Czy Francja żyje na kredyt?

Francja od lat należy do największych gospodarek świata i jednocześnie do państw, które najtrudniej wyobrazić sobie poza centrum europejskiej polityki. To kraj stałego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, potęgi nuklearnej, wielkiej administracji, rozbudowanego państwa socjalnego, silnych usług publicznych i ogromnych ambicji strategicznych. A jednak coraz częściej we francuskiej debacie, szczególnie przed wyborami prezydenckimi 2027 roku, powraca pytanie: czy Francja żyje dziś na kredyt?
.Nie chodzi wyłącznie o to, że francuski dług publiczny jest wysoki. Współczesne państwa zadłużają się niemal wszystkie, a sam dług nie musi być jeszcze dowodem słabości. Prawdziwe pytanie brzmi inaczej: czy pieniądze pożyczane przez państwo służą zwiększaniu siły gospodarki, czy raczej finansują bieżące koszty modelu, którego polityka nie potrafi już utrzymać z własnych dochodów?
Właśnie ten problem powraca w rozmowach ekonomistów cytowanych przez Atlantico, a także w ostrzeżeniach Marca Touatiego. Ich diagnozy różnią się w tonie i proponowanych rozwiązaniach, ale łączy je jedno przekonanie: Francja nie może bez końca traktować długu jako normalnego sposobu finansowania państwa.
Deficyt jako codzienność francuskiego państwa
Dla wielu wyborców dług publiczny we Francji pozostaje pojęciem abstrakcyjnym. Liczby idące w biliony euro trudno przełożyć na codzienne doświadczenie. Znacznie łatwiej zrozumieć inflację, podatki, cenę paliwa, kolejkę do lekarza czy wysokość emerytury. Tymczasem dług jest właśnie tym mechanizmem, który pozwalał przez lata odsuwać konflikty polityczne w czasie.
Jeżeli państwo nie chce podnosić podatków, nie chce ciąć wydatków, nie chce rezygnować z kolejnych programów społecznych, a jednocześnie chce utrzymywać rozbudowane usługi publiczne, może przez pewien czas finansować różnicę długiem. Tak działa deficyt. Problem zaczyna się wtedy, gdy deficyt przestaje być wyjątkiem, a staje się regułą.
Francja bardzo długo funkcjonowała właśnie w takim modelu. Kolejne rządy zapowiadały naprawę finansów publicznych, ale w praktyce najczęściej ograniczały jedynie tempo wzrostu wydatków, zamiast rzeczywiście zmniejszać ich skalę. Państwo stopniowo przyzwyczaiło się do życia z deficytem, a społeczeństwo do przekonania, że wiele obietnic można sfinansować bez natychmiastowego wskazywania źródła pieniędzy.
To dlatego pytanie o kredyt jest tak ważne przed wyborami prezydenckimi w 2027 roku. Kampania będzie pełna obietnic dotyczących bezpieczeństwa, ochrony zdrowia, edukacji, przemysłu, energetyki i siły nabywczej. Każda z nich będzie jednak prowadziła do tego samego pytania: czy Francję stać na kolejne zobowiązania?
Najprostsza analogia jest oczywiście niedoskonała, ale pomaga zrozumieć polityczny mechanizm długu. Państwo nie jest gospodarstwem domowym, bo może emitować obligacje, pobierać podatki i funkcjonować w dużo dłuższym horyzoncie czasowym. Mimo to nawet państwo nie może bez końca zwiększać zobowiązań, jeśli nie rośnie równolegle jego zdolność do ich obsługi. Problemem nie jest więc sam kredyt, lecz sytuacja, w której kredyt staje się sposobem finansowania codzienności, a nie inwestycją w przyszłość.
Dlaczego dług rośnie szybciej niż gospodarka?
Najmocniejszym argumentem krytyków obecnego modelu jest różnica między tempem wzrostu długu i tempem wzrostu gospodarki. Marc Touati zwraca uwagę, że od 2020 roku francuski dług publiczny zwiększył się o 1 148,7 miliarda euro, podczas gdy nominalny PKB wzrósł o 573,7 miliarda euro. Według niego oznacza to, że ogromna część dodatkowego zadłużenia nie przełożyła się na porównywalne zwiększenie potencjału gospodarczego kraju.
Jeszcze wyraźniej widać to w dłuższej perspektywie. Od początku 2007 roku do pierwszego kwartału 2026 roku francuski dług publiczny wzrósł według Touatiego o 184,1 proc., podczas gdy PKB nominalny zwiększył się o 60,7 proc. Nawet jeśli część ekonomistów może spierać się o interpretację tych danych, sama tendencja jest politycznie bardzo mocna: Francja zadłuża się znacznie szybciej, niż rośnie jej gospodarka.
