyższej produktywności, bardziej efektywnego państwa i odbudowy przemysłu, lecz szybkie ograniczanie wydatków może osłabić wzrost oraz pogłębić konflikt społeczny. Ochrona krajowego rynku może pomóc części przedsiębiorstw, ale nie zastąpi innowacji, kwalifikacji i zdolności eksportowej, podobnie jak dodatkowe wydatki publiczne nie stworzą trwałego wzrostu, jeżeli będą służyć wyłącznie finansowaniu konsumpcji.
Dlatego najważniejszym testem kampanii może nie być atrakcyjność przedstawianych obietnic, ale gotowość kandydatów do powiedzenia, ile będą one kosztowały i kto za nie zapłaci. Francuzi oczekują jednocześnie niższych podatków, lepszych usług publicznych, ochrony emerytur, wyższych wynagrodzeń, większych wydatków na obronność, tańszej energii i odbudowy przemysłu. Żaden przyszły prezydent nie będzie w stanie spełnić wszystkich tych oczekiwań bez zasadniczego zwiększenia ilości bogactwa wytwarzanego przez gospodarkę.
Debata o gospodarczym osuwaniu się Francji łączy się również z pytaniem o miejsce kraju w Europie. Jak pisaliśmy w tekście „Czy Francja pozostaje liderem politycznym Europy?”, zdolność do przewodzenia Unii nie wynika wyłącznie z miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, broni jądrowej, dyplomacji i kultury, ale również z siły gospodarczej pozwalającej finansować strategiczne ambicje. Państwo, które coraz większą część dochodów przeznacza na obsługę zadłużenia, ma mniej swobody w polityce obronnej, przemysłowej i europejskiej, nawet jeśli nadal zachowuje wszystkie symbole wielkiego mocarstwa.
Francja nie musi upaść, aby utracić swoją pozycję
Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem nie jest gwałtowne bankructwo ani nagły rozpad francuskiej gospodarki. Francja pozostanie krajem zamożnym, dysponującym znakomitą infrastrukturą, wielkimi przedsiębiorstwami, rozbudowanym systemem społecznym, silną kulturą i wyjątkowym potencjałem strategicznym. Niebezpieczeństwo polega na czymś mniej widowiskowym: wzroście gospodarczym utrzymującym się w pobliżu jednego procenta, zadłużeniu przekraczającym 120 proc. PKB, powolnym kurczeniu się klasy średniej oraz dalszej utracie przewagi wobec państw szybciej zwiększających produktywność.
Taki scenariusz oznaczałby Francję nadal ważną, lecz coraz częściej reagującą na decyzje podejmowane przez innych. Kraj zachowałby ambicje wielkiej potęgi, ale dysponowałby coraz mniejszymi środkami pozwalającymi te ambicje realizować. W 2035 roku mógłby pozostawać jedną z największych gospodarek Europy pod względem całkowitego PKB, a jednocześnie znaleźć się w grupie państw o przeciętnym poziomie zamożności na mieszkańca i ograniczonej zdolności wpływania na gospodarczy kierunek całego kontynentu.
Odwrócenie tego procesu wymaga nie jednej spektakularnej reformy, lecz połączenia kilku długotrwałych zmian. Francja potrzebuje szkoły ponownie zapewniającej awans społeczny, systemu kształcenia odpowiadającego potrzebom przemysłu, większej aktywności zawodowej młodych i seniorów, skuteczniejszego wykorzystania środków przeznaczanych na badania, bardziej stabilnych warunków dla przedsiębiorstw oraz administracji zdolnej oceniać nie tylko wysokość wydatków, ale również ich rezultaty. Reindustrializacja musi przy tym opierać się na sektorach, w których Francja zachowuje realne przewagi, takich jak energetyka jądrowa, lotnictwo, obronność, technologie kosmiczne, sztuczna inteligencja, cyberbezpieczeństwo i niskoemisyjny przemysł.
Rozmowa Marca de Basquiata i Michela Ruimy’ego w Atlantico jest ważna nie dlatego, że przynosi jedną bezsporną odpowiedź, lecz dlatego, że pokazuje zmianę francuskiej debaty. Jeszcze kilka lat temu spór dotyczył przede wszystkim sposobu podziału wytwarzanego bogactwa, podczas gdy dziś coraz częściej dotyczy pytania, czy Francja wytwarza go wystarczająco dużo. To pytanie może okazać się jednym z najważniejszych pytań całej kampanii prezydenckiej 2027 roku.
Przyszły prezydent nie będzie wybierał pomiędzy reformą a zachowaniem status quo, ponieważ dotychczasowy model już zmienia się pod wpływem długu, demografii, technologii i konkurencji innych państw. Będzie wybierał pomiędzy zmianą przeprowadzoną świadomie a zmianą narzuconą przez okoliczności. Francja nie musi się załamać, aby utracić swoją dawną pozycję, ponieważ w gospodarce światowej wielkie państwa częściej nie upadają nagle, lecz stopniowo przestają wyznaczać kierunek innym.
Arkadiusz Jordan
Paryż