To właśnie odróżnia zdrowe zadłużenie od zadłużenia niebezpiecznego. Państwo może pożyczać pieniądze, jeśli inwestuje je w przyszły wzrost: infrastrukturę, edukację, energetykę, obronność, technologię, przemysł, innowacje. Wtedy dług może zwiększać zdolności rozwojowe. Jeśli jednak dług coraz częściej finansuje bieżące funkcjonowanie systemu, rosnące transfery, koszty administracji i zobowiązania, których nikt nie chce ograniczyć, staje się ciężarem przenoszonym na przyszłość.
Francuska debata dotyczy więc nie tylko wielkości zadłużenia. Dotyczy jakości długu. Czy pożyczane pieniądze budują przyszłą siłę Francji, czy jedynie kupują czas obecnej klasie politycznej?
Na czym polega rolowanie długu?
Państwo zadłużone nie spłaca zwykle całego długu naraz. Emituje nowe obligacje, spłaca stare, finansuje bieżące potrzeby budżetu i odnawia swoje zobowiązania. Ten mechanizm nazywa się rolowaniem długu. Przez wiele lat, gdy stopy procentowe były bardzo niskie, wydawało się, że można to robić niemal bezboleśnie.
Ta epoka się skończyła. Wraz ze wzrostem kosztów pieniądza rośnie koszt obsługi długu. Marc Touati wskazuje, że Francja emituje każdego roku około 350 miliardów euro nowych obligacji, a odsetki od długu mogą osiągnąć 75 miliardów euro, a następnie zbliżać się do 100 miliardów euro rocznie.
To liczby, które zmieniają politykę. Każde euro wydane na odsetki jest euro, którego nie można przeznaczyć na szkołę, szpital, armię, inwestycje energetyczne czy obniżenie podatków. Obsługa długu staje się więc konkurentem wszystkich pozostałych wydatków państwa.
Właśnie dlatego dług publiczny przestaje być abstrakcją. Jeżeli jego koszt rośnie, zaczyna wpływać na codzienne decyzje budżetowe. Może ograniczać pole manewru przyszłego prezydenta bardziej niż opozycja parlamentarna, protesty społeczne czy obietnice kampanii.
Dług publiczny bywa przedstawiany jako rozwiązanie mniej bolesne niż podatek, ale w rzeczywistości często jest jedynie podatkiem przesuniętym w czasie. Dzisiejsze pożyczki stają się jutrzejszymi odsetkami, ograniczają przyszłe budżety i przenoszą koszt obecnych decyzji na następne rządy oraz kolejne pokolenia podatników. To dlatego życie na kredyt jest politycznie wygodne, lecz ekonomicznie coraz bardziej ryzykowne: pozwala uniknąć konfliktu dziś, ale czyni przyszły konflikt bardziej gwałtownym.
Dlaczego utrzymanie państwa kosztuje coraz więcej?
Pytanie o życie na kredyt jest nierozerwalnie związane ze skalą francuskiego państwa. Francja przeznacza na wydatki publiczne jedną z najwyższych części swojego PKB wśród państw rozwiniętych. Utrzymuje rozbudowany system emerytalny, szeroką ochronę zdrowia, rozległą administrację, liczne transfery społeczne, samorządy, agencje, operatorów i programy wsparcia.
Sama wielkość państwa nie przesądza jeszcze o jego słabości. Istnieją kraje, które łączą wysokie wydatki publiczne z dużą sprawnością instytucji. Problem Francji polega jednak na tym, że coraz częściej powraca pytanie o relację między kosztami a efektami. Czy państwo, które tak dużo kosztuje, zapewnia obywatelom usługi publiczne odpowiadające skali tych kosztów?
To pytanie pojawiło się w tekście o pogarszającej się jakości usług publicznych. Francuzi płacą dużo, ale coraz częściej narzekają na szkoły, ochronę zdrowia, administrację i transport. W takim kontekście dług publiczny staje się podwójnie problematyczny. Państwo nie tylko wydaje dużo, ale także pożycza coraz więcej, a mimo to wielu obywateli nie widzi proporcjonalnej poprawy jakości usług.
To właśnie rodzi polityczny gniew. Gdyby dług finansował wielką modernizację, łatwiej byłoby go uzasadnić. Gdy jednak dług rośnie, a obywatel ma poczucie, że państwo działa coraz gorzej, pojawia się pytanie znacznie bardziej niebezpieczne: gdzie trafiają pieniądze?
Dlaczego tak trudno przestać
Życie na kredyt w polityce ma jedną wielką zaletę: pozwala unikać natychmiastowego konfliktu. Zamiast powiedzieć wyborcom, że niektóre świadczenia trzeba ograniczyć, podatki podnieść albo wydatki przesunąć, można pożyczyć pieniądze i zostawić rachunek na później. Problem polega na tym, że później zawsze przychodzi.
Francja ma szczególną trudność z reformami, ponieważ każda próba głębszej zmiany modelu państwa spotyka się z gwałtowną reakcją społeczną. Reforma emerytalna, protesty Żółtych Kamizelek, napięcia w sektorze zdrowia, niezadowolenie rolników i kryzysy w edukacji pokazują, że państwo jest zakładnikiem własnych obietnic. Obywatele oczekują ochrony, a jednocześnie coraz trudniej sfinansować ją bez narastania długu.
To nie jest wyłącznie problem ekonomiczny. To problem kultury politycznej. Francuska polityka przez lata nauczyła się obiecywać państwo zdolne do amortyzowania niemal każdego wstrząsu społecznego. Gdy pojawia się kryzys, oczekuje się nowej interwencji, nowej tarczy, nowego programu, nowej pomocy. Rzadziej pyta się, które wcześniejsze wydatki należy w zamian ograniczyć.
Dlatego pytanie „czy Francja żyje na kredyt?” nie dotyczy tylko budżetu. Dotyczy także tego, czy francuska demokracja potrafi powiedzieć wyborcom, że państwo nie może bez końca spełniać wszystkich oczekiwań naraz.
Czy kandydaci na prezydenta przedstawią plan wyjścia z zadłużenia?
Wybory prezydenckie w 2027 roku będą testem tej odpowiedzi. Każdy z głównych kandydatów będzie musiał zmierzyć się z problemem długu, nawet jeśli będzie próbował mówić przede wszystkim o bezpieczeństwie, migracji, tożsamości, Europie czy sile nabywczej.
Jordan Bardella będzie mógł przekonywać, że część oszczędności można uzyskać przez ograniczenie kosztów imigracji, walkę z nadużyciami i większą ochronę francuskiej gospodarki. Édouard Philippe będzie zapewne akcentował odpowiedzialność budżetową i potrzebę stopniowego przywracania wiarygodności finansów publicznych. Gabriel Attal będzie musiał bronić dziedzictwa obozu Emmanuela Macrona, jednocześnie pokazując, że potrafi zaproponować korektę kursu. Bruno Retailleau może budować przekaz wokół dyscypliny państwa, ograniczenia biurokracji i powrotu do funkcji podstawowych. Jean-Luc Mélenchon odpowie najpewniej logiką redystrybucji, większych podatków dla najzamożniejszych i odrzucenia polityki cięć.
Różnice między nimi będą ogromne. Wspólne pozostanie jedno: żaden z kandydatów w wyborach prezydenckich 2027 r. nie będzie mógł udawać, że dług publiczny nie istnieje. Nawet jeśli nie stanie się najgłośniejszym tematem kampanii, będzie obecny pod każdym programem gospodarczym, społecznym i strategicznym.
Czy Francja może żyć na kredyt bez końca?
Francja nie jest państwem małym, peryferyjnym ani pozbawionym zasobów. Ma wielką gospodarkę, silne przedsiębiorstwa, wysokie oszczędności prywatne, pozycję polityczną w Europie i ogromny potencjał instytucjonalny. Nie należy więc mechanicznie porównywać jej z państwami, które w przeszłości traciły dostęp do finansowania. Francja ma większą zdolność przetrwania kryzysów niż większość krajów europejskich.
Ale właśnie dlatego problem jest poważny. Jeśli tak silne państwo przyzwyczaja się do permanentnego deficytu, rolowania długu i odkładania reform, skutki mogą być odczuwalne przez całą Europę. Francuski dług nie jest wyłącznie sprawą księgowych w Paryżu. Jest sprawą strefy euro, Unii Europejskiej i przyszłej pozycji kontynentu.
Życie na kredyt może trwać długo, zwłaszcza jeśli państwo zachowuje zaufanie inwestorów. Nie może jednak trwać bez kosztów. Im dłużej odkłada się decyzje, tym mniej są one dobrowolne. Najpierw reformy można planować. Potem trzeba je negocjować. W końcu mogą zostać wymuszone przez rynki, instytucje europejskie albo zwykłą arytmetykę budżetu.
Francja wchodzi w kampanię 2027 roku właśnie w tym momencie: jeszcze nie w kryzysie niewypłacalności, ale już w kryzysie wiarygodności modelu, który przez lata finansował spokój społeczny coraz większym zadłużeniem. Odpowiedź na pytanie, czy Francja żyje na kredyt, brzmi więc: tak, w coraz większym stopniu. Prawdziwe pytanie brzmi jednak inaczej: kto pierwszy odważy się powiedzieć Francuzom, że kredyt polityczny i finansowy nie jest nieskończony?
Arkadiusz Jordan
Paryż





